Wśród drzew stoi samotny metalowy krzyż. Niewielką mogiłę otacza kilka czarnych słupków połączonych łańcuchem, pod krzyżem zaś ustawiono białe i czerwone znicze oraz kwiaty. Nie ma tutaj kamiennych kwater, równych rzędów nagrobków, reprezentacyjnej bramy ani wojskowego ceremoniału zaklętego w granicie. Z dalszej perspektywy miejsce można właściwie przeoczyć. Las i zarośla niemal pochłaniają mogiłę, jak gdyby historia przez kilkadziesiąt lat robiła wszystko, aby pochłonąć również pamięć o ludziach, którzy tutaj zginęli.
Na fotografii szczególne wrażenie robi kontrast pomiędzy skromnością miejsca a skalą tragedii, której jest świadectwem. Znicze ustawione pod krzyżem pokazują jednak, że nie jest to mogiła całkowicie zapomniana. Ktoś tutaj przychodzi, ktoś zapala światło, ktoś nadal pamięta, chociaż od śmierci tych ludzi minęło ponad osiemdziesiąt lat, a granica państwa, w którego imieniu walczyli, przesunęła się setki kilometrów na zachód. W pewnym sensie żołnierze „Orlicza” i „Tumrego” pozostali tam, gdzie zastała ich historia: na ziemi, która była ich ojczyzną, a po wojnie znalazła się poza Polską.
Pod tym krzyżem spoczywają żołnierze dwóch oddziałów Samoobrony Czynnej Ziemi Wileńskiej Armii Krajowej, dowodzonych przez rtm. Władysława Kitowskiego „Orlicza”, wcześniej używającego pseudonimu „Grom”, oraz Witolda Turonka „Tumrego”, wcześniej „Tura”. Na początku 1945 roku rozpoczęli oni dramatyczny marsz na zachód, z Puszczy Nalibockiej w kierunku Puszczy Białowieskiej. Nie uciekali już przed Niemcami. Niemcy znajdowali się daleko na zachodzie, Armia Czerwona stała nad Odrą, a sowiecka propaganda przedstawiała jej marsz jako wyzwalanie Europy. Dla żołnierzy wileńskiej Armii Krajowej rzeczywistość wyglądała zupełnie inaczej. Musieli teraz chronić się przed aparatem bezpieczeństwa państwa będącego sojusznikiem zachodnich aliantów, który na ziemiach zajętych latem 1944 roku systematycznie likwidował struktury Polskiego Państwa Podziemnego.
Historia obu oddziałów była bezpośrednią konsekwencją wydarzeń następujących po operacji „Ostra Brama”. W lipcu 1944 roku oddziały Armii Krajowej podjęły walkę o Wilno, realizując założenia akcji „Burza”. Sens polityczny tej operacji był oczywisty: Polacy mieli wystąpić wobec nadchodzącej Armii Czerwonej jako gospodarze własnego kraju, reprezentujący legalne władze Rzeczypospolitej. Problem polegał na tym, że Stalin żadnych gospodarzy na zajmowanych terenach nie potrzebował. Potrzebował wykonawców własnej polityki.
Po wspólnej walce przeciwko Niemcom nastąpiło więc rozbrajanie polskich jednostek. Dowództwo wileńskiej AK zostało podstępnie aresztowane, a tysiące żołnierzy rozbrojono. Część próbowano wcielić do podporządkowanych Moskwie formacji, innych aresztowano lub wywieziono w głąb Związku Sowieckiego. Jeszcze inni ponownie zeszli do konspiracji. Dla ludzi, którzy przez pięć lat walczyli z okupacją niemiecką, lato 1944 roku nie przyniosło zatem wyzwolenia w znaczeniu, jakie temu słowu nadawano później w oficjalnej historiografii. Zmieniła się przede wszystkim władza dysponująca więzieniami, aparatem bezpieczeństwa i plutonami egzekucyjnymi.
Jesienią 1944 roku sytuacja stała się na tyle dramatyczna, że Komenda Okręgu Wileńskiego AK zdecydowała się tworzyć większe oddziały samoobrony. Miały skupiać przede wszystkim ludzi „spalonych”, poszukiwanych przez NKWD i niemających praktycznie możliwości powrotu do normalnego życia. Powstały formacje dowodzone między innymi przez „Orlicza”, „Tumrego”, Witolda Zyndrama-Kościałkowskiego „Fakira” oraz Jana Lisowskiego „Korsarza”. Nie były to przypadkowe grupy ludzi ukrywających się w lasach, jak przez dziesięciolecia próbowała przedstawiać je komunistyczna propaganda. Tworzyli je w znacznej części doświadczeni żołnierze Armii Krajowej, dla których konspiracja była dalszym ciągiem służby rozpoczętej podczas wojny.
Sam „Orlicz” należał do najbardziej doświadczonych oficerów wileńskiej konspiracji. Władysław Kitowski był przed wojną absolwentem Korpusu Kadetów w Modlinie oraz Szkoły Podchorążych Kawalerii w Grudziądzu. Od 1934 roku służył w 13 Pułku Ułanów Wileńskich w Nowej Wilejce. W czasie okupacji znalazł się w szeregach konspiracji, a w 1944 roku służył w 3 Brygadzie AK „Szczerbca”, gdzie dowodził zwiadem konnym. Następnie zorganizował Oddział Rozpoznawczy Komendy Okręgu. Walczył podczas operacji wileńskiej i uniknął późniejszego aresztowania przez NKWD. Jesienią 1944 roku stanął na czele jednego z oddziałów samoobrony. Był więc zawodowym oficerem Wojska Polskiego, a nie człowiekiem, który przypadkowo znalazł karabin w lesie.
Podobnie przedstawiała się droga Witolda Turonka „Tura”, później „Tumrego”. Ukończył Szkołę Podchorążych Piechoty w Ostrowi-Komorowie, przed wojną służył w 77 Pułku Piechoty w Lidzie, a podczas okupacji znalazł się w strukturach Armii Krajowej. Doszedł do dowodzenia 12 Brygadą AK. Obaj dowódcy należeli zatem do pokolenia młodych oficerów II Rzeczypospolitej, dla których Armia Krajowa nie była żadną powojenną „bandą”, lecz dalszym ciągiem Wojska Polskiego, któremu złożyli przysięgę.
Na przełomie 1944 i 1945 roku ich położenie stawało się jednak coraz bardziej beznadziejne. NKWD dysponowało ogromną przewagą liczebną, siecią agenturalną, informacjami zdobywanymi podczas przesłuchań aresztowanych oraz możliwością przeprowadzania wielkich operacji przeczesywania terenu. Zima dodatkowo pogarszała sytuację partyzantów. Śnieg zdradzał ślady przemarszu, mróz utrudniał długotrwałe przebywanie w lesie, a zamarznięte bagna pozwalały sowieckim oddziałom docierać do miejsc wcześniej trudno dostępnych. Ranni i chorzy stawali się dodatkowym ciężarem, a wejście do wsi po żywność lub nocleg zawsze wiązało się z ryzykiem wykrycia.
Była to już właściwie nie tyle klasyczna partyzantka, ile nieustanny pościg. Jedna strona dysponowała aparatem całego totalitarnego państwa, druga zaś bronią, doświadczeniem, pomocą części miejscowej ludności i coraz mniejszą przestrzenią, w której mogła się ukryć.
W tej sytuacji zapadła decyzja o wyprowadzeniu części sił na zachód. Oddziały „Orlicza” i „Tumrego”, liczące łącznie według różnych ocen około 150–180 ludzi, ruszyły z Puszczy Nalibockiej, zamierzając przedostać się w kierunku Puszczy Białowieskiej i Białostocczyzny. Trzeba właściwie zastanowić się nad znaczeniem tego marszu. Polscy żołnierze uciekali z Wileńszczyzny i Nowogródczyzny ku nowej Polsce, której granic jeszcze właściwie nie znali, ponieważ o ich przebiegu zdecydowano bez udziału państwa, za które przez pięć lat walczyli.
Była to swoista ewakuacja armii, której ojczyzna przesuwała się właśnie na mapie.
Po przekroczeniu Niemna zgrupowanie zostało wykryte w rejonie Korelicz, około 25 kilometrów na wschód od Nowogródka. W pobliżu wsi Rowiny i Kaczyce NKWD zorganizowało operację zmierzającą do otoczenia i zniszczenia polskich oddziałów. Rozpoczęła się wielogodzinna walka, w której przewaga sowiecka wynikała nie tylko z liczby żołnierzy, lecz również z uzbrojenia, możliwości prowadzenia rozpoznania oraz swobodnego ściągania posiłków.
Dokładny przebieg starcia wymaga pewnej ostrożności, ponieważ zachowane relacje i późniejsze opracowania nie są zgodne nawet w kwestii jego daty. W części opracowań pojawia się 2 lutego 1945 roku, podczas gdy na upamiętnieniu poległych występuje również data 9 lutego. Rozbieżności dotyczą także liczby ofiar. W przekazach pojawia się liczba 89 poległych żołnierzy AK i 25 wziętych do niewoli, podczas gdy inne opracowania podają odmienne dane. Nie zmienia to zasadniczego obrazu wydarzeń: zgrupowanie poniosło katastrofalne straty, a znaczna część jego żołnierzy poległa lub dostała się w ręce sowieckie.
Według polskich relacji rannych po zakończeniu walki dobijano. Obaj dowódcy zostali ranni, ale przeżyli. Części żołnierzy udało się przerwać pierścień okrążenia; około pięćdziesięciu ludzi miało wydostać się pod dowództwem „Orlicza”. Poległych miejscowa ludność pochowała później w zbiorowych mogiłach.
I tutaj historia ponownie prowadzi nas do fotografii.
Jest bowiem w tej skromnej mogile coś szczególnie przejmującego. Wielkie państwa pozostawiają po swoich wojnach wielkie cmentarze. Rzędy jednakowych krzyży, pomniki, bramy, tablice z nazwiskami poległych mają świadczyć nie tylko o śmierci żołnierzy, lecz również o tym, że za ich ofiarą stoi państwo, które o nich pamięta. Żołnierze spod Rowin takiego przywileju zostali pozbawieni. Zginęli na ziemi wcielonej do Związku Sowieckiego, zabici przez aparat państwa, które przez następne dziesięciolecia nie miało najmniejszego interesu w przypominaniu, kim byli i dlaczego walczyli.
Nie mogli otrzymać reprezentacyjnej nekropolii, ponieważ już samo pytanie o przyczynę ich śmierci było politycznie niebezpieczne. Dlaczego bowiem żołnierze polskiej Armii Krajowej ginęli od sowieckich kul w lutym 1945 roku, skoro według oficjalnej opowieści Armia Czerwona przynosiła Polsce wyzwolenie? Dlaczego trzeba było ich otaczać, rozbrajać, aresztować i deportować? Dlaczego zawodowi oficerowie Wojska Polskiego musieli nocami przedzierać się przez lasy, uciekając przed NKWD?
Odpowiedź burzyła prostą opowieść o „wyzwoleniu”.
Dlatego niepozorny krzyż w lesie pod Rowinami ma znaczenie większe, niż wskazywałyby jego rozmiary. Jest nagrobkiem, ale zarazem niemym oskarżeniem. Przypomina, że w chwili, gdy na konferencjach wielkich mocarstw ustalano już kształt powojennej Europy, na dawnych ziemiach Rzeczypospolitej nadal ginęli jej żołnierze. Nie walczyli przy tym o zdobycie Moskwy ani o rozpoczęcie jakiejś fantastycznej wojny ze Związkiem Sowieckim. W tym momencie próbowali przede wszystkim przeżyć i wydostać się z obszaru, na którym groziło im aresztowanie, deportacja albo śmierć.
Bitwa pod Rowinami jest dlatego jednym z tych wydarzeń, które wyjątkowo źle pasują do wygodnej daty zakończenia wojny. W chwili gdy Armia Czerwona przedstawiała się Europie jako wyzwolicielka, jej aparat bezpieczeństwa prowadził na dawnych ziemiach północno-wschodnich II Rzeczypospolitej regularne operacje przeciwko żołnierzom armii państwa, które od 1 września 1939 roku należało do obozu walczącego z III Rzeszą.
Jest w tym szczególnie gorzka ironia. Ludzie „Orlicza” i „Tumrego” rozpoczęli wojnę jako żołnierze państwa polskiego, potem walczyli w konspiracji przeciwko Niemcom, w 1944 roku wystąpili otwarcie przeciwko Wehrmachtowi, licząc, że wobec nadchodzących Sowietów będą mogli wystąpić jako gospodarze własnej ziemi. Kilka miesięcy później musieli przed tymi samymi Sowietami uciekać. Historia wykonała pełny obrót, tyle że oni znaleźli się po niewłaściwej stronie nowego porządku.
Rowiny są więc czymś więcej niż miejscem przegranej potyczki. Są symbolem końca polskiego świata na Wileńszczyźnie i Nowogródczyźnie. Żołnierze, którzy w 1939 roku rozpoczęli wojnę przeciwko niemieckiej i sowieckiej agresji, sześć lat później nadal znajdowali się w lesie z bronią w ręku. Nie dlatego, że nie zauważyli końca wojny. Przeciwnie, zauważyli bardzo dobrze, jaki pokój po tej wojnie nadchodzi.
Fotografia mogiły pozwala również dostrzec różnicę między pamięcią państwową a pamięcią ludzi. Państwa stawiają pomniki wtedy, kiedy chcą coś pamiętać. Ludzie zapalają znicze również wtedy, kiedy państwa przez dziesięciolecia chciały, żeby zapomnieli. Pod Rowinami nie ma monumentalnej architektury. Są drzewa, metalowy krzyż, kilka słupków, łańcuch, kwiaty oraz białe i czerwone znicze. Właśnie dlatego miejsce robi tak silne wrażenie. Nie zostało stworzone po to, aby imponować. Ma powiedzieć tylko jedno: oni tutaj byli, tutaj walczyli i tutaj zostali.
I może właśnie ten samotny krzyż powinien być ostatnim obrazem historii Rowin. Nie mapa sztabowa, nie portret dowódcy i nie fotografia oddziału z czasów jego świetności. Metalowy krzyż pośród lasu jest bardziej wymowny.
Wojna skończyła się w Europie trzy miesiące później. Polska przesunęła się setki kilometrów na zachód.
Oni pozostali tutaj.
Cześć i chwała bohaterom.!!!
OdpowiedzUsuńCZEŚĆ I CHWAŁA BOHATEROM!!! WIECZNA HAŃBA MOSKALOM!!!
OdpowiedzUsuńNie zapominaj ze wiekszasci to byli żydzi
UsuńDRUGA NORYMBERGA DLA SOWIECKICH ZBRODNI
OdpowiedzUsuńKiedy będzie rewanż?????
OdpowiedzUsuńWlasnie teraz ,,,odbieraja czesc i chwale powolani do apelu, przez nasz Nowy wspanialy rzad ,ONI ,,AK-wcy Cicho-Ciemni,najlepsi synowie naszej Ojczyzny,,
OdpowiedzUsuń😢🙏🏻🇵🇱
OdpowiedzUsuń