Szukaj na tym blogu

piątek, 21 sierpnia 2026

George Floyd, Black Lives Matter i rewolucja z basenem





Śmierć George’a Floyda 25 maja 2020 roku stała się jednym z tych wydarzeń, w których rzeczywisty dramat człowieka niemal natychmiast zostaje przykryty przez polityczny mit. Derek Chauvin przez ponad dziewięć minut przyciskał kolanem szyję skutego mężczyzny, ignorując jego skargi, utratę przytomności oraz ostrzeżenia świadków. Został za to skazany i trudno uznać ten wyrok za przejaw prześladowania policji. Funkcjonariusz państwa ma obowiązek panować nad sytuacją i odpowiadać za sposób użycia siły, zwłaszcza wobec człowieka, który znajduje się już w kajdankach.

Uznanie winy Chauvina nie wymaga jednak przekształcania Floyda w nieskazitelnego męczennika. Był on człowiekiem wielokrotnie karanym, związanym z narkotykami i mającym w życiorysie udział w brutalnym napadzie. W 2007 roku uczestniczył w wtargnięciu do domu, podczas którego przystawiono broń do brzucha kobiety. Późniejsze próby przedstawiania go jako łagodnego olbrzyma, którego życie składało się niemal wyłącznie z działalności dobroczynnej, były częścią świadomie tworzonej legendy. Jego kryminalna przeszłość nie usprawiedliwia śmierci pod kolanem policjanta, ale też śmierć pod kolanem policjanta nie unieważnia kryminalnej przeszłości. Można jednocześnie potępić Chauvina i odmówić kanonizacji Floyda. Polityczna poprawność nie lubi jednak takich zdań, ponieważ wymaga podziału ról na świętych i diabłów, a człowiek rzeczywisty, pełen sprzeczności, jest dla niej materiałem nieprzydatnym.

Black Lives Matter nie narodziło się po śmierci Floyda, lecz w 2013 roku, po uniewinnieniu George’a Zimmermana w sprawie śmierci Trayvona Martina. Dopiero wydarzenia w Minneapolis przekształciły rozproszony ruch aktywistyczny w markę rozpoznawalną na całym świecie. Samo hasło, że życie czarnych ludzi ma znaczenie, było oczywiście prawdziwe i moralnie bezsporne. Właśnie dlatego okazało się tak skuteczne. Każda krytyka organizacji mogła zostać przedstawiona jako zakwestionowanie tej banalnej prawdy, a człowiek pytający o program, pieniądze albo skutki polityczne ruchu natychmiast stawał się podejrzany o rasizm. Był to znakomity zabieg retoryczny: nazwę organizacji utożsamiono z zasadą moralną, dzięki czemu sprzeciw wobec organizacji wyglądał jak sprzeciw wobec zasady.

BLM nie ograniczał się jednak do postulatu równego traktowania przez policję. W jego ideologii pojawiało się przekonanie, że amerykańskie instytucje są z natury rasistowskie, a więc ich naprawianie nie wystarczy, ponieważ należy je zasadniczo przebudować. Odpowiedzialność jednostki coraz częściej zastępowała odpowiedzialność zbiorowa, zaś kolor skóry stawał się najważniejszym kluczem do objaśniania społeczeństwa. Biały człowiek miał być beneficjentem systemu nawet wtedy, gdy był bezrobotnym mieszkańcem przyczepy, natomiast czarny milioner zachowywał status przedstawiciela grupy uciskanej. Powstała osobliwa arystokracja cierpienia, w której o miejscu w hierarchii moralnej nie decydowało zachowanie człowieka, lecz jego pochodzenie.

Najbardziej radykalnym i zarazem najbardziej brzemiennym w skutki postulatem BLM stało się hasło „defund the police”. Jego obrońcy tłumaczyli później, że nie chodziło o całkowitą likwidację policji, ale o przesunięcie części środków na opiekę społeczną, terapię uzależnień i pomoc psychiatryczną. W części przypadków rzeczywiście tak rozumiano ten program. Nie zmienia to jednak faktu, że wpływowi aktywiści domagali się zmniejszania budżetów policyjnych, ograniczania liczby funkcjonariuszy, rozwiązywania wyspecjalizowanych jednostek, odwoływania naborów, a niekiedy wręcz zastąpienia dotychczasowych formacji bliżej nieokreślonymi strukturami „bezpieczeństwa społecznego”.

Była to propozycja szczególnie atrakcyjna dla mieszkańców bogatych dzielnic, którzy mogli korzystać z monitoringu, ogrodzonych osiedli, prywatnych firm ochroniarskich i szybkiej pomocy prawników. Zupełnie inaczej wyglądała z perspektywy właściciela niewielkiego sklepu, starszej kobiety mieszkającej samotnie albo rodziny wychowującej dzieci na ulicy opanowanej przez gang. Jeżeli policja przestawała patrolować taką dzielnicę, nie następowało wyzwolenie od przemocy. Pojawiała się jedynie przemoc ludzi, którzy nie nosili mundurów, nie mieli numerów identyfikacyjnych i nie podlegali nawet tej niedoskonałej kontroli, jaka obowiązuje funkcjonariusza państwa.

Skutkiem politycznej kampanii nie były zresztą wyłącznie formalne cięcia budżetowe. W wielu miastach budżety później przywrócono albo nawet zwiększono, lecz wcześniej doszło do odpływu doświadczonych policjantów, wzrostu liczby odejść na emeryturę, trudności z rekrutacją i ograniczenia działań podejmowanych z własnej inicjatywy. Funkcjonariusz, który widział, że każda interwencja może zostać przedstawiona w internecie w postaci kilkunastosekundowego filmu pozbawionego kontekstu, miał coraz mniej powodów, aby wysiadać z radiowozu, zanim zmusi go do tego wezwanie. Nie trzeba było formalnie rozwiązywać policji. Wystarczyło doprowadzić do sytuacji, w której policjanci pojawiali się później, działali ostrożniej i unikali interwencji mogących zniszczyć im życie zawodowe.

Minneapolis stało się laboratorium tego eksperymentu. Po śmierci Floyda większość członków rady miejskiej wystąpiła z zapowiedzią zasadniczego demontażu dotychczasowego departamentu policji. Mieszkańcy odrzucili ostatecznie w referendum z 2021 roku projekt zastąpienia go nową instytucją bezpieczeństwa publicznego, ale szkody organizacyjne i psychologiczne nastąpiły wcześniej. Badacze ustalili, że po śmierci Floyda liczba aresztowań spadła o 62 procent, a liczba działań inicjowanych przez samych policjantów o 69 procent. Nie był to drobny efekt uboczny reformy, lecz faktyczne wycofanie znacznej części aktywności państwa z przestrzeni publicznej. 

Nowsze badanie dotyczące Minneapolis i Saint Paul wykazało, że po śmierci Floyda wskaźnik zabójstw wzrósł około dwuipółkrotnie i przez 136 tygodni pozostawał podwyższony. Autorzy oszacowali liczbę dodatkowych zabójstw na 183, a w przypadku samego Minneapolis ograniczenie kontroli policyjnych miało pośredniczyć w około jednej czwartej wzrostu. Najsilniej ucierpiały obszary społecznie zaniedbane, czyli właśnie te, w imieniu których przemawiali działacze BLM. Nie oznacza to, że za każdą śmierć odpowiadali autorzy hasła „defund the police”. Oznacza natomiast, że ograniczenie działań policji miało wymierne skutki, których nie ponosili przede wszystkim zamożni biali mieszkańcy przedmieść, lecz ludzie żyjący w dzielnicach o największej koncentracji przemocy. 

Jeszcze bardziej groteskową postać eksperyment przybrał w Seattle. Po wycofaniu policji z posterunku na Capitol Hill protestujący utworzyli strefę CHOP, przedstawianą jako obszar wolny od policyjnej przemocy i zapowiedź nowego ładu społecznego. W ciągu kilku tygodni doszło tam do serii strzelanin, w tym dwóch śmiertelnych, po których władze miasta zlikwidowały strefę. Badanie opublikowane w „Criminology & Public Policy” wykazało, że na terenie CHOP przestępczość wzrosła wyraźnie bardziej niż na porównywalnych obszarach miasta. Rewolucyjny eksperyment potwierdził prawdę znaną jeszcze przed wynalezieniem mediów społecznościowych: usunięcie policji nie usuwa przestępców, lecz jedynie ludzi zobowiązanych do ich powstrzymywania. 

Nie można uczciwie twierdzić, że cały wzrost przemocy po 2020 roku został spowodowany przez BLM. Równocześnie działały pandemia, zamknięcie szkół, kryzys narkotykowy, zaburzenia funkcjonowania sądów oraz pogłębiający się rozpad więzi społecznych. Badania nad tak zwanym efektem wycofania policji nie przynoszą całkowicie jednolitych wyników. Analiza Denver wykazała jednak, że znaczne ograniczenie kontroli ulicznych wiązało się ze wzrostem przestępczości z użyciem przemocy, natomiast spadek liczby zatrzymań narkotykowych był związany ze wzrostem przestępczości przeciwko mieniu. Nie każda interwencja policyjna zapobiega przestępstwu, lecz z tego nie wynika, że tysiące zaniechanych interwencji pozostają bez następstw. 

Ideologia BLM ujawniała przy tym głęboką sprzeczność. Ruch występował przeciwko policyjnej przemocy, której ofiarami nieproporcjonalnie często padali czarni Amerykanie, lecz popierał rozwiązania mogące zwiększać zagrożenie przemocą kryminalną, której ofiarami również nieproporcjonalnie często byli czarni Amerykanie. Życie człowieka zabitego przez policjanta stawało się wydarzeniem ogólnokrajowym. Życie człowieka zastrzelonego przez członka gangu pozostawało statystyką lokalną. Pierwsza śmierć nadawała się do budowania politycznej opowieści, druga nie pasowała do schematu, ponieważ jej sprawca nie reprezentował państwa ani rzekomo wszechobecnej białej supremacji.

W tym miejscu przypomina się wódz White z „Paragrafu 22” Josepha Hellera, który wyrażał swoje przywiązanie do tolerancji słowami: „Powiadam ci, Yossarian, przesądy rasowe to rzecz straszna. Naprawdę. To potworne, kiedy przyzwoitego, lojalnego Indianina traktuje się jak jakiegoś czarnucha, żydłaka, makaroniarza czy Portorykańca”. Heller znakomicie uchwycił mechanizm moralnego samozadowolenia, w którym człowiek potępia rasizm, posługując się jednocześnie całym jego słownikiem i sposobem myślenia. Współczesna poprawność polityczna często działa podobnie. Deklaruje walkę z podziałami rasowymi, a następnie porządkuje całe społeczeństwo według koloru skóry, ustalając dla poszczególnych grup odmienne role, winy i przywileje.

Podczas pandemii hipokryzja ta osiągnęła rozmiary niemal laboratoryjne. W wielu miastach zamykano szkoły, kościoły, restauracje i miejsca pracy, a ludziom tłumaczono, że każde zgromadzenie zagraża życiu. Kiedy jednak na ulice wyszły tłumy protestujących po śmierci Floyda, część ekspertów i komentatorów zaczęła wyjaśniać, że walka z rasizmem stanowi również problem zdrowia publicznego. Wirus, który wcześniej nie uznawał wyjątków, nagle zdawał się respektować moralną hierarchię zgromadzeń. Pogrzeb członka rodziny mógł być niebezpieczny, demonstracja BLM była natomiast społecznie usprawiedliwiona. Nie chodziło już o jednolite zasady, lecz o prawo do ich zawieszania dla ludzi posiadających właściwe poglądy.

Podobną sprzeczność można było dostrzec w stosunku do odpowiedzialności indywidualnej. Z jednej strony domagano się, aby całe grupy społeczne rozliczały się z wydarzeń sprzed dziesiątków albo setek lat. Z drugiej strony próba przypomnienia czynów konkretnego człowieka była przedstawiana jako nikczemne obwinianie ofiary. Biały Amerykanin mógł dziedziczyć moralną odpowiedzialność za niewolnictwo, chociaż jego przodkowie przybyli do Stanów Zjednoczonych po wojnie secesyjnej, natomiast George Floyd miał zostać symbolicznie odłączony od własnej biografii. Jednostka odpowiadała więc za przeszłość swojej rasy, ale niekoniecznie za własną przeszłość.

BLM stał się również wielkim przedsięwzięciem finansowym. Po 2020 roku organizacje używające tej nazwy otrzymały dziesiątki milionów dolarów od osób prywatnych i przedsiębiorstw, które w pośpiechu kupowały sobie certyfikat moralnego bezpieczeństwa. Później pojawiły się pytania o przejrzystość finansów, sposób zarządzania majątkiem oraz zakup nieruchomości. Największe zainteresowanie wzbudziła Patrisse Cullors, jedna z założycielek ruchu, której transakcje nieruchomościowe stały się przedmiotem medialnych dochodzeń. Sam fakt posiadania domu przez lewicową aktywistkę nie stanowi oczywiście przestępstwa. Trudno jednak nie dostrzec komizmu sytuacji, w której ruch atakujący kapitalizm, bogactwo i społeczne przywileje wykształcił elitę żyjącą w warunkach zupełnie innych niż ludzie, w imieniu których występowała.

Jeszcze większe kontrowersje wywołała zakupiona przez Black Lives Matter Global Network Foundation nieruchomość w Kalifornii, której cena wynosiła około sześciu milionów dolarów. Kierownictwo organizacji przedstawiało ją jako miejsce pracy, spotkań i działalności twórczej, krytycy pytali natomiast, dlaczego zakup utrzymywano początkowo z dala od opinii publicznej. Basen znajdujący się na terenie posesji urósł do rangi mimowolnego symbolu. Rewolucje zaczynają się zwykle od przemówień o cierpieniu biednych, a kończą na dyskusji, kto ma prawo korzystać z basenu należącego do fundacji.

Nie dowodzi to, że każdy działacz BLM był oszustem ani że wszystkie zebrane pieniądze zostały sprzeniewierzone. Pokazuje jednak, jak szybko moralny ruch może wytworzyć własną klasę zarządzającą, własny język usprawiedliwień i własny system przywilejów. Bogactwo przedsiębiorcy ma być skutkiem wyzysku, lecz bogactwo aktywisty staje się narzędziem działalności społecznej. Luksus przeciwnika jest dowodem jego zepsucia, natomiast luksus człowieka walczącego o słuszną sprawę okazuje się jedynie przestrzenią organizacyjną.

Ideologia ruchu znalazła również przedłużenie w sporach o akcję afirmatywną. Jej pierwotnym celem miało być wyrównywanie szans grup, które przez dziesięciolecia podlegały jawnej dyskryminacji. Z czasem coraz częściej prowadziła jednak do oceniania kandydatów nie wyłącznie według ich osiągnięć i sytuacji materialnej, lecz także według pochodzenia rasowego. W rezultacie dziecko zamożnych rodziców mogło otrzymywać moralny status osoby pokrzywdzonej ze względu na kolor skóry, podczas gdy biedny kandydat należący do niewłaściwej grupy pozostawał beneficjentem „przywileju”.

Najbardziej poszkodowani bywali przy tym Amerykanie pochodzenia azjatyckiego, których wysokie wyniki edukacyjne przestały pasować do prostego podziału na białych uprzywilejowanych i kolorowych uciskanych. Aby zachować ideologiczną konstrukcję, należało stworzyć dla nich kategorię mniejszości odnoszącej podejrzanie duże sukcesy. Walka z dyskryminacją zaczynała więc prowadzić do nowej dyskryminacji, tym razem uzasadnianej szlachetnymi intencjami. Człowiek nie był już oceniany jako jednostka, lecz jako przedstawiciel statystycznej grupy, której należało coś dodać albo coś odjąć.

Najbardziej fatalnym oszustwem BLM było jednak przedstawienie ograniczania policji jako wyzwolenia mieszkańców czarnych dzielnic. Kiedy państwo wycofuje się z niebezpiecznej ulicy, pozostawionej przestrzeni nie zajmuje automatycznie psycholog, mediator ani pracownik społeczny z podręcznikiem resocjalizacji. Zajmują ją gangi, handlarze narkotyków, włamywacze i ludzie rozstrzygający konflikty przy użyciu broni. Pomoc społeczna może uzupełniać działania policji, a w niektórych sytuacjach nawet ją zastępować, lecz nie zatrzyma uzbrojonego napastnika i nie przejmie kontroli nad ulicą.

Bogaty aktywista może zamieszkać w chronionym domu, założyć monitoring albo wynająć prywatną ochronę. Ubogi mieszkaniec dzielnicy dotkniętej przestępczością zostaje z numerem alarmowym, na który coraz później odpowiada coraz mniej funkcjonariuszy. Koszt rewolucyjnego eksperymentu ponieśli więc nie jego autorzy, lecz ludzie, których miał on wyzwolić. Właśnie w tym kryje się zasadnicza hipokryzja całego przedsięwzięcia: przywódcy produkowali hasła, korporacje kupowały moralne odpusty, politycy wykonywali rytualne gesty, a mieszkańcy najbardziej zagrożonych dzielnic otrzymywali mniej bezpieczeństwa.

Śmierć George’a Floyda wymagała sprawiedliwości, osądzenia odpowiedzialnego policjanta oraz uczciwej dyskusji o nadużywaniu siły przez państwo. Zamiast tego powstał polityczny kult, w którym rzeczywiste problemy zostały podporządkowane ideologii. Policjanta przekształcono w reprezentanta całej rasy, przestępcę w świętego, rozruchy w przebudzenie moralne, a finansowy sukces przywódców w dowód skuteczności ruchu. Kto zadawał pytania, stawał się podejrzany; kto powtarzał formuły, otrzymywał świadectwo przyzwoitości.

Black Lives Matter nie obalił amerykańskiego kapitalizmu, nie zlikwidował przemocy i nie naprawił stosunków rasowych. Przyczynił się natomiast do stworzenia nowego języka poprawności politycznej, w którym kolor skóry ponownie określa miejsce człowieka, tyle że tym razem pod sztandarem antyrasizmu. Pozostawił osłabione formacje policyjne, głębszą nieufność społeczną, ofiary wzrostu przestępczości oraz bogatych przywódców gotowych wyjaśniać biednym, że ich pogarszające się bezpieczeństwo jest ceną postępu. Rewolucja raz jeszcze nie spełniła obietnic, ale przynajmniej znalazła sobie dom z basenem.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz