Marszałek Związku Sowieckiego Konstanty Rokossowski, dowódca 1. Frontu Białoruskiego podczas walk o Pragę we wrześniu 1944 r. Fotografia z czerwca 1945 r., autor nieznany. Źródło: Ministerstwo Obrony Federacji Rosyjskiej / Wikimedia Commons. Licencja CC BY 4.0.
14 września 1944 roku Konstanty Rokossowski mógł zameldować Stalinowi o zdobyciu Pragi. Wojska 1. Frontu Białoruskiego, wspierane przez 1. Armię Wojska Polskiego, wyparły Niemców z prawobrzeżnej części Warszawy. Dzień wcześniej wycofujący się Wehrmacht wysadził mosty na Wiśle. Po sześciu tygodniach Powstania Armia Czerwona stanęła więc dokładnie tam, gdzie od początku sierpnia oczekiwali jej powstańcy. Między nią a walczącą Warszawą pozostawało kilkaset metrów wody. Ofensywa, która przeszła setki kilometrów od Białorusi, dotarła do polskiej stolicy i właśnie tutaj straciła impet.
Najprostsze wyjaśnienie tego, co nastąpiło później, brzmi kusząco: Stalin kazał Rokossowskiemu zatrzymać wojska, aby Niemcy mogli dokończyć likwidację Armii Krajowej. Problem polega na tym, że nie znamy rozkazu Stalina nakazującego stanąć nad Wisłą i czekać na zagładę Powstania. Poszukiwanie takiego dokumentu prowadzi zresztą dyskusję w niewłaściwą stronę. Polityka wielkiego mocarstwa rzadko daje się sprowadzić do jednej kartki z jednoznacznym poleceniem. Znacznie więcej mówi zestawienie możliwości, podejmowanych działań i celów, które w danym momencie uznawano za warte poniesienia kosztów. W przypadku Warszawy trzeba więc oddzielić dwa pytania: dlaczego wojska Rokossowskiego nie mogły po zdobyciu Pragi po prostu pomaszerować dalej oraz czy Kreml rzeczywiście chciał uczynić uratowanie Powstania jednym z najważniejszych celów swojej operacji.
Pierwsze pytanie daje Rokossowskiemu mocne argumenty obrony. Armia Czerwona, która latem 1944 roku dotarła nad Wisłę, nie była tą samą armią, która dwa miesiące wcześniej rozpoczynała operację „Bagration”. Przebyła ogromną przestrzeń, linie zaopatrzenia wydłużyły się na setki kilometrów, jednostki poniosły straty, sprzęt wymagał napraw, a zapasy paliwa i amunicji trzeba było dowozić coraz dalej. Wehrmacht także nie był jeszcze rozbitą masą uciekającą bezładnie do Rzeszy. Niemieckie kontrataki pancerne pod Radzyminem i Wołominem na przełomie lipca i sierpnia pokazały, że przeciwnik nadal potrafi skoncentrować siły i lokalnie odzyskać inicjatywę. Tempo gigantycznej sowieckiej ofensywy musiało w pewnym momencie osłabnąć. Sprowadzanie wszystkiego do telefonu Stalina zatrzymującego czołgi przed Warszawą jest efektowne, ale niepotrzebne, ponieważ rzeczywiste problemy operacyjne były wystarczająco poważne.
Zdobycie Pragi nie usuwało tych trudności, tylko zmieniało ich charakter. Niemcy wysadzili mosty, Wisła była szeroką przeszkodą wodną, a jej zachodniego brzegu można było bronić artylerią i bronią maszynową. Forsowanie rzeki wymagało saperów, pontonów, łodzi, przygotowania artyleryjskiego, osłony lotniczej, sprawnej łączności oraz możliwości ciągłego dowożenia zaopatrzenia. Piechotę można było przeprawić stosunkowo szybko; znacznie trudniej było dostarczyć działa, amunicję, pojazdy i środki potrzebne do utrzymania zdobytego terenu. Do tego dochodziła Warszawa, idealna do obrony miejskiej, pełna ruin, barykad i budynków mogących zamienić się w punkty oporu. Niemcy mieli za sobą sześć tygodni doświadczenia w prowadzeniu właśnie takiej walki.
W tym miejscu kończy się jednak odpowiedź wojskowa, a zaczyna polityczna. Nie dlatego, że problemy logistyczne były fikcją, lecz dlatego, że istnienie przeszkody nie rozstrzyga jeszcze, ile sił dowództwo gotowe jest przeznaczyć na jej pokonanie. Armie nie atakują wszędzie z jednakową determinacją. Koncentrują środki tam, gdzie znajduje się cel uznany za najważniejszy.
Dlatego pytanie, dlaczego Rokossowski nie zdobył lewobrzeżnej Warszawy natychmiast po opanowaniu Pragi, jest źle postawione. Tworzy fałszywy wybór: albo Stalin mógł jednym rozkazem przerzucić kilka armii przez Wisłę i z premedytacją tego nie zrobił, albo skuteczniejsza pomoc była całkowicie niemożliwa. Pomiędzy tymi skrajnościami istniała szeroka przestrzeń działań. Można było zwiększać wsparcie lotnicze i artyleryjskie, intensyfikować zrzuty, nawiązać sprawną łączność z dowództwem AK, skoncentrować większe środki przeprawowe, lepiej przygotować współdziałanie z oddziałami na zachodnim brzegu i przede wszystkim konsekwentnie wzmacniać utworzone przyczółki. Nie trzeba było następnego dnia zdobywać Dworca Głównego, aby prowadzić operację nastawioną na trwałe połączenie się z walczącym miastem. Rzecz nie sprowadza się zatem do pytania, czy można było natychmiast wyzwolić całą Warszawę, lecz do tego, jak wysoko na liście sowieckich priorytetów znajdowało się jej ratowanie.
Sytuację komplikuje fakt, że po zdobyciu Pragi pomoc rzeczywiście przyszła. Rozpoczęły się sowieckie zrzuty, artyleria zza Wisły wspierała walki, a żołnierze 1. Armii Wojska Polskiego zaczęli przeprawiać się na zachodni brzeg. W nocy z 15 na 16 września większe siły ruszyły na Czerniaków, gdzie połączyły się z oddziałami AK. Próbowano również przepraw na innych odcinkach. Obraz Armii Czerwonej stojącej nieruchomo nad rzeką i spokojnie obserwującej zagładę Warszawy jest więc równie fałszywy jak obraz wielkiej sowieckiej operacji prowadzonej w celu uratowania Powstania.
Przeprawy żołnierzy Berlinga są najlepszym sprawdzianem obu interpretacji. Dowiodły, że Wisła nie była murem i że można było przerzucić przez nią ludzi. Pokazały zarazem, czym kończy się wysłanie piechoty bez dostatecznego ciężkiego uzbrojenia, zaplecza i możliwości szybkiego rozszerzenia przyczółka. Na Czerniakowie żołnierze 1. Armii walczyli razem z powstańcami, lecz nie powstał z tego trwały most łączący ich z głównymi siłami Rokossowskiego. Niemcy mogli skoncentrować przeciw izolowanym oddziałom artylerię, czołgi i piechotę, a rzeka znajdująca się za plecami obrońców zamieniała drogę odwrotu w pułapkę. Próba pomocy była realna, podobnie jak poniesione straty, ale skala przedsięwzięcia nie odpowiadała zadaniu, jakim byłoby odwrócenie losów bitwy o Warszawę.
Nie ma też powodu odbierać żołnierzom Berlinga odwagi tylko dlatego, że ich armia pozostawała podporządkowana Moskwie. Człowiek wsiadający nocą do łodzi nie rozstrzygał sporu między rządem londyńskim a PKWN i nie kalkulował, czy ocalona Armia Krajowa utrudni Stalinowi podporządkowanie Polski. Za Wisłą znajdowali się Polacy walczący z Niemcami i wielu żołnierzy 1. Armii rzeczywiście chciało do nich dotrzeć. Ich intencje nie musiały być identyczne z intencjami Kremla. Historia zostaje zafałszowana zarówno wtedy, gdy z przepraw robi się wyłącznie propagandowe przedstawienie, jak i wtedy, gdy ofiarę ludzi płynących przez Wisłę wykorzystuje się jako dowód, że sowieckie kierownictwo uczyniło wszystko, co mogło, aby ocalić Powstanie.
Kilka szczebli wyżej rachunek wyglądał inaczej. Rokossowski nie dowodził samodzielną armią prowadzącą własną polską politykę, lecz jednym z najważniejszych frontów Armii Czerwonej. Był marszałkiem Związku Sowieckiego i podlegał Stalinowi. Jego polskie pochodzenie czyni całą historię bardziej paradoksalną, lecz nie zmienia struktury dowodzenia. O strategicznych priorytetach 1. Frontu Białoruskiego nie rozstrzygały osobiste uczucia Rokossowskiego wobec Warszawy, tylko cele wojny określane przez sowieckie kierownictwo.
A Stalin od dawna wiedział, czego nie chce zobaczyć w polskiej stolicy. Nie chciał silnej Armii Krajowej występującej wobec wkraczających Sowietów jako wojsko legalnego państwa polskiego, Delegatury Rządu obejmującej jawnie władzę ani politycznego faktu dokonanego, który komplikowałby budowę systemu podporządkowanego Moskwie. Doświadczenia operacji „Burza” na Kresach pokazały już mechanizm spotkania AK z Armią Czerwoną. Wspólna walka przeciw Niemcom nie prowadziła do uznania politycznej niezależności polskiego podziemia. Ujawniające się oddziały były rozbrajane, ich dowódcy zatrzymywani, a ludzi próbowano podporządkować nowym strukturom wojskowym.
Warszawa miała znaczenie większe niż Wilno czy Lwów. Gdyby Armia Czerwona dotarła do niej w pierwszych dniach sierpnia i zastała znaczną część stolicy kontrolowaną przez AK, Stalin stanąłby przed bardzo niewygodnym problemem. Musiałby albo choćby faktycznie uznać polskie struktury, albo niemal natychmiast rozprawić się na oczach świata z ludźmi, którzy właśnie walczyli z Niemcami. Powstanie miało przecież stworzyć dokładnie taką sytuację. Warszawa miała zostać wyzwolona przez Polaków na tyle wcześnie, aby Sowieci nie mogli wejść do politycznej próżni. Każdy tydzień niemieckiego nacisku zmniejszał ryzyko realizacji tego planu. Wola została zniszczona, Stare Miasto padło, Powiśle utracono, najlepsze oddziały AK wykrwawiały się, a ludność cywilna znajdowała się na granicy wytrzymałości. Gdy Rokossowski zdobywał Pragę, po drugiej stronie rzeki nadal istniała Armia Krajowa, lecz była już znacznie słabsza niż sześć tygodni wcześniej.
Nie trzeba z tego budować teorii o niemiecko-sowieckim porozumieniu, którego nie było. Wehrmacht niszczył AK dlatego, że była jego przeciwnikiem wojskowym, a Stalin korzystał na jej osłabieniu, ponieważ była jego przeciwnikiem politycznym. Dwie strony prowadziły własne wojny i realizowały własne cele, lecz w jednym punkcie skutki ich działań się spotykały. Im słabsza stawała się Armia Krajowa, tym łatwiejsze było późniejsze narzucenie Polsce rozwiązania przygotowanego przez Moskwę. Stalin nie musiał pomagać Niemcom w niszczeniu Powstania. Wystarczało, że nie miał politycznego powodu, aby ratować je za wszelką cenę.
Znacznie więcej niż poszukiwanie nieistniejącego rozkazu mówi zachowanie Kremla w sierpniu i wrześniu. Stalin długo odmawiał zgody na wykorzystanie sowieckich lotnisk przez alianckie samoloty niosące pomoc Warszawie, a w korespondencji z zachodnimi przywódcami wypowiadał się o kierownictwie Powstania z otwartą wrogością. Dopiero 10 września zgodził się na wykorzystanie sowieckich baz w operacji wahadłowej. Kilka dni później rozpoczęły się sowieckie zrzuty, a 18 września nad Warszawą pojawiła się wielka amerykańska wyprawa B-17. Zmiana była rzeczywista. Nastąpiła jednak dopiero wtedy, kiedy Powstanie miało za sobą sześć tygodni wyniszczającej walki, a AK utraciła znaczną część miasta i ludzi, którzy mieli tworzyć polski fakt dokonany przed wkroczeniem Sowietów.
Oczywiście również sytuacja wojskowa była wtedy inna. Front ponownie ruszył, Praga została zdobyta, a możliwości działania sowieckiego lotnictwa i artylerii zmieniły się wraz z przesunięciem linii walk. Nie każdą różnicę między sierpniem a wrześniem należy więc tłumaczyć politycznym planem Stalina. Dopiero połączenie wojskowych możliwości z politycznymi interesami Kremla pozwala zobaczyć rzecz we właściwych proporcjach. Ratowanie Armii Krajowej nie było celem, dla którego Stalin zamierzał podporządkować inne priorytety, ponosić szczególne ryzyko i płacić wysoką cenę.
W tym miejscu pojawia się najważniejsze rozróżnienie. Rokossowski nie musiał dostać rozkazu: „nie ratuj Warszawy”. Wystarczało, że nie dostał zadania odwrotnego, które brzmiałoby: należy połączyć się z powstańcami i uratować ich nawet za cenę poważnych strat oraz przesunięcia innych planów operacyjnych. Dla sztabu różnica między tymi dwoma poleceniami jest zasadnicza. Jeżeli jakieś zadanie ma najwyższy priorytet, gromadzi się środki, przygotowuje kolejne warianty, ponawia próby po niepowodzeniu i akceptuje straty. Jeśli jest zadaniem drugorzędnym, robi się tyle, ile pozwala sytuacja bez naruszania ważniejszych celów. Warszawa we wrześniu wyglądała właśnie jak ten drugi przypadek.
Gdyby zachowanie silnej AK na lewym brzegu było dla Stalina celem strategicznym, należałoby oczekiwać koncentracji środków odpowiadającej skali zadania. Forsowanie Wisły musiałoby otrzymać znacznie większe wsparcie saperskie, artyleryjskie i lotnicze, przyczółki należałoby konsekwentnie wzmacniać, a współpraca z dowództwem AK stałaby się koniecznością operacyjną niezależnie od wzajemnej nieufności. Tymczasem żołnierze, którzy znaleźli się na zachodnim brzegu, nie otrzymali siły pozwalającej zmienić lokalną przeprawę w początek dużej operacji. Można się spierać, jak wiele więcej było wówczas wojskowo możliwe i jak wysokie straty przyniosłaby próba. Znacznie trudniej wykazać, że sowieckie kierownictwo potraktowało ocalenie Powstania jako zadanie wymagające wykorzystania wszystkich dostępnych możliwości.
Sam Rokossowski pozostaje w tej historii postacią szczególnie gorzką. Urodzony w Warszawie, syn Polaka, dawny żołnierz armii rosyjskiej, później Armii Czerwonej, przeszedł przez stalinowskie więzienie i tortury, aby po zwolnieniu wrócić do służby i stać się jednym z najwybitniejszych sowieckich dowódców II wojny światowej. We wrześniu 1944 roku dowodził potężnym frontem stojącym na prawym brzegu miasta swojego dzieciństwa, podczas gdy po drugiej stronie ginęła polska armia podziemna. Kilka lat później Stalin wyśle go do Polski jako marszałka Polski i ministra obrony narodowej. W jednej biografii zmieściły się Warszawa, imperium rosyjskie, rewolucja, stalinowski terror, zwycięstwo nad Hitlerem i powojenna zależność Polski od Moskwy.
Nie wiadomo, co dokładnie myślał we wrześniu 1944 roku, patrząc w stronę lewego brzegu. Nie ma sensu wkładać mu do głowy zdań, których nie zapisał. Możliwe jest natomiast ocenianie jego miejsca w systemie dowodzenia. Mógł być wybitnym dowódcą, rozumieć wojskowy dramat przepraw i uważać większe zaangażowanie za pożądane, ale nie on określał polityczny cel wojny prowadzonej przez Związek Sowiecki. Jego samodzielność kończyła się tam, gdzie zaczynała się decyzja Stalina o przyszłości Polski.
Najsilniejsza obrona Rokossowskiego pozostaje więc poważna. Jego front nie zatrzymał się dlatego, że nagle utracił wolę walki. Miał za sobą gigantyczną ofensywę, wydłużone linie zaopatrzenia i ciężkie walki, przed sobą zaś szeroką rzekę, zniszczone mosty oraz przeciwnika zdolnego do obrony wielkiego miasta. Te okoliczności tłumaczą, dlaczego zdobycie Pragi nie mogło automatycznie prowadzić do zdobycia lewobrzeżnej Warszawy. Nie odpowiadają jednak na inne pytanie: dlaczego uratowanie walczącej Warszawy nie otrzymało rangi celu, dla którego należało podjąć znacznie większe ryzyko. Armie nie robią wszystkiego, co teoretycznie możliwe. Robią przede wszystkim to, co ich przywódcy uznają za konieczne.
Dlatego zdanie „Rokossowski zatrzymał się nad Wisłą” jest prawdziwe tylko do pewnego stopnia. Jego wojska po zdobyciu Pragi nie przeprowadziły operacji, która doprowadziłaby do połączenia głównych sił 1. Frontu Białoruskiego z powstańcami, ale nie była to wyłącznie osobista decyzja dowódcy frontu. Rokossowski rozwiązywał problemy wojskowe w ramach strategii wyznaczanej przez Moskwę. To Stalin decydował, które cele polityczne są warte wojskowej ceny.
Po drugiej stronie Wisły nie było już wówczas pytania, czy Armia Krajowa może samodzielnie wygrać Powstanie. Nie mogła. Pozostawało pytanie, czy ktoś z zewnątrz uzna jej ocalenie za wystarczająco ważne, aby zapłacić za nie cenę. Żołnierze 1. Armii Wojska Polskiego, którzy wsiedli do łodzi i ruszyli na Czerniaków, zapłacili własną. Na najwyższym szczeblu sowieckiego dowodzenia rachunek wyglądał inaczej.
Wisła była więc dla Rokossowskiego realną przeszkodą wojskową, ale dla Stalina okazała się również wygodną granicą polityczną. Na jednym brzegu stała armia, której potrzebował do dalszej wojny z Niemcami i podporządkowania Polski. Na drugim dogorywała armia reprezentująca państwo, którego politycznej niezależności nie zamierzał respektować. Do wyjaśnienia tragedii Warszawy nie potrzeba tajnego rozkazu nakazującego Rokossowskiemu czekać. Wystarczy zauważyć, że dla Kremla zdobycie Warszawy i uratowanie Powstania nigdy nie były tym samym celem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz