Żołnierze 3. Dywizji Piechoty 1. Armii Wojska Polskiego przygotowują pontony do przeprawy przez Wisłę, 15 września 1944 r. Autor nieznany. Źródło: „Stolica”, wydanie specjalne Powstanie Warszawskie w Ilustracji, 1957 / Wikimedia Commons. Domena publiczna (PD-Poland).
23 września 1944 roku kończyła się jedna z najbardziej tragicznych operacji Powstania Warszawskiego. Tydzień wcześniej przez Wisłę zaczęli przeprawiać się żołnierze 1. Armii Wojska Polskiego. Mieli uchwycić przyczółek, połączyć się z powstańcami i stworzyć możliwość rozwinięcia operacji na lewym brzegu rzeki. Na Czerniakowie rzeczywiście spotkały się dwie polskie armie, które wcześniej dzieliło niemal wszystko: droga wojenna, zwierzchnictwo polityczne, sposób organizacji i doświadczenie bojowe. Przez kilka dni walczyły razem. Kiedy bitwa dobiegła końca, z 1254 żołnierzy 3. Dywizji Piechoty, którzy przedostali się na Czerniaków, 961 poległo, zaginęło albo dostało się do niewoli.
Najprostsze wyjaśnienie klęski brzmi: było ich za mało. Jest prawdziwe, ale niewystarczające. Desant przegrał nie dlatego, że żołnierze 1. Armii nie chcieli walczyć ani dlatego, że powstańcy nie potrafili z nimi współpracować. Przegrał, ponieważ niewielkie oddziały piechoty przerzucono przez wielką rzekę na kurczący się skrawek miasta, którego Niemcy byli zdecydowani bronić. Nie zbudowano mostu ani trwałej przeprawy pozwalającej szybko przerzucić ciężkie uzbrojenie i większe siły. Czerniaków nie stał się początkiem wielkiej operacji na lewym brzegu Wisły. Stał się pułapką.
Trzeba przy tym odrzucić legendę, która długo upraszczała całą historię. Według niej Zygmunt Berling wbrew Stalinowi samowolnie postanowił ratować Warszawę, wysłał swoich żołnierzy przez Wisłę, a następnie został za nieposłuszeństwo usunięty ze stanowiska. Zachowane dokumenty nie potwierdzają takiej wersji. Rozkaz szefa sztabu 1. Frontu Białoruskiego gen. Michaiła Malinina z 15 września nakazywał 1. Armii WP przygotowanie forsowania Wisły i uchwycenie przyczółków. IPN również podkreśla, że przeprawa była operacją wykonywaną w ramach rozkazów sowieckiego dowództwa, a nie prywatnym buntem Berlinga. Można dyskutować o jego motywacji, ambicjach i rzeczywistym pragnieniu udzielenia pomocy Warszawie. Nie można jednak z desantu czerniakowskiego robić wojskowej rebelii przeciwko Stalinowi.
Dla ludzi wsiadających do łodzi te rozróżnienia miały zresztą niewielkie znaczenie. Widzieli po drugiej stronie rzeki płonącą polską stolicę i wiedzieli, że walczą tam Polacy. Wielu żołnierzy 1. Armii było młodymi ludźmi pochodzącymi z przedwojennej Rzeczypospolitej, którzy przez Związek Sowiecki wracali do kraju. Gdy kazano im przeprawić się przez Wisłę, naprawdę szli na pomoc Warszawie. Polityczny cel operacji i osobista motywacja żołnierza nie musiały być tym samym.
Pierwszy problem pojawił się jeszcze przed dotarciem na zachodni brzeg. Wisła znajdowała się pod niemiecką obserwacją i ogniem. Przeprawiano się nocą, na łodziach, pontonach i innych dostępnych środkach, bez możliwości szybkiego przerzucenia całych związków taktycznych wraz z ich wyposażeniem. Niemcy ostrzeliwali zarówno miejsca koncentracji na Pradze, jak i jednostki znajdujące się już na wodzie. Żołnierze ginęli, zanim zdążyli zobaczyć powstańców. Feliks Osiński, uczestnik desantu, wspominał po latach, że w uszkodzonej łodzi zatonął przewożony zapas amunicji, a po dotarciu na Czerniaków sam został dwukrotnie ranny. Jego relacja pokazuje istotę całej operacji lepiej niż mapa sztabowa: człowiek miał przepłynąć kilkaset metrów rzeki, a docierał na drugi brzeg już z uszczuplonym oddziałem, utraconą amunicją i bez pewności, czy następnej nocy przypłyną następni.
Na brzegu czekał drugi problem. Żołnierze 1. Armii byli regularną piechotą, lecz nie mieli doświadczenia w takiej wojnie, jaką od półtora miesiąca prowadziła Armia Krajowa. Czerniaków nie był polem, na którym można rozwinąć kompanię do natarcia. Walczono o piętra, bramy, piwnice i przejścia między podwórzami. Zbigniew Ścibor-Rylski wspominał, że przybysze nie byli wyszkoleni do walki między kamienicami, gdzie trzeba było uważać na snajperów i inaczej zwalczać stanowiska karabinów maszynowych. Powstańcy mieli doświadczenie, którego brakowało żołnierzom zza Wisły. Ci z kolei przynosili świeże siły i uzbrojenie. Dlatego szybko zaczęto ich mieszać z ludźmi AK, a przy dowódcach oddziałów 1. Armii umieszczano oficerów lub podchorążych powstańczych znających teren.
Było to rozsądne rozwiązanie taktyczne. Nie mogło rozwiązać problemu operacyjnego.
Przyczółek potrzebuje przede wszystkim zaplecza. Żołnierz wysłany przez rzekę musi wiedzieć, że za nim przyjdą następni, potem artyleria, środki przeciwpancerne, amunicja, żywność, sanitariusze i sprzęt umożliwiający utrzymanie przeprawy. Ranni muszą być ewakuowani, straty uzupełniane, a linia brzegowa stopniowo poszerzana. Tymczasem na Czerniakowie wydarzyło się coś odwrotnego. Im więcej żołnierzy przeprawiało się na zachodni brzeg, tym więcej ludzi trzeba było zaopatrywać przez tę samą niebezpieczną Wisłę. Niemcy nie musieli natychmiast zepchnąć Polaków do rzeki. Wystarczyło nie pozwolić, aby niewielki przyczółek zamienił się w coś większego.
I właśnie to robili. Niemieckie dowództwo rozumiało zagrożenie wynikające z połączenia powstańców z regularnymi oddziałami nadchodzącymi zza Wisły. Gdyby przyczółek został rozszerzony, a przez rzekę zaczęły przechodzić kolejne bataliony wraz z ciężkim sprzętem, sytuacja mogłaby się zmienić. Dlatego Niemcy systematycznie ściskali polskie pozycje. Każda utracona kamienica oznaczała mniej miejsca na obronę, mniej dróg przemieszczania rannych i mniejszą przestrzeń, na której mogły lądować następne oddziały.
Tu ujawniała się trzecia słabość operacji: brak odpowiedniej masy. W nocy z 16 na 17 września na Czerniaków zdołało się przedostać około czterystu kolejnych żołnierzy 9. Pułku Piechoty. Następne przeprawy nie doprowadziły jednak do przerzucenia siły zdolnej samodzielnie przełamać niemiecki pierścień. W dniach 16–23 września na przyczółek czerniakowski przeprawiono łącznie 1254 żołnierzy 3. Dywizji. Brzmi to jak znaczna liczba, dopóki nie pamięta się, że nie pojawili się jednocześnie, lecz byli przerzucani partiami na teren pozostający pod nieustannym naciskiem przeciwnika. Niemcy mogli niszczyć kolejne fragmenty polskiego ugrupowania szybciej, niż zza Wisły przybywały uzupełnienia.
Próbowano znaleźć inne rozwiązanie. 18 września Berling zdecydował się skierować część dalszych działań bardziej na północ, w rejon między mostami Poniatowskiego i średnicowym. Zamierzano utworzyć kolejny przyczółek, a następnie nacierać wzdłuż Wisły w kierunku Czerniakowa. Oddzielne próby podejmowano również na Żoliborzu. Zamiast jednego mocnego przyczółka powstało jednak kilka słabych. Siły przeznaczone do forsowania rzeki zostały rozproszone, a żadna z prób nie doprowadziła do trwałego przełamania niemieckiej obrony.
Czerniaków tymczasem kurczył się z każdym dniem. Nie był już dzielnicą, lecz zbiorem bronionych domów i ruin przyciśniętych do Wisły. Szpitale przepełniały się rannymi, brakowało amunicji i żywności, a możliwość ewakuacji przez rzekę stawała się coraz bardziej iluzoryczna. Statek „Bajka”, wcześniej zwyczajny element warszawskiego krajobrazu nadwiślańskiego, zamienił się w prowizoryczny punkt sanitarny i miejsce zbiórki rannych oczekujących na przeprawę. 22 września próba ich ewakuacji nie powiodła się pod niemieckim ogniem. Dla ludzi pozostających na przyczółku Wisła była jednocześnie drogą ratunku i ścianą, której nie można było bezpiecznie przekroczyć.
Właśnie tutaj najlepiej widać różnicę pomiędzy pomocą a operacją ratunkową. Żołnierze Berlinga rzeczywiście pomogli powstańcom. Walczyli z nimi, przynosili broń, obsadzali stanowiska i ginęli na tych samych ulicach. Ich obecność przedłużyła obronę Czerniakowa. Nie powstał jednak mechanizm pozwalający przejść od pomocy kilkuset ludzi do uratowania całej walczącej dzielnicy. Do tego potrzebna byłaby operacja na znacznie większą skalę: trwałe forsowanie Wisły, szybkie rozwinięcie przyczółka, przerzut ciężkiego uzbrojenia i zdolność do odpierania niemieckich kontrataków. Tego nie wykonano.
Nie należy przy tym sprowadzać wszystkiego do zdania, że Armia Czerwona „stała i patrzyła”. Artyleria ze wschodniego brzegu wspierała walczących, a sama przeprawa odbywała się w ramach operacji zaakceptowanej przez sowieckie dowództwo. Istniały również realne problemy wojskowe: Wisła była poważną przeszkodą, Niemcy przygotowali zachodni brzeg do obrony, mosty zostały wysadzone, a wojska 1. Frontu Białoruskiego miały za sobą miesiące ciężkiej ofensywy. Z tych faktów nie wynika jednak, że podjęto próbę uratowania Warszawy na skalę odpowiadającą możliwościom całego frontu. Operacja przyczółkowa była ograniczona. To rozróżnienie jest ważniejsze niż spór między dwiema równie prostymi legendami: o Stalinie zatrzymującym osobiście każdy czołg i o Armii Czerwonej robiącej wszystko, co było możliwe.
Dla człowieka znajdującego się na Czerniakowie te strategiczne niuanse z każdym dniem traciły znaczenie. Liczyło się, czy w magazynku zostało pięć nabojów, czy przypłynie łódź i czy rannemu uda się przeżyć do nocy. Niemcy zawężali teren obrony i odcinali kolejne punkty oporu. W końcu żołnierze 1. Armii oraz powstańcy stanęli przed wyborem pomiędzy próbą przebicia się, przepłynięciem Wisły a niewolą. Nie wszyscy mieli nawet taki wybór.
Bilans pokazuje skalę katastrofy. Według danych przytaczanych przez Dzieje.pl spośród 1254 żołnierzy 3. Dywizji Piechoty, którzy między 16 a 23 września przeprawili się na Czerniaków, 961 poległo, zaginęło albo dostało się do niewoli. Jeżeli uwzględnić wszystkie warszawskie przyczółki, na zachodni brzeg przeprawiło się 2289 żołnierzy armii Berlinga, a walkę przeżyło 423. Szczegółowe zestawienia strat mogą różnić się w zależności od przyjętej metodologii, lecz proporcje pozostają porażające. Nie była to demonstracja wykonana kilkudziesięcioma ludźmi. Była to krwawa operacja, w której polskie oddziały zostały w ogromnej części zniszczone.
23 września padł ostatni punkt polskiego oporu na Czerniakowie. Niemcy mordowali część rannych, jeńców i cywilów, którzy znaleźli się na zajętym terenie. Warszawa została ostatecznie odcięta od Wisły w tym rejonie, a możliwość stworzenia połączenia pomiędzy powstańczym miastem i wojskami znajdującymi się na Pradze zniknęła.
Klęska desantu nie dowodzi więc, że próba pomocy była fikcją. Dowodzi czegoś znacznie bardziej gorzkiego. Żołnierze naprawdę przepłynęli Wisłę, naprawdę połączyli się z AK i naprawdę ginęli w obronie Czerniakowa. Problem polegał na tym, że wysłano ich w liczbie wystarczającej do przedłużenia bitwy, lecz niewystarczającej do zmiany jej wyniku. Pomoc bez odpowiedniej skali może być heroiczna, a jednocześnie wojskowo beznadziejna.
Najbardziej niesprawiedliwe byłoby obarczenie klęską ludzi, którzy znaleźli się na zachodnim brzegu. Nie oni wybierali skalę operacji, nie oni decydowali o liczbie środków przeprawowych ani o planach całego 1. Frontu Białoruskiego. Żołnierz 9. Pułku, który dopłynął pod niemieckim ogniem do Czerniakowa, wykonał swoją część zadania. Powstaniec, który pokazał mu przejście przez piwnicę do następnego domu, również zrobił to, co mógł. Na najniższym poziomie współpraca dwóch polskich armii stała się faktem. Klęska przyszła z poziomu wyższego: dysproporcji sił, niewystarczającego zaplecza, fatalnych warunków przeprawy i ograniczonego charakteru całej operacji.
Czerniaków umierał więc na oczach drugiego brzegu. Nie dlatego, że nikt nie próbował mu pomóc. Właśnie to czyni tę historię bardziej tragiczną. Pomoc przyszła, a wraz z nią ponad tysiąc polskich żołnierzy. Zabrakło jednak siły zdolnej zamienić ich desant w prawdziwe przełamanie frontu. Wisłę udało się przekroczyć. Nie udało się przekroczyć granicy pomiędzy lokalną pomocą a operacją mogącą uratować walczącą Warszawę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz