Posterunek przed kwaterą powstańczą, Warszawa, sierpień 1944 r. Jeden z żołnierzy trzyma pistolet maszynowy „Błyskawica”. Po prawej widoczny plakat „Każdy pocisk – jeden Niemiec”, wykonany w połowie sierpnia 1944 r. na zlecenie IV Wydziału Prasowo-Wydawniczego Biura Informacji i Propagandy AK. Fot. Tadeusz Bukowski „Bończa” (1909–1980). Źródło: Lesław M. Bartelski, Tadeusz Bukowski, Warszawa w dniach Powstania 1944, Warszawa 1980, s. 102 / Wikimedia Commons. Status prawny: Public Domain – PD-Poland.
17 sierpnia 1944 roku na murach Śródmieścia pojawił się plakat, który na pierwszy rzut oka wygląda jak typowa propaganda wojenna. Niemiecki hełm, trupia czaszka i napis: „Każdy pocisk – jeden Niemiec”. Hasło jest krótkie, brutalne i znakomicie nadaje się do umieszczenia na plakacie. Można byłoby uznać je za jeszcze jeden przykład wojennej mobilizacji społeczeństwa, gdyby nie pewien szczegół. Powstańcza Warszawa nie potrzebowała już wówczas specjalnej zachęty do walki z Niemcami. Potrzebowała amunicji. Plakat Henryka Chmielewskiego nie był więc tylko propagandą. Był instrukcją gospodarowania dobrem, które w połowie sierpnia stawało się niemal równie cenne jak życie. Każdy niecelny strzał oznaczał bowiem, że następnego może zabraknąć wtedy, kiedy będzie naprawdę potrzebny.
Powstanie trwało już siedemnaście dni. To wystarczyło, aby początkowa euforia ustąpiła miejsca znacznie bardziej trzeźwej wiedzy o tym, czym jest wojna prowadzona bez normalnego zaplecza. 1 sierpnia problem polegał przede wszystkim na tym, że tysiące zmobilizowanych żołnierzy nie otrzymały broni. Pisałem o tym wcześniej i nie ma potrzeby ponownie wyliczać karabinów, pistoletów i granatów, których brakowało w godzinie „W”. Po dwóch tygodniach pojawił się jednak problem jeszcze bardziej dokuczliwy. Można było zdobyć niemiecki karabin, można było odebrać zabitemu przeciwnikowi pistolet maszynowy, można było nawet uruchomić zdobyczny pojazd. Broń bez amunicji pozostawała jednak przedmiotem bardzo efektownym i zupełnie bezużytecznym. Powstanie zaczynało więc prowadzić własną gospodarkę wojenną, tyle że podstawową jednostką obrachunkową nie była tona stali czy wagon paliwa. Był nią pojedynczy nabój.
Tadeusz Bór-Komorowski po wojnie określił brak amunicji jako prawdziwą zmorę. Żołnierz musiał nauczyć się strzelać przede wszystkim do celów bliskich i takich, przy których istniała duża szansa trafienia. W regularnej armii także wymaga się oszczędzania amunicji, lecz istnieje zasadnicza różnica między rozsądnym gospodarowaniem zapasami a świadomością, że następna ciężarówka z nabojami może nigdy nie przyjechać. W Warszawie nie istniał frontowy system zaopatrzenia zakończony magazynami na bezpiecznym zapleczu. Magazyn znajdował się czasem w piwnicy sąsiedniej kamienicy, a jego zawartość stanowiło to, co udało się ukryć przed Powstaniem, wyprodukować, zdobyć na Niemcach albo otrzymać ze zrzutów.
Hasło „Każdy pocisk – jeden Niemiec” nabiera w tym kontekście zupełnie innego znaczenia. Nie chodziło oczywiście o to, że powstańcy rzeczywiście mogli osiągnąć fantastyczną skuteczność jednego zabitego przeciwnika na każdy wystrzelony nabój. Wojna nie działa w ten sposób, nawet jeśli plakaty bardzo by tego chciały. Sens był prostszy: nie strzelaj bez potrzeby. Nie odpowiadaj serią na każdy niemiecki strzał. Poczekaj, aż przeciwnik znajdzie się dostatecznie blisko. Jeżeli masz dziesięć nabojów, nie zachowuj się tak, jakby za plecami stała skrzynia zawierająca następny tysiąc. W normalnej armii podobne polecenie wydałby dowódca. W Warszawie trzeba było wypisać je na murach.
Sam plakat był dziełem Henryka Chmielewskiego i powstał w połowie sierpnia na zamówienie Biura Informacji i Propagandy Komendy Głównej AK. Muzeum Narodowe w Warszawie zwraca uwagę właśnie na jego podwójną funkcję: miał mobilizować do skutecznej walki, ale jednocześnie przypominał o konieczności oszczędzania amunicji. Czaszka w niemieckim hełmie nie była więc wyłącznie makabrycznym ornamentem propagandowym. Pod nią kryła się bardzo konkretna arytmetyka wojny. Powstanie miało znacznie więcej celów niż pocisków, którymi można było do tych celów strzelać.
17 sierpnia nie był przy tym dniem, w którym można było pozwolić sobie na szczególną oszczędność walki. Niemcy nacierali na Muranów od strony Dworca Gdańskiego i Fortu Traugutta, wykorzystując piechotę, broń pancerną i „Goliaty”. Atakowano zajezdnię tramwajową przy Sierakowskiej, której broniły oddziały „Czaty 49” i zgrupowania podpułkownika Jana Szypowskiego „Leśnika”. Niemieckie natarcia wychodziły również z Ogrodu Saskiego w kierunku Królewskiej i Marszałkowskiej, a na Lesznie przed czołgami pędzono schwytane polskie kobiety, wykorzystując je jako żywe osłony. Jednocześnie Luftwaffe bombardowała Stare Miasto, płonęła katedra św. Jana, a artyleria ostrzeliwała Polską Wytwórnię Papierów Wartościowych. Był to więc właśnie taki dzień, w którym amunicję należało oszczędzać i jednocześnie nieustannie jej używać.
W tym miejscu najlepiej widać różnicę pomiędzy armią regularną a powstańczą. Niemcy mogli zużywać amunicję, ponieważ za ich liniami działał system zaopatrzenia. Mogli sprowadzać pociski artyleryjskie, paliwo, granaty i naboje. Oczywiście również oni podlegali ograniczeniom logistycznym, ale były to ograniczenia zupełnie innej skali. Powstanie natomiast nie posiadało fabryk amunicji zdolnych pokrywać zużycie, otwartej drogi zaopatrzeniowej ani własnego lotnictwa transportowego. Każda większa walka była więc czymś więcej niż starciem o ulicę czy budynek. Była również uszczupleniem zasobu, którego nie można było normalnie odtworzyć.
Stąd szczególna wartość broni zdobywanej na przeciwniku. Zabity albo wzięty do niewoli Niemiec pozostawiał nie tylko karabin, ale przede wszystkim naboje. Zdobycie niemieckiego magazynu mogło mieć znaczenie nieproporcjonalnie większe niż jego wartość taktyczna. Wspomnienia powstańców pokazują również praktykę przekazywania broni kolejnym zmianom obsadzającym barykady. Żołnierz schodzący ze stanowiska nie zawsze zabierał karabin ze sobą, ponieważ broń była potrzebna temu, który przychodził na jego miejsce. Trudno o lepszy obraz armii posiadającej więcej żołnierzy niż środków potrzebnych do ich uzbrojenia.
Można oczywiście powiedzieć, że wszystko to dowodzi szaleństwa rozpoczęcia Powstania. Byłby to jednak powrót do dyskusji prowadzonej już w poprzednich tekstach. Plan nie zakładał siedemnastu, trzydziestu ani sześćdziesięciu trzech dni samotnej walki. Amunicja zgromadzona przed 1 sierpnia miała wystarczyć do krótkiego starcia poprzedzającego nadejście Armii Czerwonej. Kiedy ta nie nadeszła, każdy kolejny dzień działał przeciwko powstańcom również w sensie czysto materialnym. Człowiek może walczyć siedemnastego dnia niemal z taką samą determinacją jak pierwszego. Nabój wystrzelony pierwszego dnia siedemnastego dnia już jednak nie istnieje. Bohaterstwo jest zasobem, który czasami można odnawiać. Amunicja takiej właściwości nie posiada.
Jest jeszcze coś charakterystycznego w fotografii przedstawiającej powstańczą łączniczkę na tle plakatu Chmielewskiego. Młoda kobieta stoi na ulicy okupowanego jeszcze kilka tygodni wcześniej miasta, na murach wiszą polskie plakaty, funkcjonuje polska administracja, ukazuje się prasa i można przez moment odnieść wrażenie, że państwo rzeczywiście powróciło. Tyle że jedno z haseł tego odrodzonego państwa brzmi: oszczędzaj naboje. To chyba jeden z najlepszych symboli Powstania. Państwo odtworzyło się szybciej niż jego arsenały. Armia wyszła z podziemia, lecz magazyny nie mogły wyjść razem z nią.
17 sierpnia Powstanie wchodziło więc w kolejną fazę. Początkowa nadzieja, że walka potrwa kilka dni, stawała się coraz mniej realna. Stare Miasto znajdowało się pod coraz większym naciskiem, Niemcy systematycznie wykorzystywali przewagę artylerii, lotnictwa i broni pancernej, a powstańcy musieli odpowiadać tym, co jeszcze mieli. W takich warunkach hasło „Każdy pocisk – jeden Niemiec” przestawało być propagandową przesadą. Stawało się brutalnym skrótem sytuacji strategicznej.
Na wojnie często mówi się o wielkich liczbach: dywizjach, tysiącach ton zaopatrzenia, setkach czołgów i milionach pocisków. W Warszawie wojna została sprowadzona do najbardziej podstawowej jednostki. Do jednego człowieka, jednego karabinu i jednego naboju. Jeżeli karabin był, a naboju nie było, wszystkie pozostałe elementy przestawały mieć znaczenie. Powstańcy mogli jeszcze zdobywać broń, produkować granaty, przejmować niemieckie zapasy i czekać na zrzuty. Nie mogli jednak zmienić podstawowej arytmetyki tej wojny. Niemcy mogli przysyłać do Warszawy kolejne pociski. Powstańcy musieli liczyć te, które im pozostały.
Dlatego plakat Chmielewskiego jest dziś czymś więcej niż interesującym zabytkiem powstańczej propagandy. Jest właściwie raportem logistycznym napisanym językiem plakatu. „Każdy pocisk – jeden Niemiec” oznaczało: nie mamy czym marnować. Za czaszką, hełmem i efektownym hasłem kryła się prawda znacznie mniej romantyczna niż większość powstańczej ikonografii. Siedemnastego dnia walk Warszawa wciąż miała tysiące ludzi gotowych się bić. Coraz bardziej nie było jednak pewne, czy będzie miała czym strzelać.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz