Powstanie Warszawskie, początek sierpnia 1944 r. Powstańczy punkt obserwacyjny w Śródmieściu. Fot. Eugeniusz Lokajski „Brok” (1908–1944). Źródło: Powstanie Warszawskie w Ilustracji, „Stolica”, wydanie specjalne, 1 sierpnia 1957, s. 28; Wikimedia Commons. Domena publiczna (Public Domain).
Pytanie o szanse Powstania Warszawskiego ma jedną zasadniczą wadę: zadajemy je, znając zakończenie. Wiemy, że Stalin nie pospieszył Warszawie z pomocą, zachodni alianci nie byli w stanie zrobić wiele, Niemcy zdołali ściągnąć posiłki, a po sześćdziesięciu trzech dniach Bór-Komorowski podpisał kapitulację. Z taką wiedzą łatwo zostać wybitnym strategiem. Siedząc osiemdziesiąt lat później nad mapą, można bez większego ryzyka udowodnić generałowi z 1944 roku, że powinien był wiedzieć to, czego my dowiedzieliśmy się dopiero z następnych tygodni. Historia ma tę przewagę nad polityką, że jej komentatorzy zawsze znają wynik meczu.
Spróbujmy więc na chwilę zapomnieć, jak Powstanie się skończyło, i przenieść się do ostatnich dni lipca 1944 roku. Niemcy ponosili klęski na wszystkich frontach. Alianci walczyli już we Francji, Wehrmacht cofał się we Włoszech, a na Wschodzie operacja „Bagration” doprowadziła do katastrofy Grupy Armii „Środek”. Armia Czerwona w ciągu kilku tygodni przesunęła się o setki kilometrów i zbliżała się do Warszawy. 20 lipca niemieccy oficerowie próbowali zabić Hitlera, co z polskiej perspektywy mogło wyglądać jak początek rozpadu III Rzeszy. Dwa dni później ogłoszono napisany w Moskwie Manifest PKWN. Stalin najwyraźniej nie zamierzał czekać, aż Polacy sami urządzą sobie powojenne państwo. Jeżeli Polskie Państwo Podziemne chciało wystąpić wobec nadchodzących Sowietów jako gospodarz we własnej stolicy, czasu pozostawało bardzo niewiele.
Na papierze pomysł nie wyglądał więc jak rezultat zbiorowego obłędu. Armia Krajowa miała uderzyć na cofających się Niemców, opanować możliwie dużą część Warszawy i wystąpić wobec wkraczającej Armii Czerwonej jako reprezentant legalnego państwa polskiego. Problem tkwił gdzie indziej. Cały plan przypominał konstrukcję ustawioną na kilku podporach i wystarczyło usunąć jedną, aby runęła całość. Niemcy musieli być dostatecznie słabi, Armia Czerwona musiała nadal nacierać, Stalin musiał uznać zdobycie Warszawy za ważniejsze od rozprawy z politycznymi przeciwnikami, a zachodni alianci powinni przynajmniej częściowo wesprzeć walczące miasto. Każde z tych założeń oddzielnie można było jeszcze obronić. Nieszczęście polegało na tym, że wszystkie musiały sprawdzić się niemal równocześnie.
Najbardziej brutalnym ograniczeniem była jednak broń. Warszawska Armia Krajowa posiadała tysiące ludzi gotowych do walki, rozbudowaną konspirację, doświadczenie kilku lat okupacji i ogromną determinację, lecz karabinów, pistoletów maszynowych, granatów i broni przeciwpancernej było dramatycznie mało. Znaczna część powstańców rozpoczynała walkę praktycznie bez uzbrojenia. Pierwsze godziny bardzo szybko wystawiły rachunek za tę dysproporcję. Udało się opanować znaczne obszary Warszawy, ale nie zdobyto wielu najważniejszych niemieckich punktów oporu, mostów ani lotnisk. Armia Krajowa mogła rozpocząć powstanie i przez pewien czas kontrolować znaczną część miasta, ale nie mogła sama wygrać regularnej bitwy o Warszawę przeciwko Wehrmachtowi i SS.
I tutaj dochodzimy do rzeczy najważniejszej. Plan Powstania nie zakładał sześćdziesięciu trzech dni samotnej wojny z Niemcami. Gdyby Bór-Komorowski 31 lipca powiedział swoim oficerom: „Rozpoczynamy walkę, będziemy przez dwa miesiące bili się sami, Stalin będzie patrzył z drugiego brzegu Wisły, a zachodni alianci zrzucą nam trochę broni z odległych baz”, zapewne nawet najbardziej zapalczywi zwolennicy walki zaczęliby mieć wątpliwości. Powstanie miało trwać krótko. Armia Krajowa miała opanować miasto albo jego znaczną część i doczekać nadejścia Sowietów. To nie była strategia samodzielnego pokonania III Rzeszy. Była to próba wykorzystania krótkiego momentu pomiędzy wycofaniem Niemców a wejściem Armii Czerwonej.
W tym miejscu pojawia się Stalin i cały rachunek zaczyna wyglądać zupełnie inaczej. Można bez końca spierać się o to, na ile zatrzymanie sowieckiego natarcia wynikało z wyczerpania wojsk po operacji „Bagration”, problemów logistycznych i niemieckich kontrataków, a na ile było świadomą decyzją polityczną. Nie zmienia to podstawowego faktu: zwycięskie Powstanie Warszawskie było Stalinowi politycznie niepotrzebne, a właściwie było dla niego kłopotem. Armia Krajowa witająca Sowietów w Warszawie jako gospodarz, obok Delegatury Rządu reprezentującej legalne władze Rzeczypospolitej, tworzyłaby sytuację znacznie trudniejszą niż ta, która powstała po zniszczeniu miasta i rozbiciu struktur podziemnego państwa. Niemcy wykonywali pracę, której Stalin nie musiał wykonywać własnymi rękami.
Czy Bór powinien był to przewidzieć? To jest znacznie lepsze pytanie niż powtarzane nieustannie: „Czy Powstanie miało szanse?”. Dowództwo AK znało przecież doświadczenia Wilna i operacji „Ostra Brama”, po której Sowieci rozbrajali polskie oddziały i aresztowali ich oficerów. Zaufanie do dobrej woli Stalina byłoby więc skrajną naiwnością. Z drugiej strony trudno było przyjąć za pewnik, że przywódca Związku Sowieckiego pozwoli Niemcom przez dwa miesiące niszczyć stolicę państwa formalnie należącego do koalicji antyhitlerowskiej, podczas gdy jego własne wojska znajdą się na przedpolach miasta. Stalin potrafił jednak oddzielić interes wojenny od politycznego znacznie lepiej, niż zakładali jego polscy przeciwnicy.
Powstanie miało zatem dwa zupełnie różne rodzaje szans. Na samodzielne pokonanie Niemców i utrzymanie Warszawy przez Armię Krajową szanse były minimalne. Dysproporcja uzbrojenia była zbyt wielka, a Niemcy, pomimo katastrofy na froncie wschodnim, nadal dysponowali siłami pozwalającymi na stłumienie izolowanego wystąpienia. Istniała natomiast realna możliwość sukcesu krótkiej operacji polityczno-wojskowej, gdyby Armia Czerwona po kilku dniach wkroczyła do miasta. Gdyby tak się stało, dzisiejsze podręczniki opisywałyby prawdopodobnie 1 sierpnia jako ryzykowną, lecz udaną decyzję, a ci sami komentatorzy, którzy dziś dowodzą jej oczywistego szaleństwa, zapewne tłumaczyliby, że sukces był logicznym rezultatem właściwego wykorzystania sytuacji na froncie.
Nie można przy tym zapominać, że alternatywą dla Powstania nie była sielankowa Warszawa spokojnie czekająca na Armię Czerwoną. Niemcy przygotowywali miasto do obrony i zażądali stawienia się około stu tysięcy ludzi do prac fortyfikacyjnych, co groziło uderzeniem w struktury konspiracyjne. Sowieci znajdowali się coraz bliżej, PKWN już istniał, a Moskwa szykowała własny wariant polskiej państwowości. Dowództwo AK nie wybierało więc między wojną a pokojem, lecz pomiędzy kilkoma bardzo złymi możliwościami. Jedną z nich było rozpoczęcie walki, drugą bierne oczekiwanie na Niemców i Sowietów, a trzecią próba wyjścia z konspiracji dopiero po wkroczeniu Armii Czerwonej, co po doświadczeniach wileńskich również nie zapowiadało niczego dobrego.
Dlatego na pytanie, czy Powstanie miało realne szanse powodzenia, odpowiedziałbym: tak, ale nie takie, jakie często mu się dzisiaj przypisuje. Nie mogło samodzielnie wyzwolić Warszawy i obronić jej przez wiele tygodni. Mogło natomiast opanować znaczną część stolicy na kilka dni i postawić Stalina przed faktem dokonanym. To była gra o ogromnej stawce, prowadzona przy bardzo słabych kartach, ale sama decyzja o przystąpieniu do gry nie była jeszcze szaleństwem. Największym błędem okazało się przekonanie, że Stalin będzie musiał respektować reguły wynikające ze wspólnej wojny przeciwko Hitlerowi. Nie musiał i nie zamierzał. Powstanie przegrało więc nie tylko dlatego, że Armia Krajowa miała za mało broni. Przegrało również dlatego, że jego polityczny plan zależał od człowieka, który miał znacznie więcej do zyskania na jego klęsce niż na jego zwycięstwie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz