Płyta Desantu 3. Dywizji Piechoty 1. Armii Wojska Polskiego na Czerniakowie, upamiętniająca żołnierzy przeprawiających się przez Wisłę na pomoc walczącej Warszawie we wrześniu 1944 r. Fot. Piotr Biegała (HeAVenlY), Wikimedia Commons, domena publiczna (PD-self).
W nocy z 15 na 16 września 1944 roku Wisła przestała być wyłącznie granicą oddzielającą dwa światy. Na pontony i łodzie zaczęli wsiadać żołnierze 9. Pułku Piechoty 3. Dywizji Piechoty 1. Armii Wojska Polskiego. Po drugiej stronie znajdowała się Warszawa, a właściwie to, co jeszcze z niej pozostawało: płonące domy, barykady, piwnice pełne cywilów i kurczący się przyczółek czerniakowski broniony przez oddziały Armii Krajowej. Pierwszy większy rzut wylądował w rejonie Solca i Wilanowskiej. Przybysze mieli ze sobą broń, której powstańcom rozpaczliwie brakowało. Po sześciu tygodniach oczekiwania wydarzyło się coś, co jeszcze kilka dni wcześniej wydawało się niemal niemożliwe. Polacy zza Wisły rzeczywiście przyszli na pomoc Polakom.
Późniejsza historia podzieliła ich bardzo dokładnie. Po jednej stronie znaleźli się powstańcy, po drugiej „berlingowcy”. Jedni należeli do Armii Krajowej podporządkowanej rządowi Rzeczypospolitej w Londynie, drudzy służyli w armii utworzonej w Związku Sowieckim i politycznie związanej z ośrodkiem władzy budowanym przez Moskwę. Tego podziału nie wolno zacierać, bo bez niego nie da się zrozumieć ani Powstania, ani Polski roku 1944. Nie wolno jednak również przenosić go automatycznie z gabinetów Stalina, Mikołajczyka i PKWN na każdego szeregowca siedzącego w pontonie. Wielu żołnierzy 1. Armii pochodziło z ziem wschodnich II Rzeczypospolitej, część miała za sobą deportacje, sowieckie obozy albo tułaczkę i zwyczajnie nie zdążyła wyjść z ZSRR wraz z armią Andersa. Mundur, który mieli na sobie, mówił wiele o politycznej genealogii ich armii, lecz znacznie mniej o osobistych przekonaniach człowieka, który go nosił. Dla niejednego była to po prostu jedyna dostępna droga powrotu do Polski. Teraz ta droga prowadziła przez Wisłę.
Sama operacja również wymaga odarcia z legendy. Nie była samowolnym buntem Zygmunta Berlinga przeciwko sowieckiemu dowództwu, ale nie była też teatralnym gestem, podczas którego kilku żołnierzy wysłano przez rzekę wyłącznie po propagandową fotografię. Na Czerniaków szli ludzie mający walczyć, zdobywać teren i utrzymać przyczółek. Dla nich różnica między wojskowym rozkazem „sforsować Wisłę” a ludzkim odruchem „pomóc Warszawie” mogła zresztą nie istnieć. Po drugiej stronie byli Niemcy i Polacy, którzy z nimi walczyli. To wystarczało.
Pierwszy kontakt nawiązano jeszcze przed właściwym desantem. Z relacji Zbigniewa Ścibor-Rylskiego wynika, że na Czerniaków przedostała się grupa zwiadowców, a w przeciwną stronę wysłano ludzi AK z informacjami o położeniu powstańczych stanowisk. „Radosław” przekazywał dane potrzebne między innymi do kierowania ogniem artylerii. Była to rzecz pozornie techniczna, ale jej znaczenie było ogromne: po raz pierwszy powstawała bezpośrednia łączność pomiędzy walczącą Warszawą a polskimi oddziałami stojącymi na prawym brzegu. W nocy z 15 na 16 września przeprawa nabrała już zupełnie innej skali. Źródła różnią się przy określaniu liczebności pierwszego rzutu. Dzieje.pl podaje około trzystu żołnierzy I batalionu 9. Pułku, natomiast opracowanie IPN mówi o nieco ponad czterystu żołnierzach 9. Pułku przeprawionych tej nocy. Rozbieżność warto pozostawić tam, gdzie jej miejsce, zamiast wybierać liczbę najlepiej pasującą do narracji. Pewne jest natomiast uzbrojenie pozwalające zobaczyć charakter operacji: ciężkie karabiny maszynowe, rusznice przeciwpancerne, moździerze, granatniki, a nawet działo przeciwpancerne kalibru 45 mm. Powstańcy otrzymywali więc nie tylko nowych ludzi, lecz także siłę ognia, której dramatycznie potrzebowali. Ścibor-Rylski zapamiętał, że pierwszy batalion przeprawił się, zanim Niemcy zorientowali się w sytuacji i skierowali silny ogień na rzekę. Następne rzuty miały już znacznie trudniej.
Spotkanie musiało wyglądać osobliwie. Ludzie mówiący tym samym językiem, walczący z tym samym przeciwnikiem i noszący polskiego orła przychodzili do siebie z dwóch zupełnie różnych wojen. Powstańcy mieli za sobą sześć tygodni walki w ruinach. Przybysze zza Wisły przeszli front regularnej wojny. Teraz mieli razem bronić kilku warszawskich ulic.
Różnica doświadczeń ujawniła się natychmiast. Żołnierze 3. Dywizji potrafili walczyć w polu, nacierać w tyralierze, obsługiwać ciężką broń i funkcjonować jako część regularnej jednostki frontowej. Czerniaków wymagał czegoś innego. Tutaj linia frontu mogła przebiegać przez klatkę schodową, piwnicę albo ścianę pomiędzy dwoma mieszkaniami. Strzelec wyborowy siedział na strychu, karabin maszynowy strzelał z otworu wybitego w murze, a czołg pojawiał się na końcu ulicy, której nie można było obejść. Ścibor-Rylski wspominał, że przybysze nie byli przygotowani do takiej walki i trzeba było ich rozprowadzać po terenie. Do poszczególnych plutonów przydzielano powstańczych łączników. AK dawała znajomość miasta i doświadczenie wojny w ruinach, 1. Armia wnosiła świeżych ludzi i cięższą broń. Przez chwilę te dwie zupełnie odmienne szkoły wojny zaczęły się uzupełniać.
Niemcy szybko zrozumieli, co może z tego wyniknąć. Czerniaków nie był już tylko kolejną powstańczą dzielnicą przeznaczoną do likwidacji. Jeżeli przyczółek zostałby utrzymany i rozszerzony, mógł stać się miejscem wprowadzania następnych oddziałów z prawego brzegu. Dlatego trzeba było zdusić go, zanim kilkuset ludzi zamieni się w kilka tysięcy, a za piechotą pojawią się środki pozwalające prowadzić regularną operację. Rozpoczął się wyścig, w którym jedna strona próbowała przerzucić przez Wisłę dostatecznie dużo sił, a druga zniszczyć przyczółek, zanim to nastąpi.
I właśnie tutaj kończy się romantyczny obraz odsieczy, a zaczyna brutalna arytmetyka wojny. Kilkuset piechurów można przewieźć pontonami. Można nawet dostarczyć ciężkie karabiny maszynowe, moździerze i lekkie działa. Znacznie trudniej zapewnić im przez następne dni tysiące sztuk amunicji, żywność, środki opatrunkowe, uzupełnienia i możliwość ewakuacji rannych. Jeszcze większym problemem staje się przeprawienie ciężkiej artylerii, pojazdów oraz wszystkiego, co jest potrzebne do rozszerzenia przyczółka. Wisła nie kończyła się przecież w chwili, gdy żołnierz wysiadał z pontonu. Od tej chwili rzeka znajdowała się za jego plecami. Każda skrzynka amunicji musiała pokonać tę samą drogę co on, a każdy ciężko ranny, którego chciano uratować, musiał odbyć ją ponownie w przeciwnym kierunku. Niemcy tymczasem obserwowali miejsca przepraw i coraz silniej je ostrzeliwali. Sukces pierwszej nocy stworzył więc sytuację, w której powodzenie następnych nocy decydowało o życiu ludzi już znajdujących się na zachodnim brzegu.
W nocy z 16 na 17 września przyszli następni. W ciągu kolejnych dni liczebność wojsk 1. Armii na Czerniakowie wzrosła do około 1200 ludzi. Walczyli wspólnie z oddziałami „Kryski” i „Radosława”, bronili między innymi pozycji przy Idźkowskiego i Zagórnej. Udało się nawet odbić kamienicę przy Idźkowskiego 5/7. To nie były działania pozorowane. Była to regularna walka o utrzymanie skrawka Warszawy połączonego z prawym brzegiem Wisły jedynie łodziami i pontonami.
Z każdym dniem stawało się jednak coraz bardziej widoczne, że przyczółek nie rozrasta się w regularny front. Niemcy mogli koncentrować przeciwko niemu artylerię, moździerze, piechotę i broń pancerną. Obrońcy tracili kolejne budynki, komunikacja między stanowiskami stawała się coraz trudniejsza, a rannych przybywało szybciej, niż można było ich ewakuować. Wisła, która przez moment wydawała się drogą ratunku, ponownie stawała się przeszkodą. Powstańcy i żołnierze 1. Armii znaleźli się razem w pułapce: przed nimi Niemcy, za nimi rzeka.
W tej sytuacji szczególnego znaczenia nabiera pytanie, które później zdominowało spór o desant: dlaczego nie przeprawiono większych sił? Najprostsza odpowiedź brzmi atrakcyjnie, lecz niewiele wyjaśnia — bo Stalin nie chciał uratować Powstania. Polityczna wrogość sowieckiego przywódcy wobec władz Polskiego Państwa Podziemnego jest dobrze udokumentowana, podobnie jak jego sierpniowa odmowa udostępnienia lotnisk alianckim samolotom niosącym pomoc Warszawie. Nie wynika z tego jednak, że dowolnej wielkości operację można było przeprowadzić jednym rozkazem. Forsowanie dużej rzeki przeciw przygotowanemu przeciwnikowi należało do najtrudniejszych przedsięwzięć wojskowych. Armia Czerwona miała za sobą długą ofensywę, a Niemcy nadal byli zdolni do silnych kontrataków. Uczciwe pytanie powinno więc brzmieć inaczej: nie czy uratowanie Warszawy byłoby łatwe, lecz czy sowieckie dowództwo uczyniło z niego cel strategiczny wart poniesienia wysokich kosztów. Przebieg walk na Czerniakowie pokazuje przynajmniej, że zdecydowano się na próbę ograniczoną. Polacy przeszli przez Wisłę i bili się naprawdę, ale za pierwszymi batalionami nie nastąpiło rozwinięcie operacji w skalę zdolną rozstrzygnąć bitwę o stolicę.
To rozróżnienie jest ważne także dla oceny samych „berlingowców”. Można krytycznie oceniać polityczny projekt, którego częścią była 1. Armia Wojska Polskiego, nie odbierając jej żołnierzom odwagi. Można również uznać rzeczywistość ich pomocy bez wyciągania z tego wniosku, że Stalin próbował za wszelką cenę ocalić Powstanie. Historia nie wymaga wybierania jednej z tych dwóch skrajności. Żołnierz płynący nocą przez Wisłę mógł naprawdę iść ratować Warszawę, chociaż państwo stojące za jego armią miało wobec Warszawy własne polityczne rachuby.
Liczby pokazują cenę tego rozdźwięku brutalniej niż jakikolwiek komentarz. Według zestawienia przywoływanego przez Dzieje.pl od 16 do 23 września na Czerniaków przeprawiło się 1254 żołnierzy 3. Dywizji Piechoty. 961 z nich zginęło albo dostało się do niewoli. Łącznie na warszawskie przyczółki przerzucono 2289 żołnierzy armii Berlinga, a walkę miało przeżyć 423. Nawet jeżeli szczegółowe bilanse różnią się pomiędzy opracowaniami, skala katastrofy nie pozostawia wątpliwości. To była jedna z tych operacji, w których słowo „desant” brzmi znacznie bardziej technicznie niż rzeczywistość. Za każdą liczbą znajdował się człowiek, który najpierw musiał przedostać się przez ostrzeliwaną rzekę, później walczyć w obcym sobie mieście, a na końcu odkryć, że droga odwrotu prowadzi przez tę samą Wisłę.
Dlatego określenie „berlingowcy” bywa zdradliwe. Jest wygodne i historycznie utrwalone, ale nazwisko generała potrafi zasłonić ludzi. Szeregowiec 9. Pułku mógł nie wiedzieć wiele o sporze Stalina z Mikołajczykiem, planach PKWN czy przyszłych granicach Polski. Wiedział natomiast, że na drugim brzegu walczą Polacy. Widział płonące miasto i słyszał artylerię. Kiedy ponton odbijał od praskiego brzegu, wielka polityka Europy Środkowej kurczyła się do kilkuset metrów ciemnej wody.
Z drugiej strony wyglądało to równie paradoksalnie. Żołnierz „Zośki”, „Czaty 49” czy zgrupowania „Kryski” miał pełne prawo widzieć w armii Berlinga narzędzie sowieckiej polityki. Za kilka miesięcy państwo budowane przy pomocy Moskwy zacznie prześladować wielu ludzi Polskiego Państwa Podziemnego. We wrześniu ta przyszłość nie zdążyła jednak jeszcze całkowicie wejść pomiędzy zwykłych żołnierzy. Kiedy człowiek zza Wisły wysiadał z pontonu z karabinem maszynowym, trzeba było wskazać mu stanowisko. Kiedy nie znał ruin, przydzielano mu powstańczego łącznika. Kiedy pojawiał się niemiecki czołg, działo przeciwpancerne przywiezione przez 1. Armię stawało się po prostu polskim działem przeciwko niemieckiemu czołgowi. Na kilka dni polityczna granica przecinająca Polskę została zawieszona na kilku ulicach Czerniakowa.
Nie trwało to długo. Przyczółek był coraz bardziej ściskany, a możliwość jego utrzymania malała wraz z każdym utraconym domem i każdym człowiekiem, którego nie było kim zastąpić. Część rannych udało się przewieźć na wschodni brzeg, inni pozostawali w improwizowanych szpitalach. Pod koniec walk resztki oddziałów próbowały wydostać się z kotła, przeprawić przez rzekę albo przedrzeć w kierunku Śródmieścia. Dla większości nie było już dobrego wyjścia. Pomoc dotarła do Warszawy, lecz sama zaczęła potrzebować ratunku.
I właśnie dlatego Czerniaków tak źle znosi późniejszą propagandę. W Polsce Ludowej przeprawę można było przedstawiać jako dowód braterskiej pomocy udzielonej Powstaniu przez wojsko nadchodzące ze wschodu, pomijając wcześniejszą politykę Stalina wobec walczącej Warszawy. Po 1989 roku łatwo było z kolei wykonać ruch przeciwny i zobaczyć w całej operacji wyłącznie cyniczną inscenizację. Oba obrazy są zbyt wygodne. Inscenizacja nie kosztuje setek zabitych i wziętych do niewoli. Rzeczywista ofiara żołnierzy nie dowodzi natomiast, że politycznym celem Kremla było uratowanie Armii Krajowej. Czerniaków jest trudny właśnie dlatego, że obie rzeczy trzeba widzieć równocześnie: ograniczony charakter operacji i nieograniczoną realność śmierci ludzi, którzy zostali do niej wysłani.
Pozostał po nich obraz niemal symboliczny dla całej polskiej historii 1944 roku. Na jednym skrawku Warszawy znaleźli się żołnierze dwóch polskich armii podporządkowanych konkurencyjnym ośrodkom politycznym. Jedni przyszli z konspiracji, drudzy ze wschodu. Jedni mieli za sobą okupowaną Warszawę, inni często Syberię, łagier albo wielomiesięczny marsz przez front. Za kilka miesięcy ich drogi rozejdą się dramatycznie, a zwycięski system polityczny będzie prześladował wielu ludzi należących do tego pierwszego wojska. We wrześniu przez kilka dni dzielili jednak te same ruiny, amunicję i niebezpieczeństwo. Niemcy nie pytali, którego rządu żołnierzem jest człowiek stojący po drugiej stronie ulicy.
Desant na Czerniaków nie uratował Powstania. Był zbyt mały, zbyt słabo rozwinięty i podjęty zbyt późno, aby odmienić los Warszawy. Nie był jednak fikcją. Polacy zza Wisły naprawdę przyszli na pomoc Polakom i zapłacili za to straszliwą cenę. Przepłynęli rzekę, weszli pomiędzy warszawskie ruiny i przez kilka dni walczyli razem z żołnierzami AK. Tragedia nie polegała na tym, że nikt nie przyszedł. Polegała na tym, że przyszli — lecz za nimi nie nadeszła siła wystarczająca, aby pomoc zamienić w odsiecz.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz