Ranni żołnierze Armii Krajowej i 1. Armii Wojska Polskiego w niemieckiej niewoli po walkach Powstania Warszawskiego, wrzesień–październik 1944 r.; fotografia wiązana z walkami na Czerniakowie. Fot. August Ahrens. Bundesarchiv, Bild 146-2005-0038. Źródło reprodukcji: Wikimedia Commons. Licencja CC BY-SA 3.0 DE.
Najwygodniej byłoby odpowiedzieć jednym słowem. Nie — Stalin świadomie pozwolił Niemcom zniszczyć Armię Krajową. Albo przeciwnie: tak — Armia Czerwona była wyczerpana po operacji „Bagration”, a kiedy odzyskała zdolność działania, zdobyła Pragę, zrzucała powstańcom broń i wysłała przez Wisłę żołnierzy 1. Armii Wojska Polskiego. Obie odpowiedzi mają tę zaletę, że pozwalają szybko zakończyć spór. Mają też tę wadę, że żadna nie wyjaśnia tego, co wydarzyło się nad Wisłą we wrześniu 1944 roku.
Trzeba najpierw ustalić, co właściwie oznacza słowo „uratować”. Jeżeli chodzi o udzielenie powstańcom jakiejkolwiek realnej pomocy, odpowiedź brzmi: tak. Sowieci pomagali. Jeżeli jednak przez ratowanie rozumieć podjęcie skoordynowanej operacji, której celem byłoby zachowanie walczącej Armii Krajowej, utrzymanie przez nią części Warszawy i połączenie jej z głównymi siłami 1. Frontu Białoruskiego, odpowiedź staje się znacznie mniej wygodna. Pomoc sowiecka była rzeczywista, ale z faktu, że komuś podaje się amunicję, nie wynika jeszcze, że zamierza się uratować jego armię.
Przez większą część sierpnia zachowanie Moskwy trudno zresztą opisać jako próbę ratowania czegokolwiek. Powstanie rozpoczęło się w chwili, kiedy Armia Czerwona po gigantycznym sukcesie operacji „Bagration” znalazła się na przedpolach Warszawy. Jej natarcie zostało następnie zahamowane, a niemieckie kontrataki pancerne w rejonie Radzymina i Wołomina pokazały, że Wehrmacht nie był jeszcze bezradnym przeciwnikiem oczekującym na ostateczny cios. Sowieckie linie zaopatrzenia rozciągnęły się na setki kilometrów, oddziały poniosły straty, sprzęt wymagał napraw, a wielka ofensywa rozpoczęta na Białorusi nie mogła trwać bez końca w tym samym tempie. Tego elementu historii nie wolno usuwać tylko dlatego, że utrudnia oskarżenie Stalina.
Tyle że problemy operacyjne nie tłumaczą politycznego zachowania Kremla. Stalin nie mówił o powstańcach jak o sojusznikach, którym chwilowo nie może pomóc. W korespondencji z Churchillem i Rooseveltem przedstawiał Powstanie jako nieodpowiedzialną awanturę, a 22 sierpnia pisał o jego przywódcach jako o grupie przestępców. Jeszcze bardziej wymowna była odmowa udostępnienia sowieckich lotnisk zachodnim samolotom wykonującym loty zaopatrzeniowe nad Warszawę. Do przeprowadzenia wielkiej ofensywy lądowej można nie mieć paliwa, dywizji albo środków przeprawowych. Do pozwolenia amerykańskiemu bombowcowi na lądowanie potrzeba przede wszystkim decyzji politycznej.
Właśnie dlatego sierpień jest tak ważny dla oceny wydarzeń wrześniowych. Stalin nie musiał wydawać rozkazu: „nie ratować Warszawy”. Wystarczało, że nie traktował uratowania Armii Krajowej jako własnego celu. Była ona podporządkowana rządowi RP w Londynie i reprezentowała państwo, którego powojennej niezależności Kreml nie zamierzał respektować. Zwycięskie Powstanie oznaczałoby, że Armia Czerwona wchodzi do stolicy kontrolowanej przez polskie władze podziemne i ich wojsko. Z punktu widzenia polskiej racji stanu byłby to sukces. Z punktu widzenia Stalina — poważny problem.
We wrześniu sytuacja zaczęła się jednak zmieniać. 10 września 1. Front Białoruski ponownie uderzył na Pragę, cztery dni później prawobrzeżna Warszawa została opanowana przez wojska sowieckie i polskie, a front doszedł do Wisły. W nocy z 13 na 14 września rozpoczęły się sowieckie zrzuty dla powstańców. Nad Warszawą pojawiały się między innymi lekkie Po-2, dostarczające broń, amunicję, żywność i lekarstwa. Nie była to propaganda produkowana w Moskwie. Ładunki rzeczywiście spadały na polskie pozycje, a część z nich rzeczywiście trafiała do ludzi, którzy ich rozpaczliwie potrzebowali.
Sposób prowadzenia zrzutów dobrze jednak pokazuje dwuznaczność całej sowieckiej pomocy. Część zaopatrzenia zrzucano z niewielkiej wysokości bez spadochronów. Miało to swoje praktyczne uzasadnienie, ale powodowało również niszczenie części broni, amunicji i żywności przy uderzeniu o ziemię. Powstańcy otrzymywali więc pomoc od mocarstwa posiadającego ogromne lotnictwo, lecz skala i sposób jej dostarczania nie przypominały operacji, której podporządkowano priorytet uratowania miasta. Sowieci pomagali Warszawie przetrwać następny dzień. Nie stworzyli jednak mostu powietrznego zdolnego zasadniczo zmienić jej położenie.
Jeszcze bardziej charakterystyczna była zmiana stanowiska wobec zachodnich aliantów. Moskwa ostatecznie zgodziła się na wykorzystanie sowieckich lotnisk przez Amerykanów i 18 września nad Warszawą pojawiła się wielka formacja B-17 w ramach operacji Frantic VII. Sam widok amerykańskich bombowców musiał działać na mieszkańców miasta jak wiadomość z innego świata. Problem polegał na tym, że było to półtora miesiąca po wybuchu Powstania. Jeżeli taka operacja stała się politycznie możliwa we wrześniu, trudno nie zapytać, dlaczego wcześniej przez tygodnie była niemożliwa.
Prawdziwy test sowieckich intencji miał jednak nastąpić na Wiśle. Samolot może zrzucić skrzynkę amunicji i odlecieć. Uratowanie Powstania wymagało wejścia na zachodni brzeg. Po zdobyciu Pragi właśnie taka możliwość pojawiła się po raz pierwszy naprawdę. Niemcy zniszczyli mosty, więc pozostawała przeprawa przez rzekę, stworzenie przyczółków, przerzucenie artylerii i ciężkiej broni, zapewnienie zaopatrzenia oraz rozwinięcie operacji na skalę pozwalającą połączyć siły zza Wisły z Armią Krajową.
Żołnierze rzeczywiście ruszyli. W nocy z 15 na 16 września rozpoczęła się większa przeprawa oddziałów 3. Dywizji Piechoty 1. Armii Wojska Polskiego na Czerniaków. W kolejnych dniach próbowano również przepraw w innych miejscach. Na zachodni brzeg dotarło ponad tysiąc żołnierzy, którzy weszli do walki razem z powstańcami. Ginęli nad Wisłą, bronili domów i skrawków terenu, próbowali utrzymać połączenie z rzeką. Każda próba przedstawienia ich udziału jako sowieckiego teatru politycznego byłaby zwyczajnie nieuczciwa wobec ludzi, którzy naprawdę zapłacili za tę operację życiem.
Ale odwaga żołnierza nie odpowiada jeszcze na pytanie o zamiary naczelnego dowództwa. Żołnierz 3. Dywizji Piechoty mógł naprawdę próbować ratować powstańca stojącego obok niego na Czerniakowie. Dowódca batalionu mógł naprawdę próbować utrzymać kolejny dom. Berling mógł rzeczywiście uważać, że Warszawie należy pomóc. Wszystko to nie oznacza automatycznie, że uratowanie Powstania stało się celem Stalina. W armii liczącej miliony ludzi osobiste intencje żołnierzy znajdujących się na pierwszej linii i polityczne cele człowieka znajdującego się na szczycie mogą być zupełnie różne.
Dlatego trzeba spojrzeć na skalę przedsięwzięcia. Według zestawień przywoływanych przez historyków na Czerniaków przedostało się około 1250 żołnierzy 3. Dywizji Piechoty. Straty były katastrofalne: zdecydowana większość poległa albo dostała się do niewoli. Nie udało się zapewnić przyczółkowi takiego wsparcia i zaopatrzenia, które pozwoliłoby przekształcić desperacką przeprawę w trwałe wejście większych sił na zachodni brzeg. Nie powstał korytarz łączący AK z głównymi wojskami sowieckimi, a walki na Czerniakowie zakończyły się 23 września klęską.
W tym miejscu pojawia się pokusa drugiego uproszczenia. Skoro przeprawa się nie udała, to Stalin musiał celowo skazać żołnierzy Berlinga na śmierć. Tego również nie można po prostu przyjąć jako udowodnionego faktu. Forsowanie Wisły pod niemieckim ogniem było niezwykle trudną operacją. Brakowało odpowiedniej liczby środków przeprawowych, oddziały wchodzące do miasta traciły łączność, ciężką broń trudno było przerzucić, a Niemcy szybko koncentrowali ogień na przyczółkach. Armia Czerwona nie posiadała magicznej zdolności przenoszenia dywizji przez wielką rzekę tylko dlatego, że znajdowała się na jej drugim brzegu.
Pozostaje jednak pytanie, którego nie da się usunąć argumentem o trudnościach technicznych. Czy sowieckie dowództwo potraktowało uratowanie Warszawy jako cel na tyle ważny, żeby podporządkować mu odpowiednie siły i środki? Tutaj odpowiedź jest znacznie mniej korzystna dla Moskwy. Nie nastąpiła wielka operacja mająca wykorzystać powstańcze pozycje jako przyczółki dla głównych sił 1. Frontu Białoruskiego. Nie powstał system ścisłej współpracy operacyjnej z dowództwem AK. Pomoc lotnicza pozostawała ograniczona, a przeprawy nie zostały rozwinięte w przedsięwzięcie odpowiadające skali zadania.
Nie trzeba przy tym rozstrzygać, czy we wrześniu zdobycie całej lewobrzeżnej Warszawy było operacyjnie możliwe. To pytanie jest tak wielkie, że potrafi zasłonić pytanie znacznie prostsze. Stalin nie musiał zdobyć Warszawy, żeby pokazać, że naprawdę zamierza ratować Powstanie. Mógł wcześniej umożliwić zachodnim aliantom korzystanie z lotnisk, wcześniej rozpocząć własne zrzuty, nawiązać rzeczywistą współpracę z dowództwem AK, zapewnić mu skuteczniejszą osłonę lotniczą i artyleryjską, a po zdobyciu Pragi potraktować utrzymanie przyczółków jako jeden z ważnych celów operacyjnych. Problem nie polega więc na tym, że Armia Czerwona nie dokonała cudu. Polega na tym, że uratowanie AK nigdy nie stało się dla Kremla celem, dla którego należało podjąć nadzwyczajny wysiłek.
Powód nie był tajemnicą. Dla Stalina Armia Krajowa pozostawała przeciwnikiem politycznym. Jej ocalenie oznaczałoby zachowanie w stolicy dużej, uzbrojonej i cieszącej się ogromnym autorytetem organizacji podporządkowanej rządowi londyńskiemu. Kreml przygotowywał tymczasem zupełnie inny model Polski, oparty na strukturach zależnych od Moskwy. Z wojskowego punktu widzenia każdy Niemiec zabity przez AK był korzystny dla Armii Czerwonej. Z politycznego punktu widzenia każda silna jednostka AK pozostająca po wojnie pod własnym dowództwem stanowiła problem. Te dwa rachunki prowadziły w Warszawie w przeciwnych kierunkach.
Dlatego wrześniowa polityka Stalina była znacznie subtelniejsza od sierpniowej bezczynności. W sierpniu można było pozwolić Niemcom niszczyć Powstanie. We wrześniu, kiedy Armia Czerwona doszła do Wisły, całkowita bezczynność stawała się trudniejsza zarówno wojskowo, jak i politycznie. Trzeba było zdobyć Pragę, należało pokazać zachodnim aliantom, że Warszawa nie została całkowicie porzucona, a wysłanie pomocy pozwalało również osłabić zarzut, że Moskwa świadomie czeka na zagładę polskiej stolicy. Sowieci zaczęli więc pomagać właśnie wtedy, gdy pomoc stała się dla nich mniej politycznie niebezpieczna.
Czy była to wyłącznie cyniczna gra? Nie. Takie stwierdzenie odbierałoby realność tysiącom ludzi uczestniczących w operacjach nad Wisłą. Radzieccy piloci wykonywali loty nad Warszawę, obsługi artylerii ostrzeliwały niemieckie pozycje, a żołnierze 1. Armii Wojska Polskiego ginęli na przyczółkach. Wojna składa się również z działań ludzi, którzy nie znają wszystkich politycznych kalkulacji własnego przywódcy. Można więc powiedzieć, że konkretni żołnierze naprawdę próbowali pomóc Powstaniu, nawet jeśli państwo, którego strategii byli częścią, nie zamierzało ratować politycznego projektu stojącego za tym Powstaniem.
To rozróżnienie pozwala uniknąć dwóch legend. Pierwsza przedstawia Armię Czerwoną jako nieruchomą widownię siedzącą przez sześćdziesiąt trzy dni na drugim brzegu Wisły i obserwującą zagładę Warszawy. Jest fałszywa, ponieważ we wrześniu Sowieci walczyli o Pragę, prowadzili zrzuty, wspierali ogniem i uczestniczyli w próbach przepraw. Druga legenda mówi natomiast, że skoro pomoc taka istniała, Stalin rzeczywiście próbował uratować Powstanie, ale przeszkodziły mu wyłącznie trudności wojskowe. To również idzie za daleko, ponieważ polityka Kremla wobec AK przed Powstaniem, podczas niego i bezpośrednio po nim pokazuje coś dokładnie przeciwnego: Stalin nie był zainteresowany zachowaniem niezależnej polskiej siły politycznej i wojskowej.
Najuczciwsza odpowiedź jest więc paradoksalna. Sowieci pomagali Powstaniu, ale Związek Sowiecki nie uczynił uratowania Powstania swoim celem. Żołnierze przeprawiający się przez Wisłę naprawdę próbowali uratować ludzi walczących na Czerniakowie, lecz Stalin nie prowadził operacji po to, aby uratować Armię Krajową jako gospodarza polskiej stolicy. Pomoc miała granicę wyznaczoną nie tylko możliwościami wojskowymi, lecz również interesem politycznym Kremla.
Być może właśnie dlatego dramat Czerniakowa jest najlepszą odpowiedzią na pytanie postawione w tytule. Po jednej stronie Wisły znajdowała się ogromna armia zwyciężającego mocarstwa, po drugiej resztki wykrwawionego Powstania, a pomiędzy nimi przeprawiali się polscy żołnierze, którzy naprawdę chcieli dotrzeć do Warszawy. Nie byli statystami w politycznym przedstawieniu i nie ginęli na niby. Problem polegał na tym, że ich odwaga była większa niż polityczna wartość, jaką Stalin przypisywał ocaleniu Armii Krajowej. Sowiecka pomoc była więc prawdziwa. Ratunek nigdy nie stał się priorytetem. I właśnie w różnicy między tymi dwoma zdaniami mieści się cała odpowiedź.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz