Zrzut zaopatrzenia nad Mokotowem podczas amerykańskiej operacji „Frantic VII”, 18 września 1944 r. Fotografia wykonana bezpośrednio po wyrzuceniu zasobników. Autor nieznany, Wikimedia Commons, domena publiczna (PD-Poland).
18 września 1944 roku nad Warszawą pojawiła się potęga, na którą miasto czekało od początku sierpnia. Ponad sto amerykańskich B-17 przeleciało nad płonącą stolicą, a niebo wypełniły spadochrony z zasobnikami. Dla ludzi patrzących z ruin mogło to wyglądać jak początek długo oczekiwanego ratunku. Problem polegał na tym, że między pomocą potrzebną 1 sierpnia a pomocą dostarczoną 18 września leżało czterdzieści dziewięć dni Powstania.
Operacja „Frantic VII” była przedsięwzięciem imponującym. Z Anglii wystartowało 110 B-17, a nad Warszawę dotarło 107 maszyn; według dokumentacji prezentowanej przez Muzeum Powstania Warszawskiego zrzutu dokonało 101 bombowców. Towarzyszyły im myśliwce P-51 Mustang, a po wykonaniu zadania formacja miała kontynuować lot na sowieckie lotniska na Ukrainie. Amerykanie pokonali około 1360 kilometrów, zanim znaleźli się nad miastem. Około godziny 13.40 mieszkańcy zobaczyli czterosilnikowe bombowce, jakich wcześniej w takiej liczbie nad Warszawą nie widziano. Z wysokości około pięciu kilometrów zaczęły spadać zasobniki z bronią, amunicją, materiałami wybuchowymi, żywnością i środkami medycznymi. W ciągu kilku minut wykonano największy jednorazowy aliancki zrzut dla Powstania.
Sama liczba samolotów może jednak wprowadzać w błąd. B-17 był ciężkim bombowcem strategicznym, a nie maszyną skonstruowaną do precyzyjnego zaopatrywania niewielkich oddziałów walczących wśród kamienic. Z wysokości kilku kilometrów zasobnik nie spadał pionowo na wskazane podwórze. Znosił go wiatr, a o miejscu lądowania decydowały czynniki, nad którymi załoga bombowca miała niewielką kontrolę.
To właśnie tutaj zaczynał się zasadniczy problem operacji. Gdyby Warszawa była w rękach powstańców na dużym, zwartym obszarze, rozrzut zrzutu nie musiałby oznaczać katastrofy. Tymczasem po siedmiu tygodniach walk powstańcza stolica przypominała archipelag otoczonych przez Niemców wysp. Wola została utracona już w pierwszej fazie Powstania. Stare Miasto upadło na początku września, później Niemcy opanowali Powiśle, a 18 września trwała agonia przyczółka czerniakowskiego. Śródmieście, Mokotów i Żoliborz walczyły nadal, ale nie tworzyły jednego wielkiego obszaru kontrolowanego przez AK. Pomiędzy nimi znajdowały się pozycje niemieckie. Zasobnik przesunięty przez wiatr o kilkaset metrów mógł więc zamiast do powstańców trafić prosto do przeciwnika. Tego nie dało się naprawić ani większą odwagą amerykańskich lotników, ani zwiększeniem liczby bombowców.
Liczby są bezlitosne. Amerykanie zrzucili 1284 zasobniki, natomiast źródła różnią się w ocenie liczby przejętej przez AK. Stowarzyszenie Pamięci Powstania Warszawskiego podaje 228, podczas gdy Muzeum Powstania Warszawskiego – za obliczeniami Kajetana Bienieckiego – 288, czyli około jednej czwartej całego ładunku. Rozbieżność nie zmienia zasadniczego obrazu operacji. Większość tego, co Amerykanie przywieźli przez pół Europy dla Warszawy, nie znalazła się w rękach powstańców.
Część zasobników spadła na pozycje niemieckie, część do Wisły, część na prawy brzeg zajęty już przez wojska sowieckie i polskie. Niektóre znalazły się na ziemi niczyjej i powstańcy próbowali zdobywać je pod ogniem. Niemcy strzelali również do opadających spadochronów pociskami zapalającymi. Według zestawień przywoływanych przez Dzieje.pl 28 zasobników zostało w ten sposób zniszczonych. Pomoc nie kończyła więc swojej drogi w chwili wyrzucenia z bombowca. Właściwa walka o nią zaczynała się czasem dopiero na ziemi.
A było o co walczyć. W zasobnikach znajdowały się pistolety maszynowe Sten, ręczne karabiny maszynowe Bren, granatniki przeciwpancerne PIAT, granaty, materiały wybuchowe, amunicja oraz wyposażenie medyczne. W mieście, w którym amunicję liczono coraz dokładniej, każda skrzynia miała znaczenie. Zdobycie nawet części zrzutu mogło zwiększyć możliwości konkretnego plutonu, pozwolić odeprzeć niemiecki atak albo przedłużyć obronę budynku o następny dzień. Z punktu widzenia pojedynczego powstańca Frantic VII nie był więc żadnym pustym gestem. Problem pojawia się dopiero wtedy, gdy zamiast losu jednego oddziału rozpatruje się możliwość uratowania całego Powstania.
Tutaj odpowiedź jest znacznie bardziej brutalna. Broń dostarczona 18 września mogła przedłużyć walkę, lecz nie mogła odtworzyć sytuacji z początku sierpnia. Nie mogła wskrzesić poległych, przywrócić utraconego Starego Miasta ani połączyć rozdzielonych dzielnic. Nie mogła odbudować szpitali, magazynów, łączności i pozycji straconych podczas kolejnych tygodni niemieckich natarć. Nie mogła również zmienić faktu, że Niemcy systematycznie zmniejszali przestrzeń pozostającą pod kontrolą AK.
Najlepiej widać to na Czerniakowie. Właśnie tam powstańcy walczyli już wspólnie z żołnierzami 1. Armii Wojska Polskiego, którzy przedostali się przez Wisłę. Nocą z 17 na 18 września na przyczółek dotarła ostatnia grupa 63 żołnierzy 9. Pułku Piechoty 3. Dywizji, ale tego samego dnia Niemcy opanowali ulicę Czerniakowską i dalej ściskali obrońców w rejonie Wilanowskiej i Solca. Tego dnia Warszawa otrzymywała więc pomoc z dwóch stron świata. Ze wschodu przez Wisłę szli polscy żołnierze, a z zachodu nadlatywały amerykańskie bombowce. Obie formy pomocy były realne. Żadna nie osiągnęła skali pozwalającej odwrócić sytuację strategiczną.
To rozróżnienie jest kluczowe. Powstanie nie było jednym wielkim batalionem, któremu wystarczyło dostarczyć dodatkowe magazynki. Było walką o utrzymanie miasta, a więc także ulic, budynków, przejść, kanałów, magazynów, szpitali i połączeń między dzielnicami. We wrześniu Niemcy posiadali ogromną przewagę w artylerii, broni pancernej i możliwościach systematycznego niszczenia kolejnych punktów oporu. Zrzut mógł zwiększyć siłę ognia obrońców. Nie mógł odbudować utraconej przestrzeni.
Pojawia się wobec tego pytanie kuszące, ale wymagające ostrożności: co stałoby się, gdyby taka sama armada pojawiła się nad Warszawą na początku sierpnia? Wtedy obszar kontrolowany przez powstańców był większy, oddziały miały przed sobą, a nie za sobą, siedem tygodni wyczerpującej walki, a Niemcy nie zdołali jeszcze rozciąć miasta na izolowane enklawy. Ten sam zrzut miałby więc większą szansę trafić na teren zajęty przez AK. Dostarczona broń mogłaby zostać wykorzystana przez większą liczbę zdolnych do walki żołnierzy i przez znacznie dłuższy czas. Nie wynika z tego jednak, że sierpniowy Frantic VII zapewniłby zwycięstwo. Niemiecka przewaga ciężkiego uzbrojenia, brak powstańczej artylerii, problemy z amunicją i niemożność regularnego zaopatrywania miasta nadal pozostawałyby bardzo poważnymi ograniczeniami. Można natomiast stwierdzić, że wartość wojskowa tak wielkiego zrzutu byłaby wcześniej większa właśnie dlatego, że większe były możliwości jego wykorzystania.
Dlaczego więc podobna operacja nie odbyła się wcześniej? Tutaj kończy się technika, a zaczyna wielka polityka. Loty wykonywane z baz włoskich były niezwykle długie i niebezpieczne, dlatego możliwość wykorzystania sowieckich lotnisk po wschodniej stronie frontu miała dla wielkiej operacji wahadłowej zasadnicze znaczenie. Moskwa przez większą część Powstania nie zgadzała się na wykorzystanie swoich baz do takich misji dla Warszawy. Dopiero we wrześniu stanowisko sowieckie uległo zmianie, co otworzyło drogę do Frantic VII. Nie oznacza to, że wcześniej nikt Warszawie nie pomagał. Polskie, brytyjskie i południowoafrykańskie załogi latały z pomocą z Włoch, ponosząc wysokie straty. Różnica polegała na skali: czym innym były dramatyczne nocne loty pojedynczych formacji, a czym innym możliwość skierowania nad miasto ponad stu ciężkich amerykańskich bombowców.
18 września pokazał również paradoks amerykańskiej potęgi. Stany Zjednoczone potrafiły zorganizować start ponad stu czterosilnikowych maszyn, przeprowadzić je nad znaczną częścią okupowanej Europy, odnaleźć Warszawę i następnie skierować bombowce na lotniska sowieckie. Logistycznie była to operacja niezwykła. Technologia pozwalała pokonać pół kontynentu, ale nie pozwalała rozwiązać problemu ostatnich kilkuset metrów. B-17 mógł dolecieć z Anglii nad ulicę Marszałkowską. Nie mógł zagwarantować, że wyrzucony z wysokości kilku kilometrów zasobnik nie zostanie zniesiony na niemiecką stronę barykady. Właśnie dlatego imponujący widok setek spadochronów tak bardzo różnił się od rzeczywistego efektu wojskowego operacji.
Nie należy jednak mylić niewystarczającego efektu z brakiem wysiłku. Niemcy zestrzelili B-17 dowodzony przez porucznika Francisa E. Akinsa, a ośmiu członków jego dziesięcioosobowej załogi zginęło. Stracono również dwa eskortujące wyprawę Mustangi wraz z pilotami. Inne bombowce zostały uszkodzone. Ludzie znajdujący się w tych maszynach nie wykonywali symbolicznego gestu dla potrzeb późniejszej fotografii. Lecieli nad obszar kontrolowany przez przeciwnika, aby dostarczyć broń ludziom, których większości nigdy nie mieli zobaczyć.
Wielki zrzut miał też znaczenie, którego nie da się przeliczyć na Steny i naboje. Ludzie wychodzili z piwnic, patrzyli w niebo i widzieli amerykańskie bombowce. Według relacji przytaczanej przez Dzieje.pl część obserwatorów początkowo uznała opadające spadochrony za długo oczekiwany desant spadochroniarzy. Po tygodniach walki obraz wielkiej alianckiej formacji mógł dawać nadzieję, że Warszawa nie została zapomniana. Tyle że morale również nie potrafiło odbudować utraconych dzielnic.
Dlatego Frantic VII nie był ani wielkim ratunkiem, ani bezwartościowym przedstawieniem. Był rzeczywistą, kosztowną i spektakularną pomocą, której możliwości wykorzystania zostały dramatycznie ograniczone przez sytuację na ziemi. Około jednej czwartej zasobników znalazło się według szacunków Muzeum Powstania Warszawskiego w rękach powstańców, a reszta w znacznej części przepadła lub trafiła do przeciwnika. Nawet gdyby proporcja była korzystniejsza, pozostawał zasadniczy problem: 18 września nie dało się już za pomocą jednego zrzutu odwrócić skutków poprzednich siedmiu tygodni.
Największy paradoks amerykańskiej wyprawy polega więc na tym, że nie była ona za mała. Była ogromna. Nie zabrakło samolotów, odwagi lotników ani tysięcy sztuk broni zamkniętych w zasobnikach. Zabrakło tego, czego nie można było już zrzucić ze spadochronem: czasu, utraconego terytorium i tysięcy ludzi poległych od początku sierpnia.
Warszawa potrzebowała wielkiego zrzutu wtedy, gdy miała jeszcze przestrzeń pozwalającą go przyjąć i siły zdolne wykorzystać jego zawartość. 18 września Latające Fortece przyniosły broń, ale nie mogły cofnąć kalendarza. Nad miastem otworzyło się ponad tysiąc spadochronów, a na ziemi trwała już bitwa, której jeden spektakularny dzień nie był w stanie odmienić. Największa aliancka pomoc lotnicza dla Powstania okazała się zarazem najlepszym dowodem, że w wojnie liczy się nie tylko to, ile pomocy przychodzi. Równie ważne jest, kiedy przychodzi.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz