Niemieccy żołnierze przygotowują lekkie nosiciele ładunków wybuchowych „Goliath” podczas Powstania Warszawskiego, ul. Powązkowska, sierpień 1944 r. Prawdopodobnie fotografia została wykonana 11 sierpnia, gdy tego typu pojazdy wykorzystano podczas walk na Woli. Fot. Josef Gutermann. Bundesarchiv, Bild 101I-695-0411-09A. Licencja: CC BY-SA 3.0 DE.
Kiedy 11 sierpnia 1944 roku żołnierze zgrupowania „Radosław” zobaczyli na przedpolu niewielki pojazd gąsienicowy, mogli przez chwilę nie wiedzieć, z czym właściwie mają do czynienia. Nie przypominał czołgu. Nie miał wieży ani działa, nie siedziała w nim załoga, a rozmiarami bardziej przypominał dużą mechaniczną taczkę niż broń pancerną. Poruszał się jednak w stronę polskich pozycji, ciągnąc za sobą przewód. Niemcy właśnie wprowadzali do walki w Warszawie broń skonstruowaną do rozwiązania jednego z podstawowych problemów wojny miejskiej: jak wysadzić barykadę, schron albo umocniony budynek, nie wysyłając pod niego sapera z ładunkiem wybuchowym.
Nazywano ją „Goliatem”. Nazwa była niemal komiczna, ponieważ biblijny olbrzym w niemieckim wydaniu miał około półtora metra długości i niespełna metr szerokości. Oficjalnie był to leichter Ladungsträger, lekki nosiciel ładunku wybuchowego, występujący w kilku odmianach, między innymi Sd.Kfz. 302 i późniejszych Sd.Kfz. 303. Sterowano nim przewodowo z bezpiecznej odległości. Operator kierował pojazd w stronę celu, a następnie detonował przewożony materiał wybuchowy. W zależności od wersji Goliat przenosił około 60–100 kilogramów materiału. Po eksplozji nie było więc czego odzyskiwać. Cały pojazd był właściwie ruchomą bombą.
Na papierze pomysł wyglądał znakomicie. Żołnierz pozostawał za osłoną, a niewielki pojazd wjeżdżał pod barykadę, bunkier albo stanowisko przeciwnika. Wystarczyło nacisnąć odpowiedni przełącznik. Kilkadziesiąt kilogramów materiału wybuchowego robiło resztę. W Warszawie istniał przy tym niemal idealny zestaw celów dla takiej broni. Powstańcy zamknęli ulice barykadami budowanymi z płyt chodnikowych, wagonów tramwajowych, mebli, gruzu, samochodów, worków z piaskiem i wszystkiego, co można było znaleźć. Dla piechoty szturmowanie takiej przeszkody pod ogniem z okien i bram było niebezpieczne. Goliat miał wykonać najbardziej ryzykowną część pracy.
Pierwsze większe zetknięcie powstańców z tą bronią nastąpiło 11 sierpnia w rejonie ulic Dzikiej i Okopowej. Niemieccy saperzy z 2. kompanii 500. batalionu skierowali dwa Sd.Kfz. 303 przeciwko pozycjom zgrupowania „Radosław”. Tego samego dnia jeden z Goliatów został wykorzystany do wykonania wyłomu w murze cmentarnym, umożliwiając niemieckiej piechocie wejście na teren broniony przez żołnierzy batalionu „Zośka”. Nowa broń nie była więc wyłącznie techniczną ciekawostką. Potrafiła zrobić dokładnie to, do czego została skonstruowana.
Goliat ujawniał jednak również słabość wielu niemieckich Wunderwaffen. Był pomysłowy, ale nie był inteligentny. Operator sterował nim za pomocą przewodu rozwijanego ze szpuli umieszczonej z tyłu pojazdu. Przerwanie kabla oznaczało utratę kontroli. Sam Goliat nie widział barykady, nie potrafił ominąć przeszkody ani wybrać innej drogi. Wszystko zależało od człowieka znajdującego się z tyłu i od tego, czy pojazd zdoła dojechać do celu.
Powstańcy bardzo szybko zorientowali się, gdzie znajduje się jego słaby punkt.
Już 14 sierpnia Niemcy skierowali Goliata przeciwko ważnej barykadzie u zbiegu ulic Sierakowskiej i Żoliborskiej na Muranowie. Broniły jej oddziały podlegające podpułkownikowi Janowi Szypowskiemu „Leśnikowi”, przed wojną oficerowi uzbrojenia, a podczas okupacji szefowi uzbrojenia Komendy Głównej ZWZ-AK. Był więc człowiekiem wyjątkowo dobrze przygotowanym do tego, aby nowej niemieckiej broni nie traktować jak tajemniczego potwora, lecz jak urządzenie, które należy rozebrać i zrozumieć.
„Leśnik” osobiście unieruchomił pojazd na przedpolu barykady. Goliata następnie ściągnięto, rozbrojono i usunięto z niego materiał wybuchowy. Najciekawsze wydarzyło się jednak później. Szypowski dokładnie zbadał zdobyty egzemplarz i opracował instrukcję postępowania z Goliatami. Została ona dołączona do rozkazu dziennego Grupy AK „Północ” z 17 sierpnia. W ciągu kilku dni broń, która 11 sierpnia była dla powstańców nowością, została rozpoznana, rozbrojona i opisana w instrukcji przeznaczonej dla innych oddziałów.
Ten epizod mówi o Powstaniu więcej niż niejedna opowieść o heroizmie. Wojna miejska była nieustannym procesem uczenia się. Niemcy wprowadzali nową technikę, ponieważ napotykali problem, którego nie mogli łatwo rozwiązać zwykłą piechotą. Powstańcy nie mogli odpowiedzieć własnym przemysłem zbrojeniowym ani podobnym pojazdem. Mogli natomiast znaleźć słabość przeciwnika. Jeśli Goliat był sterowany przewodem, należało przeciąć przewód. Jeśli udało się go zatrzymać przed detonacją, można było spróbować wyjąć ładunek. Niemiecka przewaga technologiczna pozostawała ogromna, ale wśród warszawskich ruin nie zawsze dawała przewagę proporcjonalną do kosztu i skomplikowania użytej broni.
Goliat nie był bowiem czołgiem w miniaturze. Nie należy mylić go również z cięższym Borgwardem IV, co zdarza się do dzisiaj przy opisywaniu wydarzeń Powstania. Pojazd, który eksplodował 13 sierpnia na ulicy Kilińskiego, powodując masakrę żołnierzy i cywilów, nie był Goliatem. Był znacznie większym nosicielem ładunku Borgward IV, Sd.Kfz. 301. Rozróżnienie jest istotne, ponieważ oba pojazdy miały odmienne konstrukcje i sposób użycia, choć służyły podobnemu celowi: dostarczeniu dużego ładunku wybuchowego pod pozycję przeciwnika.
Warszawa była dla takich konstrukcji szczególnym polem walki. W otwartym terenie Goliat miał liczne ograniczenia. Był powolny, stosunkowo łatwy do zauważenia, zależny od kabla sterującego i podatny na uszkodzenia. W mieście sytuacja wyglądała inaczej. Odległości były krótkie, barykady blokowały ulice, a operator mógł pozostawać ukryty za budynkiem albo pojazdem pancernym. Goliat nie musiał pokonać kilometra pod ogniem. Czasami wystarczało kilkadziesiąt metrów.
Jednocześnie ta sama przestrzeń miejska, która zwiększała jego użyteczność, tworzyła nowe problemy. Warszawska ulica nie była poligonem. Leżały na niej gruzy, przewrócone latarnie, fragmenty tramwajowych szyn, druty i pozostałości barykad. Niewielki pojazd gąsienicowy mógł utknąć. Kabel mógł zaczepić się o przeszkodę albo zostać przecięty. Powstaniec, który wiedział już, z czym ma do czynienia, nie musiał próbować zniszczyć całej maszyny. Wystarczyło pozbawić operatora możliwości sterowania.
Niemcy mimo tych ograniczeń używali Goliatów na coraz większą skalę. Kiedy 19 sierpnia rozpoczęli generalny szturm na Stare Miasto, do walki skierowano około pięćdziesięciu tych pojazdów, obok dziesięciu batalionów piechoty, dwóch batalionów saperów, czołgów, dział szturmowych, ciężkich moździerzy, wyrzutni rakietowych i lotnictwa. Goliat był więc częścią całego systemu niemieckiej walki miejskiej, a nie samotną Wunderwaffe wysyłaną na barykadę. Najpierw pozycję można było ostrzelać artylerią albo zbombardować, następnie próbować zrobić wyłom za pomocą ładunku, a wreszcie skierować przez niego piechotę.
W tym miejscu widać prawdziwe znaczenie niemieckiej przewagi technicznej. Nie chodziło o to, że jedna maszyna rozstrzygała walkę. Niemcy dysponowali całym zestawem narzędzi, spośród których mogli wybierać odpowiednie do konkretnego problemu. Jeżeli barykada była zbyt silna dla piechoty, można było wysłać Goliata. Jeżeli budynek stawiał opór, można było użyć działa szturmowego. Jeżeli cały kwartał okazywał się trudny do zdobycia, pozostawała artyleria albo lotnictwo. Powstańcy musieli natomiast za każdym razem wymyślać odpowiedź z tego, co mieli pod ręką.
Nie oznacza to, że technika automatycznie wygrywała. Warszawa była pod tym względem brutalnym laboratorium. Czołg bez osłony piechoty mógł zostać obrzucony butelkami zapalającymi. Goliat mógł stracić kabel. Działo szturmowe nie mogło swobodnie manewrować na ulicy zamkniętej barykadą. Gruzy powstałe po bombardowaniu czasem utrudniały ruch samym Niemcom. Im bardziej niszczono miasto, tym bardziej przestrzeń przystosowana do ruchu pojazdów zamieniała się w teren walki piechoty.
Najciekawsza jest jednak szybkość, z jaką obie strony się do siebie dostosowywały. Niemcy zobaczyli barykadę i wysłali przeciwko niej zdalnie sterowany ładunek. Powstańcy zobaczyli Goliata i nauczyli się przecinać przewód. Niemcy zaczęli więc osłaniać pojazdy ogniem. Powstańcy próbowali unieruchamiać je wcześniej. Nie był to klasyczny wyścig technologiczny, ponieważ tylko jedna strona dysponowała przemysłem zdolnym produkować nowe urządzenia. Druga prowadziła coś w rodzaju technologicznej partyzantki: obserwowała broń przeciwnika i szukała najprostszego sposobu jej unieszkodliwienia.
Zdobyty przez „Leśnika” Goliat jest tego znakomitym symbolem. Po wojnie odnaleziono go w ruinach zajezdni tramwajowej na Muranowie i przekazano do Muzeum Wojska Polskiego. Maszyna, która miała wysadzić powstańczą barykadę, przetrwała Powstanie właśnie dlatego, że powstańcy nauczyli się ją rozbrajać. Dzisiaj znajduje się w muzeum jako jeden z materialnych świadków niemieckiej techniki zastosowanej przeciwko Warszawie.
Łatwo byłoby więc zakończyć tę historię żartem o małym Dawidzie pokonującym niemieckiego Goliata. Byłby efektowny, ale niezbyt uczciwy. W rzeczywistości niemiecka technika miała ogromne znaczenie i stopniowo pomagała kruszyć powstańczą obronę. Goliaty niszczyły barykady i tworzyły przejścia dla piechoty. Nie wszystkie udało się zatrzymać. Powstańcy mogli nauczyć się walczyć z pojedynczą maszyną, ale nie mogli usunąć zasadniczej przewagi przeciwnika w ciężkiej broni.
Historia Goliatów pokazuje jednak, dlaczego zdobywanie Warszawy trwało tak długo. Niemcy mieli technologię, której Armia Krajowa nie mogła nawet próbować produkować w warunkach Powstania. Mimo to każda nowa broń musiała wejść w rzeczywistość miasta, gdzie czekały na nią gruz, barykady i przeciwnik uczący się niezwykle szybko. Technologia dawała przewagę, ale nie zwalniała z konieczności walki o każdy dom.
Goliat miał być odpowiedzią nowoczesnej techniki na starą przeszkodę: barykadę. W Warszawie okazało się, że odpowiedź na nowoczesną technikę może być jeszcze prostsza. Czasem wystarczyło dostrzec cienki przewód ciągnący się za niewielkim pojazdem i go przeciąć. Niemcy przywieźli do Warszawy zdalnie sterowaną bombę. Powstańcy potrzebowali zaledwie kilku dni, aby napisać instrukcję, jak ją zatrzymać.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz