Szukaj na tym blogu

wtorek, 22 września 2026

17 września nad Wisłą. Historia zatoczyła ponure koło

 
















Wkroczenie Armii Czerwonej do Polski, wrzesień 1939 r. Autor nieznany. Wikimedia Commons, domena publiczna (PD-Russia-1996).

Są daty, które wracają w historii jak echo. Nie dlatego, że wydarzenia powtarzają się dokładnie, lecz dlatego, że po latach pojawia się obraz przypominający poprzedni na tyle mocno, aby wywołać niepokój. 17 września 1939 roku Armia Czerwona przekroczyła wschodnią granicę Rzeczypospolitej. Dokładnie pięć lat później, 17 września 1944 roku, żołnierze polskiej armii utworzonej w Związku Sowieckim przeprawiali się przez Wisłę do walczącej Warszawy. Nie byli najeźdźcami. Szli bić Niemców i wielu z nich miało za tę próbę zapłacić życiem. A jednak trudno znaleźć datę lepiej pokazującą tragiczny paradoks polskiej historii.

Pierwszy 17 września nie pozostawia większego pola do semantycznych zabaw. Związek Sowiecki był związany z Polską paktem o nieagresji, a 23 sierpnia 1939 roku zawarł z III Rzeszą pakt Ribbentrop–Mołotow, którego tajny protokół wyznaczał niemiecką i sowiecką strefę interesów w Europie Środkowo-Wschodniej. W nocy z 16 na 17 września polskiego ambasadora Wacława Grzybowskiego wezwano do sowieckiego Komisariatu Spraw Zagranicznych. Usłyszał tam, że państwo polskie rzekomo przestało istnieć, wobec czego ZSRS musi wziąć pod opiekę ludność ukraińską i białoruską. Grzybowski odmówił przyjęcia noty. Kilka godzin później oddziały Armii Czerwonej przekraczały już granicę, atakując między innymi strażnice Korpusu Ochrony Pogranicza. Polska od ponad dwóch tygodni walczyła wówczas z Niemcami, jej rząd nadal funkcjonował, a sowiecka agresja realizowała wcześniejsze ustalenia z III Rzeszą. Co więcej, niemiecka dyplomacja była informowana o przygotowaniach do sowieckiego uderzenia i o propagandowym uzasadnieniu, jakim Moskwa zamierzała je osłonić.

Pięć lat później mapa wyglądała niemal jak odwrócona. Niemcy cofali się na zachód, Armia Czerwona parła w przeciwnym kierunku, a wraz z nią szła 1. Armia Wojska Polskiego. Stalin nie był już partnerem Hitlera, lecz wojennym sojusznikiem Churchilla i Roosevelta. Polscy żołnierze nadchodzący ze wschodu nie przyszli uczestniczyć w rozbiorze Polski. Przyszli walczyć z Niemcami.

I właśnie dlatego 17 września 1944 roku jest datą znacznie ciekawszą niż prosta rocznicowa analogia. Dwa dni wcześniej Praga znalazła się w rękach wojsk sowieckich i polskich. Nocą z 15 na 16 września przez Wisłę na Czerniaków ruszyli żołnierze 9. Pułku Piechoty 3. Dywizji Piechoty 1. Armii WP. Następnej nocy przeprawa trwała dalej. Na zachodnim brzegu czekali ludzie „Radosława” i „Kryski”, wyczerpani po półtora miesiąca walk. Przybysze wchodzili do miasta, w którym front przebiegał przez mieszkania, podwórza, piwnice i klatki schodowe. Regularna wojna spotykała się z wojną powstańczą. Do 18 września na lewy brzeg miało przedostać się około 1200 żołnierzy armii Berlinga.

Nie należy z tego budować równania: 17 września 1939 równa się 17 września 1944. Byłoby ono efektowne i fałszywe. W 1939 roku ZSRS dokonał agresji na Rzeczpospolitą, łamiąc pakt o nieagresji i realizując wcześniejsze ustalenia z III Rzeszą. Pięć lat później żołnierze 1. Armii WP walczyli przeciwko niemieckiemu okupantowi i rzeczywiście próbowali pomóc powstańcom. Polski szeregowiec płynący nocą przez Wisłę nie był odpowiednikiem czerwonoarmisty przekraczającego przedwojenną granicę Polski.

Ponure koło historii zamykało się gdzie indziej. W 1939 roku Stalin przedstawiał Polskę jako państwo, które przestało istnieć. W roku 1944 jej istnienia już nie kwestionował, ale na terenach zajmowanych przez Armię Czerwoną powstawał konkurencyjny wobec rządu RP w Londynie system władzy. Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego korzystał z poparcia Moskwy, podczas gdy Armia Krajowa pozostawała częścią Polskiego Państwa Podziemnego podporządkowanego władzom emigracyjnym. Konflikt nie dotyczył już tego, czy Polska ma istnieć, lecz tego, kto będzie w niej rządził, jakie będą jej granice i jak szeroki pozostanie zakres jej samodzielności. Dwa polskie wojska mogły strzelać do tego samego Niemca, ale należały do dwóch porządków politycznych, które nie miały po wojnie funkcjonować na równych prawach. W tym sensie front wojskowy i przyszły front polityczny przesuwały się niemal razem.

Na Czerniakowie wielka polityka na chwilę schodziła jednak do piwnicy. Przybysza trzeba było przeprowadzić przez ruiny, wskazać mu stanowisko i ostrzec, z którego domu strzelają Niemcy. Powstańcy znali teren, żołnierze 1. Armii przynosili ludzi i cięższą broń. Kiedy pojawiał się niemiecki czołg, liczyło się działo przeciwpancerne, a nie polityczna genealogia jego obsługi.

17 września oba światy zetknęły się jeszcze mocniej. Na Czerniaków przeprawiła się kolejna grupa żołnierzy 3. Dywizji. Razem z AK bronili pozycji przy ulicach Idźkowskiego i Zagórnej, a obrońcom udało się odbić kamienicę przy Idźkowskiego 5/7. Ewakuowano szpital przy Zagórnej 9 i część rannych przewieziono na prawy brzeg. Wieczorem kilkuset żołnierzy 6. Pułku Piechoty 2. Dywizji Piechoty przeprawiło się również w rejon Kępy Potockiej na Żoliborzu. Mieli ze sobą między innymi rusznice przeciwpancerne i radiostację polową. Niemcy odpowiedzieli natarciem od strony Cytadeli. To nie była propagandowa dekoracja ani kilka łodzi wysłanych po to, żeby można było ogłosić udzielenie pomocy Warszawie. Toczyła się regularna walka, w której ludzie ginęli, byli ranni i trafiali do niewoli.

I tutaj pojawia się najbardziej przewrotna część tej historii. Wielu żołnierzy armii Berlinga pochodziło z ziem wschodnich II Rzeczypospolitej. Dla części z nich 17 września 1939 roku nie był późniejszą datą z podręcznika, lecz początkiem osobistej katastrofy. Sowiecka okupacja wschodnich województw przyniosła represje, aresztowania i deportacje. Nie każdy żołnierz 1. Armii miał oczywiście taką biografię i nie wolno konstruować jednego życiorysu dla setek tysięcy ludzi. Sam mechanizm pozostaje jednak niezwykły: obywatele państwa zaatakowanego przez Związek Sowiecki wracali pięć lat później do Polski w armii sformowanej właśnie na jego terytorium.

Wracali przy tym nie po to, aby walczyć z Polską. Na Czerniakowie ginęli obok żołnierzy Armii Krajowej, próbując utrzymać skrawek polskiej stolicy. Historia potrafiła zmieścić w jednym ludzkim losie utratę rodzinnego domu po 17 września, pobyt w Związku Sowieckim, polski mundur otrzymany na Wschodzie i śmierć od niemieckiej kuli w Warszawie.

Dlatego słowo „berlingowiec” jest użyteczne, dopóki oznacza przynależność do określonej formacji wojskowej. Staje się niebezpieczne, gdy zaczyna udawać pełną charakterystykę człowieka. Mundur 1. Armii nie był indywidualną deklaracją ideologiczną każdego szeregowca. Ludzie trafiali do niej różnymi drogami, a dla wielu była przede wszystkim drogą prowadzącą na zachód, do kraju. Mogli nie znać szczegółów sporu Stalina z rządem londyńskim ani przyszłych planów PKWN. Widzieli natomiast Wisłę, Warszawę po drugiej stronie i Niemców, których należało z niej wyrzucić.

Za tym żołnierzem rzeczywiście szła jednak polityka. Operacja „Burza” została pomyślana nie tylko jako wystąpienie wojskowe przeciw Niemcom, ale również jako demonstracja ciągłości państwa polskiego. Oddziały AK miały uderzać na cofającego się przeciwnika, a następnie występować wobec nadchodzących Sowietów w roli sił zbrojnych gospodarza terenu. W Wilnie współpraca wojskowa przeciw Niemcom nie przeszkodziła później w rozbrojeniu i represjonowaniu żołnierzy AK. Podobne doświadczenia na innych obszarach pokazywały zasadniczy problem całej koncepcji: można było wspólnie strzelać do Wehrmachtu, a kilka godzin później znaleźć się po przeciwnych stronach politycznego konfliktu.

Warszawa nadawała temu konfliktowi zupełnie inną skalę. Nie była kolejnym miastem na drodze do Berlina. Była stolicą państwa, którego podziemne struktury właśnie wystąpiły zbrojnie przeciw Niemcom. Opanowanie miasta przez AK przed wejściem Armii Czerwonej stworzyłoby sytuację polityczną trudniejszą do zignorowania niż ujawnienie lokalnego oddziału gdzieś na prowincji.

Na tym tle obraz z 17 września staje się niemal surrealistyczny. Na zachodnim brzegu Wisły walczyło wojsko Polskiego Państwa Podziemnego, którego polityczne zaplecze pozostawało w ostrym konflikcie z Moskwą. Z drugiego brzegu płynęli mu na pomoc żołnierze polskiej armii utworzonej w Związku Sowieckim. Jedni i drudzy uważali się za polskich żołnierzy. Jedni i drudzy strzelali do Niemców. Jedni i drudzy ginęli na tych samych ulicach. Przyszłość miała ich wkrótce rozdzielić znacznie brutalniej. We wrześniu 1944 roku powstaniec mógł jednak wskazywać „berlingowcowi” przejście przez ruiny, a ten odpowiadał ogniem z broni, której obrońcom brakowało. Wielka historia stworzyła dwa polskie wojska, po czym na kilka dni wepchnęła ich żołnierzy do jednej piwnicy.

Stąd bierze się również problem ze słowem „wyzwolenie”. Wypędzenie Niemców było rzeczywistym wyzwoleniem od niemieckiej okupacji. Dla człowieka wychodzącego z więzienia, rodziny zagrożonej egzekucją czy robotnika obawiającego się wywózki różnica była całkowicie realna. Nie wynikało z tego jednak automatycznie odzyskanie przez państwo polskie pełnej swobody politycznej. Rok 1944 przynosił jednocześnie koniec niemieckiej władzy na kolejnych obszarach i budowę systemu uzależnionego od Związku Sowieckiego. Te dwa procesy nie wykluczały się. Właśnie ich jednoczesność stanowi jeden z najtrudniejszych elementów polskiego doświadczenia końca wojny.

Na Czerniakowie nie było czasu na rozwiązywanie tego paradoksu. Niemcy coraz mocniej ściskali przyczółek, a Wisła, która miała być drogą odsieczy, szybko stawała się przeszkodą oddzielającą walczących od zaplecza. Piechotę można było przewieźć pontonami. Znacznie trudniej było dzień po dniu dostarczać amunicję, ciężką broń, żywność i uzupełnienia, a w przeciwnym kierunku ewakuować rannych. Żołnierze wysłani na pomoc powstańcom sami zaczynali potrzebować pomocy.

Tego samego 17 września „Biuletyn Informacyjny” oceniał jeszcze, że Powstanie wchodzi w końcową, zwycięską fazę i można oczekiwać sowieckiego uderzenia na Warszawę. Nadzieja nie była całkowicie irracjonalna. Praga została zajęta, polscy żołnierze przeprawiali się przez Wisłę, nocą pojawiały się sowieckie i polskie samoloty dokonujące zrzutów. Jednocześnie dowództwu AK nie udało się tego dnia nawiązać bezpośredniej łączności telefonicznej ze sztabem Armii Czerwonej. Z perspektywy człowieka znajdującego się w Warszawie musiał to być jeden z najbardziej dezorientujących momentów całego Powstania. Pomoc była już widoczna i namacalna, ale nadal nie wiadomo było, czy jest początkiem wielkiej operacji, czy tylko ograniczonym działaniem na brzegu rzeki.

Można sobie wyobrazić człowieka płynącego tej nocy przez Wisłę, który pamiętał poprzedni 17 września. Nie trzeba wymyślać mu nazwiska ani wkładać w usta słów, których nikt nie zapisał. Wystarczy chronologia. W ciągu pięciu lat Związek Sowiecki przeszedł drogę od współuczestnika rozbioru Polski do głównej siły militarnej wypierającej Niemców z jej ziem. Polska przeszła drogę od państwa napadniętego przez dwóch sąsiadów do członka koalicji walczącej u boku jednego z dawnych agresorów przeciwko drugiemu.

Nie oznacza to, że rok 1944 był powtórzeniem roku 1939. Niemiecka okupacja oznaczała terror, eksploatację, masowe mordy oraz politykę eksterminacyjną. Sowiecka dominacja nad powojenną Polską miała inny charakter, choć prowadziła do ograniczenia suwerenności i represji wobec przeciwników nowego systemu. Zrównanie tych rzeczywistości zaciemnia historię zamiast ją wyjaśniać. Równie fałszywy byłby jednak obraz roku 1944 jako prostego odzyskania państwa utraconego pięć lat wcześniej. Niemcy mogli zostać pokonani, a problem polskiej niepodległości pozostawał nierozwiązany.

17 września 1939 roku granicę Rzeczypospolitej przekraczały sowieckie czołgi. 17 września 1944 roku przez Wisłę płynęli polscy żołnierze próbujący dostać się do walczącej stolicy. Pierwszy obraz oznaczał agresję. Drugi oznaczał rzeczywistą próbę pomocy. Nie należy ich zrównywać. Warto jednak postawić je obok siebie, ponieważ pomiędzy nimi mieści się niemal cała tragedia polskiej wojny.

Pięć lat wcześniej Stalin wysłał wojska do Polski pod pretekstem, że państwo polskie przestało istnieć. Pięć lat później polscy żołnierze nadchodzący ze strony kontrolowanej przez jego armię przelewali krew, próbując ratować stolicę tego państwa. Zmienił się wróg Moskwy, zmieniły się sojusze i zmienił się kierunek marszu Armii Czerwonej. Nie zniknęło pytanie najważniejsze dla Polaków: czy po zakończeniu wojny będą mogli sami rozstrzygnąć o własnym państwie. Nad Wisłą 17 września 1944 roku historia rzeczywiście zatoczyła ponure koło. Nie wróciła do tego samego miejsca, ale ponownie pozostawiła Polskę pomiędzy własną walką o niepodległość a planami mocarstwa, które było od niej silniejsze.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz