Lotnicy alianccy związani z pomocą dla walczącej Warszawy, 1944 r. Próby zaopatrywania Powstania drogą lotniczą wymagały długich i niebezpiecznych lotów, podczas gdy brak zgody Stalina na korzystanie z sowieckich lotnisk przez znaczną część Powstania dramatycznie ograniczał możliwości zachodnich aliantów. Źródło: Imperial War Museums, Ministry of Information Second World War Press Agency Print Collection / Wikimedia Commons. Status prawny: Public Domain, UK Government.
Powstanie Warszawskie było prowadzone przez armię państwa należącego do zwycięskiej koalicji. Polska od pierwszego dnia wojny walczyła z Niemcami, polscy lotnicy bronili Wielkiej Brytanii, polscy żołnierze zdobywali Monte Cassino, a latem 1944 roku 1. Dywizja Pancerna generała Maczka przygotowywała się do walk we Francji. Tymczasem w stolicy tego samego państwa dziesiątki tysięcy ludzi walczyły z Niemcami, oczekując pomocy, która okazała się dramatycznie niewystarczająca. Na pierwszy rzut oka wygląda to jak jedna z największych sprzeczności II wojny światowej. W rzeczywistości sprzeczności nie było. Była geografia, polityka i Stalin, a wszystkie trzy działały przeciwko Warszawie.
Najłatwiej powiedzieć, że alianci zachodni zdradzili Powstanie. Takie określenie jest efektowne, ale niewiele wyjaśnia. Churchill rzeczywiście chciał Warszawie pomagać i należał do tych zachodnich polityków, którzy najlepiej rozumieli polityczne konsekwencje tego, co działo się w Polsce. Problem polegał na tym, że w 1944 roku premier Wielkiej Brytanii mógł wygłaszać bardzo stanowcze opinie, ale nie posiadał armii stojącej nad Wisłą. Armia brytyjska znajdowała się we Francji i we Włoszech, amerykańska walczyła na Zachodzie, natomiast kilkanaście kilometrów od walczącej Warszawy znajdowały się wojska sowieckie. W polityce międzynarodowej kilkanaście kilometrów bywa czasami odległością większą niż dwa tysiące.
Pozostawały zrzuty lotnicze i tutaj zaczynał się problem niemal absurdalny. Samoloty startujące z baz we Włoszech musiały pokonać ogromną odległość, przelecieć nad terytorium kontrolowanym przez Niemców, odnaleźć nocą walczące miasto, dokonać zrzutu na stosunkowo niewielkie obszary zajmowane przez powstańców, a następnie wrócić do baz. Były to loty niezwykle trudne i kosztowne. Brały w nich udział załogi brytyjskie, południowoafrykańskie i polskie, a szczególne miejsce zajęli lotnicy 1586. Eskadry Specjalnego Przeznaczenia. Lecieli nad Warszawę ze świadomością, że prawdopodobieństwo powrotu nie jest szczególnie zachęcające. Nie brakowało więc ludzi gotowych ryzykować życie. Brakowało możliwości technicznych pozwalających zamienić ich bohaterstwo w pomoc odpowiadającą potrzebom kilkudziesięciu tysięcy walczących ludzi.
Najprostsze rozwiązanie znajdowało się po drugiej stronie frontu. Gdyby Stalin pozwolił zachodnim samolotom korzystać z sowieckich lotnisk, maszyny nie musiałyby po dokonaniu zrzutu wracać do Włoch. Mogłyby lądować na terenach zajętych przez Armię Czerwoną, uzupełnić paliwo i później wrócić do swoich baz. Z wojskowego punktu widzenia rozwiązanie było oczywiste. Z politycznego punktu widzenia dla Stalina było równie oczywiste, że nie należy się na nie zgadzać. 16 sierpnia sowiecki zastępca ludowego komisarza spraw zagranicznych Andriej Wyszyński poinformował ambasadora Stanów Zjednoczonych, że rząd sowiecki nie zgodzi się na korzystanie ze swoich lotnisk przez samoloty niosące pomoc Warszawie. Moskwa określała Powstanie jako awanturę, od której się dystansowała.
To jeden z tych momentów, w których dyplomatyczne sformułowania należy tłumaczyć na język zwykły. Stalin wiedział, kto walczy w Warszawie. Wiedział również, że zwycięstwo Armii Krajowej oznaczałoby pojawienie się w polskiej stolicy struktur podporządkowanych rządowi londyńskiemu, podczas gdy w Lublinie instalowano właśnie konkurencyjny ośrodek władzy w postaci PKWN. Sukces Powstania byłby sukcesem politycznych przeciwników Stalina. Klęska Powstania oznaczała natomiast, że Niemcy własnymi rękami likwidują znaczną część ludzi, którzy po zakończeniu okupacji mogliby przeciwstawić się sowietyzacji Polski. Nie trzeba wierzyć w teorię, że Stalin jednym rozkazem zatrzymał całą ofensywę pod Warszawą, aby dostrzec oczywisty fakt: politycznie nie miał żadnego powodu ratować Armii Krajowej.
Churchill próbował wywrzeć na Moskwę nacisk. Roosevelt zachowywał się znacznie ostrożniej. Dla prezydenta Stanów Zjednoczonych najważniejszym zadaniem pozostawało pokonanie Niemiec, a w dalszej perspektywie uzyskanie sowieckiego udziału w wojnie przeciwko Japonii. Polska była ważnym sojusznikiem, ale nie była państwem, dla którego Waszyngton zamierzał ryzykować poważny konflikt ze Stalinem jeszcze przed pokonaniem Hitlera. To brzmi brutalnie, ponieważ polityka wielkich mocarstw zazwyczaj brzmi brutalnie, kiedy przestaje się ją opisywać językiem komunikatów dyplomatycznych. Roosevelt nie musiał życzyć Powstaniu klęski. Wystarczyło, że zwycięstwo Powstania nie było dla niego wystarczająco ważne, aby z jego powodu zmieniać podstawową strategię amerykańską.
Warto przy tym pamiętać, że zachodni alianci jednak próbowali pomagać. Zrzuty trwały, mimo wysokich strat, a 18 września doszło do najbardziej spektakularnej operacji. 107 amerykańskich bombowców B-17 przeprowadziło dzienny zrzut nad Warszawą w ramach operacji „Frantic”. Stalin w końcu zgodził się na wykorzystanie sowieckich lotnisk. Tyle że było już bardzo późno. Powstanie trwało siedem tygodni, Stare Miasto upadło, powstańcze terytorium zostało podzielone, a sytuacja militarna była katastrofalna. Co więcej, znaczna część zrzuconych zasobników spadła poza obszary kontrolowane przez AK i dostała się w ręce Niemców. Wielka operacja, która na początku sierpnia mogła mieć znacznie większe znaczenie, we wrześniu była przede wszystkim dowodem tego, jak bardzo spóźniona była pomoc.
Nie oznacza to, że kilka dodatkowych lotów uratowałoby Warszawę. Tutaj również łatwo stworzyć legendę przeciwną do tej o całkowitej bezczynności Zachodu. Powstanie potrzebowało nie tylko pistoletów maszynowych i amunicji. Potrzebowało ciężkiej broni, żywności, lekarstw, środków przeciwpancernych i przede wszystkim zmiany sytuacji operacyjnej wokół miasta. Samolot mógł dostarczyć PIAT-y, granaty czy amunicję, ale nie mógł przerzucić do Śródmieścia dywizji piechoty ani postawić na Woli pułku artylerii. Nawet znacznie większa skala zrzutów mogła przedłużyć opór i zwiększyć możliwości bojowe AK, lecz sama w sobie nie rozwiązywała zasadniczego problemu. Jedyna wielka armia lądowa mogąca realnie zmienić sytuację Warszawy stała po wschodniej stronie Wisły.
Dlatego pytanie „Dlaczego alianci nie uratowali Warszawy?” jest trochę źle postawione. Zachodni alianci mieli bardzo ograniczone możliwości jej uratowania, natomiast Związek Sowiecki miał możliwości nieporównanie większe i jednocześnie najmniejszą polityczną motywację, aby z nich skorzystać. Londyn mógł wysłać bombowce z Włoch. Waszyngton mógł naciskać na Moskwę. Churchill mógł pisać do Stalina kolejne depesze. Żadna z tych rzeczy nie zmieniała geografii. Warszawa znajdowała się w sowieckiej strefie działań wojennych i bez współpracy Kremla zachodnia pomoc musiała pozostać ograniczona.
Czy wobec tego możemy mówić o zdradzie Zachodu? W sensie moralnym można zrozumieć takie określenie. Polska weszła do wojny jako sojusznik Wielkiej Brytanii i zakończyła ją w sowieckiej strefie wpływów. Jednak w odniesieniu do samych sześćdziesięciu trzech dni Powstania słowo „zdrada” bardziej zaciemnia, niż wyjaśnia. Brytyjscy, polscy i południowoafrykańscy lotnicy naprawdę ginęli, próbując dostarczyć Warszawie broń. Churchill rzeczywiście zabiegał o zwiększenie pomocy. Problemem nie był brak odwagi lotników ani całkowita obojętność Londynu. Problemem było to, że Zachód nie zamierzał rozpoczynać politycznego konfliktu z najważniejszym lądowym sojusznikiem w wojnie z Hitlerem o miasto leżące setki kilometrów poza zasięgiem własnych wojsk.
I tutaj wracamy do zasadniczej słabości planu Powstania. Dowództwo Armii Krajowej liczyło na zachowanie sojuszników zgodne z formalną logiką koalicji antyhitlerowskiej, podczas gdy każdy z wielkich graczy kierował się własnym interesem. Churchill chciał pomagać, ale miał ograniczone możliwości. Roosevelt posiadał większe możliwości nacisku, ale nie chciał narażać stosunków ze Stalinem. Stalin miał zarówno wojska, jak i lotniska w odpowiednim miejscu, lecz zwycięstwo Powstania było sprzeczne z jego planami wobec Polski. W rezultacie powstała sytuacja niemal groteskowa: ludzie w Warszawie walczyli z wspólnym niemieckim wrogiem, zachodni sojusznicy próbowali dostarczać im broń z odległych Włoch, a najbliższy sojusznik kontrolował lotniska, bez których skuteczność tej pomocy była dramatycznie ograniczona.
Warszawy nie uratowano więc nie dlatego, że cały aliancki świat nagle zapomniał o jej istnieniu. Nie uratowano jej dlatego, że w sierpniu 1944 roku Polska znajdowała się już w miejscu, w którym kończyły się realne możliwości Zachodu, a zaczynała władza Stalina. Samoloty mogły przelecieć dwa tysiące kilometrów, lotnicy mogli ryzykować życie, Churchill mógł protestować, a Roosevelt wysyłać kolejne depesze. Ostatecznie jednak o losie miasta decydował człowiek, którego armia stała najbliżej Warszawy. Tragizm Powstania polegał na tym, że spośród wszystkich przywódców alianckich właśnie Stalin miał największe możliwości udzielenia skutecznej pomocy i jednocześnie najwięcej politycznych powodów, aby zwycięstwa Armii Krajowej sobie nie życzyć.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz