Żołnierze 2. plutonu kompanii ochrony Sztabu Obszaru Warszawskiego AK „Koszta” podczas odprawy przy ul. Moniuszki, Warszawa, sierpień 1944 r. Armia Krajowa posiadała rozbudowane struktury dowodzenia i tysiące żołnierzy, ale nie dysponowała uzbrojeniem, artylerią, bronią pancerną i zapleczem charakterystycznym dla regularnej armii. Fot. Eugeniusz Lokajski „Brok” (1908–1944). Źródło: Wikimedia Commons. Domena publiczna (Public Domain).
15 sierpnia 1944 roku przypadało Święto Żołnierza, obchodzone na pamiątkę zwycięstwa nad bolszewikami w 1920 roku. Trudno wyobrazić sobie bardziej gorzką datę dla walczącej Warszawy. Dwadzieścia cztery lata wcześniej Wojsko Polskie dysponowało dywizjami piechoty, kawalerią, artylerią, pociągami pancernymi, lotnictwem, sztabami i zapleczem państwa. Teraz jego spadkobiercy walczyli w ruinach własnej stolicy, często za całą artylerię mając granat, butelkę z benzyną i nadzieję, że karabin zdobędą na Niemcu. A jednak nazywali siebie żołnierzami i mieli do tego pełne prawo. Paradoks Powstania Warszawskiego polegał bowiem na tym, że Armia Krajowa niewątpliwie była armią, ale nie była armią w takim znaczeniu, jakie temu słowu nadaje podręcznik wojskowości.
Nie brakowało przede wszystkim ludzi. W Warszawie istniała rozbudowana struktura konspiracyjna, posiadająca dowództwo, podział terytorialny, oddziały, służby, łączność, wywiad i własny system mobilizacyjny. Byli oficerowie i podoficerowie przedwojennego Wojska Polskiego, byli żołnierze mający za sobą kampanię 1939 roku, działalność konspiracyjną i akcje dywersyjne, ale obok nich znajdowały się tysiące bardzo młodych ludzi, dla których Powstanie miało być pierwszym doświadczeniem prawdziwej wojny. Kiedy padł rozkaz mobilizacji, można było stosunkowo szybko zgromadzić tysiące żołnierzy. I tutaj kończyło się podobieństwo do normalnej armii, ponieważ człowiek staje się pełnowartościowym żołnierzem dopiero wtedy, kiedy otrzyma broń, amunicję, wyposażenie, wsparcie i możliwość wykonywania zadań odpowiednich do swojej formacji.
Armia Krajowa miała więc rzecz najtrudniejszą do stworzenia – ludzi i organizację – a dramatycznie brakowało jej rzeczy, które normalne państwo produkuje w fabrykach i magazynuje w arsenałach. Brakowało karabinów, pistoletów maszynowych, amunicji, moździerzy, dział, środków przeciwpancernych i praktycznie wszystkiego, czego potrzebuje regularne wojsko do prowadzenia dłuższej bitwy. W poprzednim tekście pisałem o skali tego niedostatku. Nie ma potrzeby ponownie zasypywać czytelnika tabelami uzbrojenia, ponieważ wystarczy uświadomić sobie podstawową dysproporcję: gotowych do walki ludzi było wielokrotnie więcej niż broni pozwalającej ich rzeczywiście do tej walki wysłać. Armia Krajowa mogła zmobilizować żołnierza znacznie łatwiej, niż mogła dać mu karabin.
Jeszcze większy problem zaczynał się tam, gdzie kończyła się broń strzelecka. Regularna armia nie jest przecież zbiorowiskiem ludzi wyposażonych w karabiny. Jej siła polega na współdziałaniu piechoty, artylerii, wojsk pancernych, saperów, łączności, transportu, rozpoznania i zaplecza logistycznego. Nad tym wszystkim znajduje się lotnictwo albo przynajmniej własna obrona przeciwlotnicza. Powstańcza Warszawa większości tych elementów nie posiadała albo posiadała je w formie szczątkowej i improwizowanej. Można było stworzyć pluton piechoty, znacznie trudniej było zapewnić mu wsparcie ciężkiego karabinu maszynowego, a już zupełnie innym problemem stawało się wezwanie artylerii czy lotnictwa. Niemiecki dowódca mógł zażądać ostrzelania budynku działem albo zbombardowania całego kwartału. Dowódca powstańczy mógł odpowiedzieć przede wszystkim odwagą swoich ludzi, a odwaga, choć niezwykle ważna na wojnie, nie ma kalibru.
Najlepiej pokazały to pierwsze dni Powstania. Tam, gdzie można było zaskoczyć przeciwnika, wykorzystać znajomość terenu, obejść jego stanowiska albo zaatakować niewielką placówkę, Armia Krajowa potrafiła odnosić sukcesy. Kiedy jednak trzeba było zdobywać silnie umocnione niemieckie obiekty, przewaga organizacyjna i moralna przestawała wystarczać. Karabin maszynowy ustawiony za grubym murem nie przejmuje się patriotyzmem człowieka biegnącego w jego kierunku. Czołgu nie zatrzymuje się rozkazem dziennym, a betonowego bunkra nie zdobywa samym bohaterstwem. Powstańcy musieli więc nieustannie zastępować brak środków technicznych improwizacją, a ta czasami przynosiła zdumiewające rezultaty, ale nie mogła zmienić podstawowych praw wojny.
A jednak właśnie tutaj zaczyna się fenomen Armii Krajowej. Normalna armia, która utraciłaby tak wielką część uzbrojenia, zaplecza, transportu i środków łączności, bardzo szybko przestałaby istnieć jako zorganizowana siła. Powstańcy zdołali natomiast stworzyć z okupowanego miasta coś w rodzaju ogromnego improwizowanego obozu warownego. Budowano barykady, przebijano przejścia pomiędzy kamienicami, organizowano szpitale, warsztaty rusznikarskie i kuchnie, produkowano granaty, naprawiano zdobyczną broń, uruchamiano samochody, wykorzystywano kanały jako drogi komunikacyjne. To, czego nie można było otrzymać z magazynu wojskowego, próbowano zrobić w piwnicy, warsztacie albo zdobyć na przeciwniku. Powstańcza armia była więc w dużej mierze wojskiem budowanym już podczas prowadzenia wojny.
Szczególne znaczenie miała zdobyczna broń. W regularnej armii karabin odebrany przeciwnikowi jest przede wszystkim trofeum i dodatkowym wyposażeniem. W Warszawie mógł oznaczać pojawienie się kolejnego uzbrojonego żołnierza. Zdobycie niemieckiego magazynu, samochodu pancernego czy ciężkiego karabinu maszynowego zmieniało lokalny układ sił w sposób trudny do zrozumienia dla armii dysponującej normalnym zaopatrzeniem. Stąd brała się ogromna wartość każdego sukcesu pozwalającego przejąć niemieckie uzbrojenie. Powstańcy nie tylko walczyli z przeciwnikiem, ale w pewnym sensie zmuszali go, aby dostarczał im środki potrzebne do dalszej walki.
Była jeszcze jedna rzecz, której nie można zmierzyć liczbą karabinów. Armia Krajowa posiadała coś, czego nie miała żadna zwykła formacja partyzancka: polityczne i państwowe zaplecze Polskiego Państwa Podziemnego. Powstanie nie było buntem grupy uzbrojonych mieszkańców, którzy spontanicznie postanowili walczyć z okupantem. Istniało dowództwo, istniała Delegatura Rządu, funkcjonowały struktury administracyjne, sądownictwo, prasa, poczta i radio. W miarę możliwości odtwarzano normalne funkcjonowanie państwa. Żołnierz stojący na barykadzie nie był więc wyłącznie partyzantem broniącym swojej ulicy. W swoim przekonaniu, a ostatecznie także w świetle uzyskanego statusu kombatanckiego, był żołnierzem Rzeczypospolitej.
Właśnie dlatego 15 sierpnia nabierał w walczącej Warszawie szczególnego znaczenia. Rocznica Bitwy Warszawskiej przypominała o państwie posiadającym kiedyś regularną armię, która potrafiła zatrzymać Armię Czerwoną na przedpolach stolicy. Teraz ta sama stolica broniła się przed Niemcami siłami podziemnego wojska, podczas gdy Armia Czerwona ponownie znajdowała się niedaleko Warszawy, tym razem formalnie jako sojusznik. Historia rzadko pozwala sobie na tak ponurą symetrię. W 1920 roku Warszawy broniło państwo mające armię. W 1944 roku państwo istniało już właściwie tylko w podziemiu, a jego armia musiała udowodnić samo swoje istnienie, wychodząc z konspiracji z bronią, której wystarczało jedynie dla części żołnierzy.
Można oczywiście zapytać, czy właśnie ta dysproporcja nie jest najpoważniejszym argumentem przeciwko decyzji o rozpoczęciu Powstania. Jest to argument bardzo mocny, ale nie rozstrzyga sprawy automatycznie. Plan nie zakładał bowiem prowadzenia przez Armię Krajową wielotygodniowej samodzielnej wojny miejskiej. Miała ona wystąpić jawnie, opanować możliwie dużą część stolicy i doczekać wejścia Armii Czerwonej. Do wykonania tak ograniczonego zadania brak ciężkiej broni nie musiał być przeszkodą absolutną. Stał się nią wtedy, gdy kilka dni, na które liczono, zamieniło się w tygodnie, a improwizowana armia została zmuszona do prowadzenia bitwy, do której nigdy nie była wyposażona.
Dlatego określenie „armia bez armii” jest tylko pozornym paradoksem. Armia Krajowa miała dowódców, żołnierzy, struktury, dyscyplinę, tradycję i świadomość służby państwu, czyli wszystko to, czego nie można szybko wyprodukować. Nie miała natomiast czołgów, artylerii, lotnictwa, odpowiedniej liczby karabinów i ogromnego zaplecza logistycznego, czyli wszystkiego tego, bez czego nowoczesna armia nie może długo prowadzić regularnej wojny. Przez sześćdziesiąt trzy dni Warszawa próbowała zasypać tę przepaść odwagą, organizacją i improwizacją. Sam fakt, że udało się robić to tak długo, jest jednym z najbardziej niezwykłych aspektów Powstania. Nie należy jednak wyciągać z tego romantycznego wniosku, że duch może zastąpić broń. Może ją zastępować przez godzinę, dzień, czasem nawet przez kilka tygodni. W końcu jednak na wojnie przychodzi rachunek wystawiany w amunicji, działach, czołgach i ludziach, a tego rachunku Armia Krajowa nie miała czym zapłacić.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz