Szukaj na tym blogu

środa, 23 września 2026

Amerykańskie bombowce nad Warszawą. Wielka pomoc, która przyszła za późno

 





















Amerykańskie bombowce B-17 Flying Fortress odlatują znad Warszawy po zrzuceniu zaopatrzenia dla powstańców, 18 września 1944 r. W dole widoczna Wisła i okolice Wilanowa. Autor nieznany, U.S. Air Force / Wikimedia Commons, domena publiczna.

18 września 1944 roku warszawiacy zobaczyli na niebie coś, czego przez siedem tygodni Powstania wypatrywali niemal codziennie. Nie nadlatywał pojedynczy samolot lecący nocą nad płonącym miastem, lecz wielka formacja amerykańskich bombowców. Nad Warszawą pojawiły się B-17 Flying Fortress osłaniane przez myśliwce P-51 Mustang. Po chwili niebo zapełniło się spadochronami, pod którymi opadały zasobniki z bronią, amunicją, żywnością i środkami medycznymi. Dla ludzi żyjących od tygodni pod niemieckimi bombami musiał to być widok niemal nierzeczywisty. Stany Zjednoczone wreszcie wysłały nad Warszawę swoją potęgę lotniczą. Problem polegał na tym, że Warszawa najbardziej potrzebowała jej w sierpniu, a amerykańskie bombowce pojawiły się dopiero 18 września.

Operacja nosiła kryptonim „Frantic VII”. Rankiem z lotnisk w Anglii wystartowało 110 ciężkich bombowców B-17 amerykańskiej 8. Armii Powietrznej. Nad Warszawę dotarło 107 maszyn, choć zrzutu dokonało mniej samolotów. Towarzyszyły im Mustangi mające chronić wielką i stosunkowo powolną formację. Była to największa jednorazowa aliancka operacja zrzutowa dla walczącej Warszawy i jedyny amerykański dzienny lot zaopatrzeniowy nad miasto.

Droga do tej operacji prowadziła jednak przez gabinety polityków równie wyraźnie jak przez sztaby lotnicze. Amerykanie zamierzali wykonać lot wahadłowy: po zrzuceniu zaopatrzenia bombowce miały lecieć dalej na wschód i lądować na lotniskach znajdujących się na obszarze kontrolowanym przez Związek Sowiecki. Bez zgody Moskwy taki plan nie mógł zostać zrealizowany w przewidywanej formie. Przez większą część Powstania tej zgody nie było. Dopiero we wrześniu sytuacja się zmieniła i możliwe stało się przygotowanie wielkiej amerykańskiej wyprawy. Dokumentacja amerykańska potwierdza zarówno uzyskanie zgody Moskwy przed misją z 18 września, jak i późniejszy brak sowieckiego zezwolenia na drugą planowaną wyprawę.

Nie znaczy to, że wcześniej nad Warszawą nie pojawiała się pomoc z Zachodu. Pierwsze polskie i brytyjskie załogi poleciały nad miasto już w nocy z 4 na 5 sierpnia, a później dołączyli do nich lotnicy brytyjscy, południowoafrykańscy, australijscy, kanadyjscy i nowozelandzcy. Startowali między innymi z włoskiego Brindisi i wykonywali niezwykle długie loty nad obszarami kontrolowanymi przez Niemców. Nad Warszawą schodzili nisko, aby zwiększyć szansę trafienia w niewielkie zrzutowiska, wystawiając się przy tym na ogień niemieckiej obrony przeciwlotniczej. W całych operacjach zrzutowych dla Warszawy zginęło 147 alianckich lotników. Dlatego opowieść o całkowicie biernym Zachodzie jest równie nieuczciwa jak opowieść o pomocy wystarczającej do potrzeb walczącego miasta. Pomoc istniała od sierpnia, ale jej możliwości ograniczały odległość, straty, warunki techniczne oraz brak dostępu do sowieckich lotnisk.

18 września sytuacja wyglądała już zupełnie inaczej niż w pierwszych dniach Powstania. Wola dawno została utracona, Stare Miasto upadło, a Powiśle znajdowało się w rękach niemieckich. Na Czerniakowie trwała rozpaczliwa walka powstańców i żołnierzy 1. Armii Wojska Polskiego o coraz mniejszy przyczółek. Śródmieście, Mokotów i Żoliborz tworzyły odrębne obszary walki. Warszawa, nad którą miały zostać zrzucone setki zasobników, była już znacznie mniejszym celem niż kilka tygodni wcześniej.

Amerykanie podjęli próbę wykonania operacji już 15 września, ale pogoda uniemożliwiła realizację zadania. Trzy dni później warunki pozwoliły na ponowny start. B-17 przeleciały nad Morzem Północnym, Danią, Niemcami i okupowaną Polską, pokonując około 1360 kilometrów przed dotarciem nad Warszawę. Po wykonaniu zrzutu miały kontynuować lot na wschód i wylądować na sowieckich lotniskach na Ukrainie. Była to więc prawdziwa operacja wahadłowa obejmująca znaczną część Europy.

Około godziny 13.40 mieszkańcy zobaczyli nad Warszawą amerykańską armadę. Czterosilnikowe bombowce leciały wysoko, a po chwili pod nimi zaczęły pojawiać się setki spadochronów. Powstaniec Rafał Kołłątaj-Srzednicki wspominał później, że niektórzy obserwatorzy początkowo sądzili, iż rozpoczął się oczekiwany desant spadochroniarzy. Niemcy otworzyli gwałtowny ogień przeciwlotniczy. Dla miasta bombardowanego przez Luftwaffe sam widok tak wielkiej formacji alianckiej musiał mieć znaczenie wykraczające daleko poza liczbę zrzuconych skrzyń. Przez kilka minut Warszawa mogła poczuć, że wojna prowadzona przez największe mocarstwa dotarła również nad jej barykady.

Tyle że B-17 był maszyną stworzoną przede wszystkim do bombardowania strategicznego, a nie do zaopatrywania kilku niewielkich enklaw w środku wielkiego miasta. Amerykańskie zasobniki spadały z wysokości kilku kilometrów. Podczas długiego opadania wiatr mógł przesunąć je daleko od wyznaczonego miejsca. Tymczasem powstańcza Warszawa nie była już zwartym obszarem, lecz archipelagiem dzielnic, ulic i kwartałów otoczonych przez Niemców. W takich warunkach błąd liczony w setkach metrów decydował o tym, czy broń trafi do powstańca, do Wehrmachtu, do Wisły czy na teren zajęty przez Armię Czerwoną.

Skala zrzutu robiła mimo wszystko ogromne wrażenie. Dokumentacja amerykańska przywołana przez Departament Stanu mówi o 1284 zasobnikach zawierających broń, żywność i środki medyczne. Muzeum Powstania Warszawskiego, opierając się na badaniach Kajetana Bienieckiego, podaje 288 zasobników przejętych przez powstańców, czyli około jednej czwartej zrzuconego ładunku. W źródłach występują również niższe szacunki, a dokumentacja amerykańska wskazuje, że do polskich rąk mogło trafić od około 130 do najwyżej 288 zasobników. Nie ma więc potrzeby udawać, że znamy jedną bezsporną liczbę. Pewny jest wniosek znacznie ważniejszy: zdecydowana większość zaopatrzenia nie dotarła do ludzi, dla których została wysłana.

Nie czyniło to operacji bezwartościową. W mieście cierpiącym na chroniczny brak amunicji każdy odzyskany zasobnik z bronią miał znaczenie. Wśród zrzuconego wyposażenia znajdowały się pistolety maszynowe Sten, granaty, granatniki przeciwpancerne PIAT, materiały wybuchowe, amunicja, żywność i lekarstwa. Część zasobników odzyskiwano nawet po walce. Dla konkretnych oddziałów i konkretnych ludzi zawartość tych skrzyń mogła oznaczać możliwość dalszej walki albo przeżycia następnego dnia.

Pytanie brzmi jednak inaczej: co oznaczałaby podobna operacja kilka tygodni wcześniej? Odpowiedź musi pozostać ostrożna, ponieważ historii nie da się przeprowadzić ponownie w warunkach laboratoryjnych. W pierwszej połowie sierpnia powstańcy kontrolowali jednak większe obszary Warszawy, ich oddziały były mniej wyczerpane, a walki nie doprowadziły jeszcze do utraty Starego Miasta, Powiśla i znacznej części innych pozycji. Większa powierzchnia kontrolowana przez AK zwiększałaby prawdopodobieństwo przejęcia zasobników. Broń dostarczona wówczas trafiałaby do formacji rozpoczynających wielotygodniową walkę, a nie do oddziałów wyniszczonych po siedmiu tygodniach wojny miejskiej. Nie można na tej podstawie twierdzić, że wcześniejszy Frantic VII uratowałby Powstanie. Można natomiast uznać, że jego potencjalne znaczenie taktyczne byłoby wtedy większe.

I właśnie w tym sensie amerykańska pomoc przyszła za późno. Nie była fikcją, demonstracją bez treści ani propagandowym przedstawieniem. Była ogromnym przedsięwzięciem logistycznym, w którym uczestniczyły setki lotników i ponad sto ciężkich bombowców. Przyniosła Warszawie realną broń, żywność i lekarstwa. Przyszła jednak w momencie, gdy zdolność miasta do wykorzystania tak wielkiego zrzutu została już dramatycznie ograniczona.

Najłatwiej byłoby w tym miejscu znaleźć jednego winnego i zamknąć całą historię w prostym oskarżeniu. Churchill rzeczywiście naciskał na udzielenie Warszawie pomocy, Roosevelt prowadził własne kalkulacje, a Stalin przez znaczną część Powstania nie udostępniał sowieckich lotnisk alianckim samolotom wykonującym misje dla Warszawy. Każdy z tych elementów miał znaczenie, ale nie usuwał problemów czysto wojskowych: ogromnej odległości od baz we Włoszech, strat ponoszonych przez załogi, niemieckiej obrony przeciwlotniczej oraz trudności z precyzyjnym trafieniem w niewielkie obszary kontrolowane przez AK. Ostateczna zgoda Moskwy na operację wahadłową otworzyła Amerykanom możliwość wykonania wielkiej misji. Dokumentacja amerykańska wskazuje jednak również, że kolejna planowana wyprawa nie uzyskała sowieckiego zezwolenia.

Frantic VII pokazuje przez to paradoks nowoczesnej wojny w wyjątkowo czystej postaci. Stany Zjednoczone potrafiły poderwać ponad sto ciężkich bombowców, przeprowadzić je nad znaczną częścią okupowanej Europy, dotrzeć nad Warszawę, zrzucić ponad tysiąc zasobników i skierować maszyny dalej na sowieckie lotniska. Było to osiągnięcie organizacyjne, którego kilka lat wcześniej nie potrafiłoby wykonać żadne lotnictwo świata. Cała ta przemysłowa potęga rozbijała się jednak o problem ostatnich kilkuset metrów. Bombowiec mógł przelecieć ponad tysiąc kilometrów i znaleźć Warszawę. Nie mógł zagwarantować, że zasobnik spadnie na właściwe podwórze. W wojnie miejskiej różnica między sukcesem a porażką miała czasem szerokość jednej ulicy.

Amerykańscy lotnicy nie wykonywali przy tym zadania z całkowicie bezpiecznej wysokości i bez ponoszenia strat. W rejonie Dziekanowa Leśnego Niemcy zestrzelili B-17 dowodzony przez porucznika Francisa E. Akinsa. Ośmiu członków dziesięcioosobowej załogi zginęło, a dwóch ocalałych trafiło do niewoli. Stracono również dwa myśliwce P-51 eskortujące wyprawę. Za wielkim obrazem setki samolotów i spadochronów kryły się więc także indywidualne śmierci ludzi, którzy 18 września lecieli nad miasto odległe od ich własnego kraju o tysiące kilometrów.

Na ziemi trwała tymczasem walka, której żadna pojedyncza operacja lotnicza nie mogła już odwrócić. Tego samego dnia Niemcy zajęli ulicę Czerniakowską, a powstańcy oraz żołnierze 1. Armii WP bronili kurczącego się przyczółka. Nocą z 17 na 18 września na Czerniaków przedostała się ostatnia grupa 63 żołnierzy 9. Pułku Piechoty 3. Dywizji. Warszawa otrzymywała więc jednocześnie pomoc ze wschodu i z zachodu. Obie próby były rzeczywiste, obie kosztowały ludzkie życie i żadna nie osiągnęła skali pozwalającej zmienić strategiczne położenie Powstania.

Zdjęcia wykonane 18 września należą dlatego do najbardziej przewrotnych obrazów całego Powstania Warszawskiego. Wysoko nad ruinami widać potęgę państwa zdolnego produkować tysiące czterosilnikowych bombowców. Niżej wiszą setki spadochronów niosących dokładnie to, czego Warszawa potrzebowała od początku walk. Jeszcze niżej znajduje się miasto, które nie jest już w stanie przejąć większości tej pomocy. Imponujący obraz zwycięskiej potęgi przemysłowej Stanów Zjednoczonych staje się jednocześnie obrazem bezsilności.

Dla powstańca, który dostał dzięki Frantic VII magazynek amunicji, granatnik PIAT, żywność albo lekarstwa, rozważania o strategicznym spóźnieniu miały zapewne niewielkie znaczenie. Pomoc, która z perspektywy całej bitwy była niewystarczająca, z perspektywy pojedynczego człowieka mogła decydować o życiu. Podobne znaczenie miał widok amerykańskiej armady. Po tygodniach walki mieszkańcy otrzymali namacalny dowód, że Warszawa nie zniknęła całkowicie z pola widzenia aliantów. Dlatego Frantic VII nie powinien być opisywany ani jako wielki ratunek, ani jako bezwartościowy gest. Był prawdziwą pomocą, której skuteczność została dramatycznie zmniejszona przez czas, warunki wykonania i sytuację na ziemi.

18 września Amerykanie pokazali, że potrafią wysłać nad Warszawę ponad sto Latających Fortec. Zrzucili 1284 zasobniki, stracili ludzi i samoloty, a część dostarczonej broni rzeczywiście trafiła do powstańców. Wszystko to było realne i zasługuje na pamięć bez ironii oraz bez pomniejszania wysiłku lotników. Równie realne było jednak to, że większość zaopatrzenia spadła poza powstańcze pozycje, a drugiej wielkiej amerykańskiej misji nie przeprowadzono.

Warszawa nie potrzebowała jednego spektakularnego cudu pod koniec września. Potrzebowała systematycznej pomocy wtedy, gdy miała jeszcze terytorium, ludzi i możliwości pozwalające wykorzystać ją na większą skalę. Kiedy nad miastem pojawiły się wreszcie setki amerykańskich silników, ich huk był jednocześnie dźwiękiem nadziei i spóźnienia. Latające Fortece przybyły nad Warszawę. Warszawa, której mogły pomóc najbardziej, w znacznej części już nie istniała.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz