Winston Churchill i Franklin D. Roosevelt podczas konferencji alianckiej w Casablance, styczeń 1943 r. Półtora roku później przywódcy dwóch głównych mocarstw zachodnich stanęli wobec pytania, jak daleko mogą posunąć się w pomocy walczącej Warszawie, nie doprowadzając do konfliktu ze Stalinem. Źródło: Imperial War Museums, A 14153 / Wikimedia Commons. Status prawny: Public Domain – UK Government.
Słowo „zdrada” ma w polskiej historii wyjątkowo łatwe życie. Pojawia się zwykle wtedy, gdy sojusznik nie zrobił tego, czego od niego oczekiwaliśmy, albo zrobił znacznie mniej, niż wymagały nasze interesy. W przypadku Powstania Warszawskiego pokusa jego użycia jest szczególnie silna. Polska walczyła z Niemcami od pierwszego dnia wojny, polscy lotnicy bronili Londynu, żołnierze Andersa kilka miesięcy wcześniej zdobywali Monte Cassino, a żołnierze Maczka właśnie rozpoczynali swoją wielką kampanię we Francji. Tymczasem stolica Polski walczyła i umierała, a pomoc Zachodu pozostała niewystarczająca. Jeżeli istnieje sytuacja, w której słowo „zdrada” samo ciśnie się pod pióro, to właśnie ta. Historyk powinien jednak uważać szczególnie wtedy, kiedy jakieś słowo pasuje zbyt dobrze.
Najpierw trzeba ustalić, czego właściwie należałoby oczekiwać od Zachodu. Jeżeli Wielka Brytania i Stany Zjednoczone miały uratować Powstanie militarnie, należałoby wskazać sposób, w jaki mogły to zrobić. Brytyjskiej dywizji nie można było przenieść z Normandii na Starówkę, amerykańskiego korpusu pancernego nie dało się przewieźć przez pół Europy na Wolę, a polska 1. Samodzielna Brygada Spadochronowa nie mogła po prostu wystartować z Anglii i wylądować w Warszawie. Geografia bywa najbardziej bezwzględnym uczestnikiem polityki międzynarodowej. Latem 1944 roku zachodnie armie znajdowały się setki kilometrów od Polski, natomiast Armia Czerwona stała na przedpolach Warszawy. Zachód mógł próbować pomagać z powietrza i wywierać nacisk polityczny. Nie mógł natomiast stworzyć nad Wisłą własnego frontu.
Nie można również powiedzieć, że Londyn pozostawał obojętny. Churchill już w pierwszym tygodniu Powstania zezwolił na loty z pomocą dla Warszawy. Brytyjskie, polskie i południowoafrykańskie załogi podejmowały niezwykle niebezpieczne misje z baz włoskich. Ludzie ci nie zdradzali Warszawy. Lecieli nad nią i ginęli, próbując dostarczyć broń tym, którzy walczyli na dole. Kiedy 20 sierpnia Churchill i Roosevelt zwrócili się wspólnie do Stalina, napisali wprost, że trzy mocarstwa powinny zrobić wszystko, aby uratować możliwie wielu polskich patriotów. Prosili o sowieckie zrzuty albo zgodę na szybką pomoc samolotów zachodnich. Dodawali, że czas ma zasadnicze znaczenie. Trudno z tego dokumentu zrobić dowód na świadome porzucenie Warszawy.
Można natomiast zapytać o rzecz znacznie bardziej niewygodną: co Zachód był gotów zrobić, kiedy Stalin powiedział „nie”? I tutaj obraz przestaje być tak korzystny. Stalin nie pozostawiał przecież większych wątpliwości co do swojego stosunku do Powstania. 22 sierpnia odpowiedział Churchillowi i Rooseveltowi, określając jego przywódców jako grupę ludzi, którzy rozpoczęli warszawską „awanturę” w celu zdobycia władzy i rzucili niemal nieuzbrojonych mieszkańców przeciwko niemieckim działom, czołgom i samolotom. Był to język nie obserwatora zatroskanego losem sojuszniczej armii, lecz polityka patrzącego na jej dowództwo jak na przeciwnika.
Churchill chciał naciskać dalej. Roosevelt był ostrożniejszy. I właśnie tutaj, moim zdaniem, znajduje się właściwy problem odpowiedzialności Zachodu. Nie polegał on na tym, że Brytyjczycy i Amerykanie niczego nie zrobili. Polegał na tym, że pomoc Polsce miała granicę, której nie zamierzali przekroczyć, jeżeli oznaczałoby to poważny konflikt ze Stalinem. Roosevelt 24 sierpnia pisał Churchillowi, że bez możliwości korzystania z sowieckich lotnisk skuteczne zaopatrywanie Warszawy jest praktycznie niemożliwe i nie widzi dalszych kroków, które mogłyby przynieść rezultat. Churchill chciał iść dalej i rozważał nawet postawienie Sowietów przed faktem dokonanym. Waszyngton nie chciał ryzykować szerszych konsekwencji dla współpracy wojennej z Moskwą.
Czy to była zdrada? Jeżeli przez zdradę rozumiemy świadome działanie na rzecz klęski Powstania, odpowiedź w odniesieniu do Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych brzmi: nie. Dokumenty tego nie pokazują. Przeciwnie, pokazują próby udzielenia pomocy, naciski na Stalina i świadomość tragedii rozgrywającej się w Warszawie. Churchill posuwał się szczególnie daleko. Jeszcze 4 września proponował Rooseveltowi przeprowadzenie amerykańskiej operacji zaopatrzeniowej i lądowanie na sowieckich lotniskach nawet bez formalnej zgody Moskwy. Można dyskutować, czy pomysł był realistyczny, ale trudno jednocześnie twierdzić, że jego autor świadomie dążył do pozostawienia Warszawy własnemu losowi.
Jeżeli jednak przez zdradę rozumiemy coś innego – porzucenie interesów słabszego sojusznika wtedy, gdy zaczynają kolidować z interesami mocarstwa – odpowiedź staje się mniej wygodna. Polska była sojusznikiem, ale nie była sojusznikiem równym. Wielka Brytania i Stany Zjednoczone potrzebowały Stalina znacznie bardziej, niż potrzebowały rządu polskiego w Londynie. Armia Czerwona wiązała i niszczyła ogromną część niemieckich sił. Roosevelt myślał również o udziale Związku Sowieckiego w przyszłej wojnie z Japonią. Żaden zachodni przywódca nie zamierzał narażać zasadniczej konstrukcji koalicji antyhitlerowskiej po to, aby zagwarantować Polsce możliwość samodzielnego decydowania o własnej przyszłości.
I tutaj znajduje się sedno problemu. Zachód nie zdradził Warszawy w sierpniu 1944 roku jednym dramatycznym gestem. Nie odbyło się tajne posiedzenie, podczas którego Churchill i Roosevelt postanowili pozwolić Powstaniu umrzeć. Rzeczywistość była mniej teatralna i przez to bardziej nieprzyjemna. Polska stopniowo odkrywała, że jej miejsce w hierarchii alianckich interesów znajduje się znacznie niżej, niż wynikałoby to z jej wkładu w wojnę. Londyn mógł protestować, Waszyngton mógł wysyłać depesze, lotnicy mogli ginąć nad Polską, ale kiedy skuteczna pomoc wymagała wejścia w otwarty konflikt polityczny ze Stalinem, pojawiała się granica.
Nie należy przy tym popełniać odwrotnego błędu i udawać, że zachodni przywódcy mogli jednym podpisem uratować Powstanie. Nawet masowe zrzuty nie zastąpiłyby armii lądowej. Warszawa potrzebowała nie tylko amunicji, ale zmiany sytuacji militarnej wokół miasta. Jedynym mocarstwem alianckim posiadającym wojska zdolne dokonać tego bezpośrednio był Związek Sowiecki. To właśnie dlatego odpowiedzialność Londynu i Waszyngtonu nie może być stawiana na tej samej płaszczyźnie co polityka Moskwy. Stalin dysponował możliwościami, których Churchill i Roosevelt nie mieli, a jednocześnie postrzegał kierownictwo Powstania jako przeszkodę polityczną. Zachód był bezsilny częściowo z przyczyn geograficznych. Stalin był niechętny z przyczyn politycznych. To nie jest to samo.
Pozostaje jednak pytanie, czy bezsilność Zachodu nie była także skutkiem wcześniejszych decyzji samego Zachodu. W 1944 roku coraz wyraźniej akceptowano fakt, że Europa Środkowo-Wschodnia znajdzie się w obszarze dominacji państwa, którego armia ją zajmie. Polska mogła przypominać, że rozpoczęła wojnę jako sojusznik Wielkiej Brytanii, ale na konferencjach wielkich mocarstw coraz większe znaczenie miało nie to, kto pierwszy walczył z Hitlerem, lecz kto będzie miał swoje dywizje w danym kraju w chwili zakończenia wojny. Powstańcy mogli zdobyć niemiecki posterunek, ulicę, a nawet dzielnicę. Nie mogli zdobyć miejsca przy stole, przy którym ustalano powojenny porządek Europy.
Dlatego określenia „zdrada Zachodu” używałbym ostrożnie. Jest ono zbyt proste, jeżeli ma oznaczać, że Churchill i Roosevelt świadomie skazali Powstanie na zagładę. Churchill próbował pomagać, alianccy lotnicy ryzykowali życie, a także Roosevelt podpisał apel do Stalina o ratowanie polskich patriotów. Nie wolno tych faktów usuwać z historii tylko dlatego, że komplikują atrakcyjną tezę. Jednocześnie równie fałszywe byłoby stwierdzenie, że zachodni sojusznicy zrobili wszystko, czego wymagała lojalność wobec Polski. Nie zrobili, ponieważ w momencie konfliktu pomiędzy polskim interesem a utrzymaniem współpracy ze Stalinem wybrali sprawę dla siebie ważniejszą.
Może więc zamiast pytać, czy Zachód zdradził Powstanie, należy zapytać, kiedy Polska przestała być dla zachodnich mocarstw sojusznikiem, którego interesów należało bronić niezależnie od ceny. Wtedy odpowiedź staje się znacznie bardziej gorzka. Powstanie Warszawskie nie było momentem, w którym Zachód nagle odwrócił się od Polski. Było momentem, w którym Polacy zobaczyli wyjątkowo wyraźnie coś, co wcześniej można było jeszcze przykrywać dyplomatycznymi deklaracjami: w sojuszu wielkiego mocarstwa z państwem średnim lub małym wspólna krew nie tworzy wspólnych interesów na zawsze.
Polscy lotnicy mogli wcześniej ginąć nad Anglią, żołnierze Andersa pod Monte Cassino, a Maczka pod Falaise. Wszystko to miało znaczenie moralne i wojskowe. Nie dawało jednak Polsce prawa weta wobec wielkiej strategii Churchilla i Roosevelta. To jest chyba najbardziej nieprzyjemna odpowiedź na pytanie postawione w tytule. Zachód nie zdradził Powstania w prostym znaczeniu tego słowa. Zrobił coś dla małego sojusznika być może jeszcze bardziej pouczającego: pomógł mu tak długo i tak dalece, jak pozwalały na to własne interesy. Kiedy interes Polski zderzył się z koniecznością utrzymania Stalina w koalicji, rachunek sił okazał się ważniejszy od rachunku zasług.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz