Armia Czerwona w 1944 roku. Ilustracja z brytyjskiego wojennego opracowania „New Notes on the Red Army”, 1944. Źródło reprodukcji: Wikimedia Commons. Domena publiczna — wygasły Crown Copyright.
Przez ponad miesiąc mieszkańcy Warszawy uczyli się rozpoznawać front po dźwięku. Gdzieś za Wisłą grzmiała artyleria, czasem pojawiały się samoloty, przychodziły sprzeczne wiadomości o położeniu wojsk sowieckich, ale oczekiwana armia nie nadchodziła. Powstanie rozpoczęto w momencie, kiedy wydawało się, że front za chwilę wtoczy się do miasta, tymczasem sierpień minął, Stare Miasto upadło, Powiśle było tracone, a Armia Czerwona pozostawała po wschodniej stronie Warszawy. I wtedy, 10 września, nastąpiło coś, na co czekano od tygodni. Wojska 1. Frontu Białoruskiego Konstantego Rokossowskiego ponownie uderzyły na Pragę. Pytanie nie brzmi jednak tylko: dlaczego ruszyły. Znacznie ciekawsze jest: dlaczego właśnie wtedy.
Najprostsza odpowiedź podsuwa polityka. Stalin czekał, aż Niemcy wykrwawią Armię Krajową, a kiedy uznał, że zadanie zostało wykonane, pozwolił Rokossowskiemu wznowić ofensywę. Ta interpretacja ma ogromną siłę, ponieważ znakomicie pasuje do następstwa wydarzeń. W pierwszych dniach sierpnia Armia Czerwona znajdowała się na przedpolach Warszawy, potem jej marsz został zatrzymany, a kiedy ponownie rozpoczęła poważniejsze działania przeciw Pradze, Powstanie było już cieniem siły z 1 sierpnia. Wola została zmasakrowana, Ochota spacyfikowana, Stare Miasto stracone, Powiśle znajdowało się pod potężnym naciskiem, tysiące żołnierzy AK zginęły albo zostały ranne. Stalin rzeczywiście otrzymywał więc we wrześniu Warszawę politycznie znacznie wygodniejszą niż ta, która mogłaby go przywitać na początku sierpnia.
Problem polega na tym, że dobra publicystyka historyczna nie powinna mylić korzystnego rezultatu z dowodem wcześniejszego planu. Nie istnieje rozkaz Stalina z 1 sierpnia mówiący Rokossowskiemu: zatrzymaj wojska na sześć tygodni, poczekaj, aż Niemcy zniszczą AK, a potem ruszaj. Co więcej, istnieją bardzo konkretne wojskowe przyczyny, dla których sowieckie natarcie pod Warszawą wyhamowało. Armia Czerwona przeszła od czerwca setki kilometrów w ramach operacji „Bagration”, jej linie zaopatrzenia dramatycznie się wydłużyły, jednostki poniosły straty, a Niemcy nie zamierzali oddawać Warszawy bez walki. Na przełomie lipca i sierpnia przeprowadzili skuteczne kontrataki pancerne na wschód od miasta, szczególnie w rejonie Radzymina i Wołomina. Sowiecki walec nie zatrzymał się przed Warszawą wyłącznie dlatego, że Stalin pociągnął za hamulec. Natrafił również na przeciwnika, który jeszcze potrafił uderzyć.
W sierpniu zmieniła się również logika całej operacji sowieckiej. „Bagration” rozbił niemiecką Grupę Armii „Środek” i doprowadził Armię Czerwoną od Białorusi niemal nad Wisłę, ale właśnie sukces stworzył własne ograniczenia. Czołg potrzebuje paliwa, artyleria pocisków, żołnierz żywności, a wszystko to musi przejechać drogami i liniami kolejowymi przez setki kilometrów niedawno zdobytego i zniszczonego terytorium. Na mapie sztabowej dywizję można przesunąć o kilka centymetrów. W rzeczywistości za każdym takim centymetrem ciągną się tysiące ciężarówek, cystern, warsztatów i koni. Im szybciej Armia Czerwona szła latem 1944 roku, tym dłuższy stawał się ogon, który musiał za nią nadążyć.
To wszystko tłumaczy, dlaczego ofensywa mogła wyhamować. Nie tłumaczy jednak wszystkiego, co działo się później. Stalin od początku traktował Powstanie nie tylko jako wydarzenie wojskowe, lecz przede wszystkim jako problem polityczny. Warszawa miała być najważniejszym punktem konfrontacji dwóch konkurencyjnych wizji przyszłej Polski. Po jednej stronie znajdowały się rząd RP w Londynie, Delegatura Rządu i Armia Krajowa, po drugiej budowane pod sowiecką osłoną struktury PKWN. Z punktu widzenia Kremla najgorszym możliwym scenariuszem było wejście Armii Czerwonej do miasta opanowanego przez AK i powitanie przez legalne władze polskie działające w stolicy. Powstanie próbowało stworzyć fakt dokonany. Stalin miał wszelkie powody, aby nie pomagać w jego stworzeniu.
Dowodzi tego nie tyle samo zatrzymanie frontu, którego przyczyny można spierać się przez następne sto lat, ile zachowanie Moskwy wobec walczącego miasta. Stalin nie traktował powstańców jak sojuszniczej formacji, której akurat nie może jeszcze przyjść z pomocą. W korespondencji z Churchillem i Rooseveltem pisał o kierownictwie Powstania z pogardą, a 22 sierpnia określił jego przywódców jako grupę przestępców. Moskwa odmawiała zachodnim samolotom lecącym z pomocą Warszawie prawa korzystania z sowieckich lotnisk. Nie stworzono skutecznego systemu współpracy z dowództwem AK, nie zapewniono mu osłony lotniczej, a sowieckie zrzuty rozpoczęły się dopiero we wrześniu. Można więc przyjąć wojskowe argumenty tłumaczące zatrzymanie ofensywy i jednocześnie stwierdzić, że Stalin politycznie nie był zainteresowany ratowaniem Powstania. Jedno nie wyklucza drugiego.
Dlaczego zatem 10 września Armia Czerwona ruszyła? Pierwsza odpowiedź jest najzwyklejsza: ponieważ mogła. Wojska otrzymały czas na uzupełnienie części strat, poprawienie zaopatrzenia i przygotowanie kolejnego uderzenia, a sytuacja niemiecka na prawym brzegu Wisły nie była już taka sama jak na początku sierpnia. Z punktu widzenia sowieckiej strategii Praga była potrzebna niezależnie od istnienia Powstania. Opanowanie prawobrzeżnej części Warszawy pozwalało oprzeć front o Wisłę, usunąć niemieckie przedmoście i stworzyć dogodniejsze położenie przed następnymi operacjami. Armia Czerwona nie mogła przecież stać wiecznie pod Warszawą tylko dlatego, że politycznie korzystne było osłabienie AK.
Druga odpowiedź jest mniej wojskowa. Na początku września Powstanie nie stanowiło już takiego problemu politycznego jak miesiąc wcześniej. Nie dlatego, że przestało istnieć, lecz dlatego, że zostało straszliwie osłabione. Niemcy wykonali znaczną część pracy, której Stalin nie musiał wykonywać własnymi rękami. Najsilniejsze zgrupowania AK zostały wykrwawione, ogromna część miasta była zniszczona, ludność cywilna poniosła katastrofalne straty, a perspektywa powstańców witających Armię Czerwoną jako gospodarze wyzwolonej stolicy stawała się coraz mniej realna. Jeżeli Stalin kalkulował politycznie, koszt dalszego bezruchu zaczynał przewyższać korzyść z oczekiwania.
Był jeszcze Zachód. Churchill od początku naciskał na udzielenie Warszawie pomocy, Roosevelt był znacznie ostrożniejszy, ale sprawa Powstania stała się elementem korespondencji przywódców trzech mocarstw. W sierpniu Stalin mógł tłumaczyć sytuację względami wojskowymi i przedstawiać Powstanie jako nieodpowiedzialną awanturę rozpoczętą bez konsultacji z sowieckim dowództwem. We wrześniu, kiedy jego wojska ponownie znalazły się bezpośrednio przy Warszawie, utrzymywanie całkowitej odmowy pomocy stawało się coraz trudniejsze politycznie. Niedługo po wznowieniu ofensywy rozpoczęły się sowieckie zrzuty, a Moskwa zgodziła się wreszcie na wykorzystanie swoich lotnisk przez amerykańskie samoloty. Stalin nie stawał się przez to przyjacielem AK. Zmieniał tylko instrumenty.
Tempo wydarzeń musiało robić na dowództwie Powstania ogromne wrażenie. 10 września rusza sowieckie natarcie. 13 września Niemcy wysadzają warszawskie mosty, co samo w sobie jest sygnałem, że obawiają się utraty Pragi. W nocy z 13 na 14 września rozpoczynają się sowieckie zrzuty dla walczącej Warszawy. 14 września Praga zostaje zdobyta przez wojska sowieckie i polskie. Po sześciu tygodniach oczekiwania wydarzenia nagle przyspieszyły tak bardzo, że decyzja o kapitulacji, jeszcze kilka dni wcześniej wydająca się racjonalna, zaczęła wyglądać jak możliwy tragiczny błąd. Bór-Komorowski nie znał następnego rozdziału. Widział tylko armię, na którą czekał od 1 sierpnia, stojącą wreszcie nad Wisłą.
I właśnie tutaj data 10 września nabiera znaczenia większego niż zwykłe przesunięcie frontu. Gdyby Armia Czerwona ruszyła kilka tygodni wcześniej i przebiła się do Warszawy, mogłaby zastać stosunkowo silną AK kontrolującą znaczną część miasta. Kiedy ruszyła we wrześniu, sytuacja była już zasadniczo inna. Stare Miasto nie istniało jako powstańczy bastion, Powiśle padało, Niemcy systematycznie rozdzielali pozostałe dzielnice, a możliwości AK kurczyły się niemal z każdym dniem. Sowieci zbliżali się więc do miasta, którego polityczny krajobraz Niemcy zdążyli gruntownie zmienić.
Nie oznacza to, że można wskazać 10 września jako datę realizacji jakiegoś precyzyjnego stalinowskiego harmonogramu. Takie twierdzenie wymagałoby dokumentów, których nie mamy. Można jednak zauważyć coś subtelniejszego i chyba bardziej przekonującego. Stalin nie musiał tworzyć niemieckiego zwycięstwa nad Powstaniem, aby z niego korzystać. Mógł uwzględniać sytuację wojskową własnych armii, pozwolić im odpocząć i przygotować kolejne uderzenie, a jednocześnie nie podejmować nadzwyczajnego wysiłku dla ratowania politycznych przeciwników. Gdy wreszcie nadszedł moment korzystny wojskowo dla zajęcia Pragi, AK była już tak osłabiona, że sowieckie natarcie nie groziło w takim stopniu stworzeniem niepodległej polskiej Warszawy.
Pozostaje jeszcze argument, że zdobycie Pragi powinno automatycznie oznaczać natychmiastowe uderzenie przez Wisłę. Tu ponownie trzeba uważać na prostą mapę. Wisła była poważną przeszkodą operacyjną, Niemcy bronili zachodniego brzegu, a forsowanie rzeki w wielkim mieście wymagało koncentracji środków inżynieryjnych, artylerii, lotnictwa i zaopatrzenia. Fakt, że sowiecki żołnierz mógł patrzeć z Pragi na płonącą Warszawę, nie oznaczał, że sowiecka dywizja mogła następnego dnia znaleźć się w Śródmieściu. Między możliwością dojścia do rzeki a możliwością przeprowadzenia dużej operacji przez rzekę istnieje różnica, którą łatwo przeoczyć z perspektywy mapy.
Ale również tutaj argument wojskowy ma granice. W następnych dniach żołnierze 1. Armii Wojska Polskiego rzeczywiście przeprawili się na Czerniaków i inne odcinki lewego brzegu. Walczyli, ginęli i próbowali utrzymać przyczółki. Związek Sowiecki zaczął też dostarczać powstańcom zaopatrzenie z powietrza. Oznacza to, że pewne formy pomocy były możliwe. Spór dotyczy więc nie tego, czy Stalin posiadał magiczny przycisk pozwalający natychmiast wyzwolić Warszawę, lecz tego, jak wiele był gotów zrobić, aby zwiększyć szanse jej obrońców. Odpowiedź pozostaje dla niego niewygodna: znacznie mniej, niż pozwalałyby oczekiwać deklaracje o wspólnej wojnie przeciw Niemcom.
Armia Czerwona ruszyła więc 10 września z kilku powodów jednocześnie. Jej sytuacja operacyjna była lepsza niż na początku sierpnia, zdobycie Pragi wynikało z logiki prowadzenia wojny z Niemcami, presja polityczna związana z Warszawą rosła, a samo Powstanie zostało już na tyle osłabione, że przestało stanowić dla Kremla takie zagrożenie jak sześć tygodni wcześniej. Nie trzeba wybierać między wyjaśnieniem wojskowym a politycznym, ponieważ Stalin prowadził wojnę, w której oba poziomy nieustannie się przenikały. Czołgi Rokossowskiego mogły ruszyć dlatego, że były gotowe, i jednocześnie ruszyć w chwili politycznie znacznie wygodniejszej dla Moskwy.
Najbardziej przewrotne jest to, że właśnie wznowienie sowieckiej ofensywy przedłużyło agonię Powstania. Gdyby 10 września nic się nie wydarzyło, rozmowy kapitulacyjne mogły doprowadzić do wcześniejszego zakończenia walk. Tymczasem ruch Armii Czerwonej stworzył nadzieję, której dowództwo AK nie mogło zignorować. Praga została zdobyta, Wisła przestała oddzielać Warszawę od odległego frontu, a zaczęła oddzielać ją od armii stojącej dosłownie na drugim brzegu. Stalin nie musiał obiecywać Borowi ratunku. Wystarczyło, że jego działa były już słychać zbyt wyraźnie, aby skapitulować bez sprawdzenia, czy tym razem rzeczywiście nadchodzi pomoc.
Dlaczego więc Armia Czerwona ruszyła właśnie teraz? Nie dlatego, że Stalin nagle pokochał Powstanie, ale również nie dlatego, że przez sześć tygodni realizował z zegarkiem w ręku plan jego zagłady. Ruszyła, gdy ponowne uderzenie stało się uzasadnione operacyjnie, a jego polityczne konsekwencje przestały być dla Kremla tak niebezpieczne. W sierpniu szybkie wejście do Warszawy mogło uratować silną Armię Krajową i pozwolić jej wystąpić wobec Sowietów w roli gospodarza. We wrześniu Armia Czerwona zbliżała się już do miasta wykrwawionego przez Niemców, którego niezależna siła polityczna słabła z każdym dniem. Stalin nie musiał zatrzymywać historii, dopóki Warszawa nie umrze. Wystarczyło, że nie miał żadnego powodu jej przyspieszać, dopóki jej dalszy bieg nie stał się dla niego bezpieczniejszy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz