Yukio Mishima był jednym z najwybitniejszych, a zarazem najbardziej kłopotliwych pisarzy japońskich XX wieku. Naprawdę nazywał się Kimitake Hiraoka. Pisał powieści, opowiadania, dramaty i eseje, występował w filmach, pozował do starannie inscenizowanych fotografii, uprawiał kulturystykę i ćwiczył walkę mieczem. Kilkakrotnie wymieniano go wśród kandydatów do literackiej Nagrody Nobla. Gdyby umarł spokojnie przy biurku, pozostałby zapewne przede wszystkim autorem „Wyznań maski”, „Złotej pagody”, „Umiłowania ojczyzny” oraz czterotomowego „Morza płodności”. Ponieważ jednak 25 listopada 1970 roku próbował poderwać japońskich żołnierzy do zamachu stanu, a następnie dokonał seppuku, jego śmierć zaczęła przesłaniać jego książki.
Był pisarzem piękna, które niemal zawsze skrywało zapowiedź zniszczenia. W „Złotej pagodzie” opowiedział o młodym mnichu tak zafascynowanym doskonałością świątyni, że zapragnął ją spalić. „Wyznania maski” stanowiły literacką autobiografię człowieka ukrywającego swoją seksualność, lęki i pragnienia pod powierzchnią społecznie akceptowanej roli. W „Umiłowaniu ojczyzny” Mishima przedstawił samobójstwo oficera i jego żony jako jednoczesny akt miłości, wierności oraz unicestwienia. W tetralogii „Morze płodności” próbował natomiast opisać cały XX wiek japoński jako historię piękna podlegającego kolejnym wcieleniom, a zarazem nieuchronnemu rozkładowi.
Nie był zwykłym ideologiem pis piszącym powieści podporządkowane politycznej tezie. Jego literatura pozostawała większa od jego polityki. Mishimę fascynowało napięcie pomiędzy słowem a ciałem, pragnieniem a społeczną rolą, doskonałością a zniszczeniem. Piękno interesowało go przede wszystkim wtedy, gdy było zagrożone, ponieważ rzecz trwała i bezpieczna stawała się w jego oczach pospolita. Młodość zyskiwała pełnię w chwili śmierci, ciało w momencie zranienia, a wierność dopiero wtedy, gdy wymagała ofiary. W tym sensie jego polityczna działalność nie była dodatkiem do twórczości. Stanowiła próbę przeniesienia literatury do rzeczywistości i napisania ostatniego dzieła własnym ciałem.
Mishima patrzył na powojenną Japonię z mieszaniną pogardy i rozpaczy. Po klęsce w 1945 roku kraj nie powrócił do tradycji samurajskiej, lecz przyjął zachodni model ustrojowy, amerykańską kuratelę strategiczną i kapitalizm, który okazał się skuteczniejszy od cesarskich mitów. Japończycy zamienili mundury na garnitury, miecze na kalkulatory, a śmierć za cesarza na pracę dla korporacji. Z państwa gotowego rzucać młodych pilotów przeciwko amerykańskim okrętom powstało państwo samochodów, elektroniki, szybkich kolei i kultury masowej eksportowanej na cały świat.
Można powiedzieć, że był to rozwój rozsądny, a nawet zbawienny. Japonia uniknęła kolejnych wojen, odbudowała miasta i osiągnęła poziom zamożności, o którym imperialni generałowie nie potrafili nawet marzyć. Mishima widział jednak cenę tego sukcesu. Uważał, że Japonia ocaliła ciało, ale utraciła duszę. Dawny kodeks obowiązku został zastąpiony konsumpcją, cesarz stał się ceremonialnym dodatkiem do konstytucji, a pojęcie honoru zamieniono w dekorację używaną podczas państwowych uroczystości.
Dzisiejsza Japonia zdaje się chwilami potwierdzać jego najciemniejsze przeczucia, choć niekoniecznie uzasadnia proponowane przez niego lekarstwo. Tradycja nie zniknęła, lecz została przeniesiona do muzeów, świątynnych festynów, seriali, gier komputerowych i mangi. Manga sama w sobie nie jest kulturą obcą, ponieważ wyrasta również z japońskich form przedstawiania obrazu i opowieści. Stała się jednak znakiem charakterystycznej przemiany: dawny świat obowiązku, walki, miłości i śmierci może być dziś przeżywany zastępczo, bez ponoszenia jego kosztów. Samuraj istnieje nadal, lecz przede wszystkim na papierze i ekranie. Wojownik staje się figurką kolekcjonerską, a honor — atrakcyjnym elementem fabuły.
Jeszcze bardziej niepokojący pozostaje kryzys demograficzny. Japonia jest społeczeństwem starym, coraz mniej licznym i niepewnym własnej przyszłości. W 2025 roku liczba urodzeń spadła do około 671 tysięcy, a współczynnik dzietności do 1,14 dziecka na kobietę. Był to kolejny rekordowo niski wynik w kraju, który pod względem technologicznym potrafi projektować przyszłość dla całego świata, lecz ma coraz większe trudności z biologicznym przedłużeniem własnego istnienia. Mishima powiedziałby zapewne, że społeczeństwo przestało rodzić dzieci, ponieważ wcześniej przestało wierzyć, że istnieje coś wartego przekazania następnym pokoleniom. Byłaby to odpowiedź efektowna, ale niepełna, gdyż za demograficznym załamaniem stoją również wysokie koszty życia, niepewność zatrudnienia, późne małżeństwa i trudności w łączeniu pracy z wychowaniem dzieci. Nie da się jednak całkowicie odrzucić intuicji Mishimy. Naród nie żyje wyłącznie dzięki wskaźnikom gospodarczym. Musi jeszcze posiadać wyobrażenie o własnym dalszym ciągu.
Myślałem o tym w Lucernie, stojąc przed wykutym w skale umierającym lwem. Löwendenkmal, czyli Pomnik Lwa, znajduje się w dawnym kamieniołomie, nieco z boku od najgłośniejszych ulic miasta. Nie stoi na wysokim cokole i nie próbuje dominować nad otoczeniem. Lew został wyrzeźbiony bezpośrednio w piaskowcowej ścianie ponad niewielkim stawem. Leży w skalnej niszy z głową opuszczoną na tarczę. Z jego boku wystaje złamana włócznia, a łapa nadal osłania herb francuskiej monarchii. Nad nim widnieją słowa: „Helvetiorum Fidei ac Virtuti” — „Wierności i męstwu Szwajcarów”.
Pomnik poświęcono gwardzistom szwajcarskim poległym 10 sierpnia 1792 roku podczas obrony pałacu Tuileries. Rewolucyjny tłum i oddziały powstańcze uderzyły wówczas na siedzibę Ludwika XVI. Król wraz z rodziną opuścił pałac i schronił się w siedzibie Zgromadzenia Prawodawczego, ale jego szwajcarska gwardia pozostała na stanowiskach. Otrzymała rozkaz zaprzestania walki zbyt późno, gdy zorganizowany odwrót był już niemal niemożliwy. Setki gwardzistów zginęły w pałacu, ogrodach i na ulicach Paryża. Pomnik upamiętnia zatem nie zwycięstwo, lecz dochowanie przysięgi w chwili, gdy jej polityczny sens właściwie przestał istnieć.
Mark Twain nazwał Löwendenkmal „najsmutniejszym i najbardziej poruszającym kawałkiem kamienia na świecie”. Trudno znaleźć trafniejsze określenie. Lew nie ryczy, nie zrywa się do ostatniego skoku i nie domaga się zemsty. Umiera. W jego pysku nie ma jednak strachu. Jest zmęczenie, cierpienie i szczególny rodzaj spokoju właściwy istocie, która nie ocaliła życia, ponieważ istniało coś ważniejszego od życia. Twain dostrzegł w kamieniu nie triumf siły, lecz majestat klęski.
Stałem przed lwem dość długo. Wokół przesuwały się grupy turystów, a przewodnicy powtarzali historię gwardzistów w kilku językach. Szwajcaria jest pełna szkolnych wycieczek z Japonii. Młodzi Japończycy przemieszczają się pomiędzy lotniskami, autokarami, hotelami i punktami widokowymi z precyzją przypominającą dobrze przygotowaną operację sztabową. Fotografują ośnieżone szczyty, zegarki, jeziora i drewniane mosty, po czym ustawiają się parami i ruszają dalej pod opieką nauczycieli, którzy nieustannie przeliczają powierzony im oddział.
Jedna z takich grup zatrzymała się przed Pomnikiem Lwa. Uczniowie mieli podobne plecaki, jasne koszule i ten szczególny wyraz uprzejmego zainteresowania, jaki szkolna wycieczka przybiera w obliczu zabytku uznanego wcześniej przez program nauczania za ważny. Niektórzy jeszcze przed chwilą rozmawiali i spoglądali na telefony, ale nauczyciel ustawił ich półkolem nad stawem. Sam stanął naprzeciwko, mając za plecami kamiennego lwa.
Zaczął mówić po japońsku. Nie rozumiałem ani jednego słowa, lecz wydawało mi się, że wiem, o czym opowiada. Wskazał na tarczę z liliami Burbonów, później na włócznię tkwiącą w boku zwierzęcia, a następnie na łaciński napis wykuty ponad niszą. Jego głos nie miał tonu zwykłego przewodnika wymieniającego daty, nazwiska i liczbę poległych. Mówił spokojnie, coraz wolniej, jak człowiek tłumaczący młodzieży pojęcie, które we współczesnym języku właściwie przestało istnieć.
Być może mówił im o wierności. Być może wyjaśniał, że gwardziści mogli uciec, ale pozostali na posterunkach, ponieważ przysięga obowiązuje właśnie wtedy, gdy przestaje się opłacać. Może tłumaczył, że honor nie jest ozdobą zwycięstwa, lecz sposobem zachowania się podczas klęski. Nie znałem jego słów, ale pomnik podpowiadał ich sens. Umierający lew nie potrzebował tłumacza.
Patrząc na japońskich uczniów, przypomniałem sobie młodość Mishimy. Nie był wówczas atletą, wojownikiem ani ascetycznym wyznawcą samurajskiego kodeksu. Wychowywany przez dominującą i chorowitą babkę, długo pozostawał dzieckiem wątłym, odizolowanym od rówieśników i skierowanym ku książkom oraz fantazji. Dopiero jako dorosły mężczyzna zaczął budować ciało odpowiadające jego wyobrażeniu o wojowniku.
Kluczowe wydarzenie nastąpiło w lutym 1945 roku, kiedy dwudziestoletni Mishima został wezwany do wojska. Japonia prowadziła już wojnę bez realnej nadziei na zwycięstwo, a młodzi ludzie jego pokolenia byli wysyłani na front albo kierowani do jednostek samobójczych. Mishima przyjechał na komisję lekarską przeziębiony. Wojskowy lekarz uznał objawy za gruźlicę i stwierdził jego niezdolność do służby. Młody pisarz został odesłany do domu i nie sprostował wygodnej pomyłki. Później w „Wyznaniach maski” sugerował, że sam pomógł lekarzowi dojść do takiego wniosku, opowiadając o gorączce, nocnych potach i pluciu krwią.
Nie można z całkowitą pewnością stwierdzić, że od początku zaplanował symulowanie gruźlicy. Wiadomo jednak, że przyjął błędną diagnozę z ulgą, której następnie zaczął się wstydzić. Jego rówieśnicy trafiali na front, ginęli na wyspach Pacyfiku albo wsiadali do samolotów, z których nie przewidziano powrotu. Mishima pozostał przy życiu i nigdy sobie tego całkowicie nie wybaczył.
W tym momencie narodziło się coś, co można nazwać kompleksem kamikaze. Nie jest to diagnoza kliniczna, lecz klucz interpretacyjny do późniejszej biografii Mishimy. Przeżył, ponieważ w chwili próby pozwolił uznać się za chorego, podczas gdy jego rówieśnicy ginęli w przegranej wojnie. Początkowa ulga została z czasem przekształcona w poczucie egzystencjalnego długu. Mishima nie tyle żałował, że nie zginął za cesarza w 1945 roku, ile nie mógł znieść myśli, że jego późniejsze życie może nigdy nie dostarczyć mu śmierci wystarczająco pięknej, aby usprawiedliwić tamto ocalenie.
Przeżył kapitulację Japonii, amerykańską okupację, wyrzeczenie się boskości przez cesarza Hirohito i przyjęcie pacyfistycznej konstytucji. Patrzył, jak kraj, który jeszcze niedawno żądał od młodzieży bezwarunkowej ofiary, zamienia się w nowoczesne społeczeństwo przemysłowe. Dla większości był to powrót do normalności. Dla Mishimy oznaczało to duchową katastrofę, ponieważ historia odebrała mu scenę, na której mógłby dowieść własnej odwagi.
Jego późniejszy nacjonalizm zawierał zatem osobliwą domieszkę biograficznej kompensacji. Mishima wielbił odwagę kamikaze, choć sam uniknął służby. Wzywał do odzyskania wojskowego ducha, choć nigdy nie uczestniczył w walce. Budował ciało żołnierza dopiero wtedy, gdy rzeczywista wojna należała już do przeszłości. Z każdym rokiem coraz bardziej przypominał człowieka, który spóźnił się na pociąg, a następnie postanowił zbudować własną stację, własny parowóz i własny rozkład jazdy, aby udowodnić, że to historia odjechała w niewłaściwym kierunku.
Najbardziej groteskowym rezultatem tej przemiany było utworzone w 1968 roku Tatenokai, czyli Bractwo Tarczy. Mishima zebrał około stu młodych nacjonalistów, przeważnie studentów, ubrał ich w zaprojektowane przez siebie mundury i rozpoczął szkolenie. Organizacja miała bronić cesarza, tradycyjnej japońskiej kultury i państwa przed komunizmem oraz rewolucją. Mishima finansował ją z własnych honorariów, prowadził ćwiczenia fizyczne i korzystał z możliwości szkolenia członków bractwa u boku Sił Samoobrony. Sam wcześniej odbył kilkutygodniowe przeszkolenie wojskowe.
Bractwo Tarczy było armią w miniaturze, prywatnym wojskiem pisarza, który nigdy nie dowodził prawdziwym oddziałem. Nie posiadało zaplecza politycznego, programu zdobycia władzy ani szerszego poparcia społecznego. Jeden z najwybitniejszych pisarzy Japonii stworzył prywatną armię liczącą tylu ludzi, ilu przeciętny dowódca kompanii miał pod sobą przed śniadaniem. Jej członkowie maszerowali, składali przysięgi i przygotowywali się do obrony cesarza, który ani takiej obrony nie potrzebował, ani o nią nie prosił.
Mishima nie zbudował partii i nie próbował cierpliwie przekonywać Japończyków do zmiany konstytucji. Polityka interesowała go przede wszystkim jako teatr, w którym słowo mogło ponownie połączyć się z czynem, a ciało pisarza zostać wystawione na ostateczną próbę. Bractwo Tarczy nie przypominało narzędzia służącego do przejęcia państwa. Przypominało chór przygotowany do ostatniego aktu tragedii, której zakończenie autor znał wcześniej niż pozostali wykonawcy.
Rankiem 25 listopada 1970 roku Mishima wysłał wydawcy ostatnią część „Morza płodności”. Następnie wraz z czterema członkami Bractwa Tarczy udał się do tokijskiej siedziby Wschodniego Dowództwa Sił Samoobrony w Ichigaya. Grupa dostała się do gabinetu generała Kanetoshiego Mashity pod pretekstem umówionej wizyty. Po krótkiej rozmowie przybysze obezwładnili dowódcę, przywiązali go do krzesła i zabarykadowali drzwi. Mishima zażądał zgromadzenia żołnierzy, którym zamierzał przedstawić wezwanie do działania.
Na balkonie pojawił się w mundurze Bractwa Tarczy i z opaską na czole. Wzywał żołnierzy, aby odrzucili pacyfistyczną konstytucję, przywrócili znaczenie cesarzowi i ocalili narodowego ducha. Spodziewał się chwili, w której jego słowa przebiją się przez powojenną apatię i przemienią zawodowych wojskowych w spadkobierców samurajów. Zamiast tego usłyszał gwizdy, śmiech i obelgi. Część przemówienia zagłuszał helikopter. Żołnierze nie zamierzali dokonywać zamachu stanu na wezwanie powieściopisarza w mundurze prywatnej organizacji.
Trudno przypuszczać, aby Mishima naprawdę wierzył, że kilkuminutowe przemówienie doprowadzi do wojskowego przewrotu. Bractwo Tarczy nie opanowało środków łączności, budynków rządowych, lotnisk ani rozgłośni. Nie istniał plan przejęcia władzy ani grupa generałów gotowych poprzeć bunt. Większość członków organizacji nie została nawet poinformowana o zamiarze przywódcy. Był to zamach stanu pozbawiony niemal wszystkich elementów zamachu stanu, za to doskonale przygotowany jako scena samobójstwa. Historia nie pozwoliła Mishimie zostać kamikaze w 1945 roku, więc dwadzieścia pięć lat później sam wyreżyserował własną wojnę.
Po zakończeniu przemówienia wrócił do gabinetu generała. Uklęknął, odsłonił brzuch i wbił w niego krótkie ostrze. Na Zachodzie taki czyn nazywa się zazwyczaj harakiri, lecz określenie seppuku lepiej oddaje jego rytualny charakter. W dawnej Japonii mogło ono oznaczać zarówno dobrowolną śmierć samuraja, jak i szczególną formę wykonania wyroku. Skazany nie ginął jak pospolity przestępca, lecz sam zadawał sobie ranę w brzuch, demonstrując panowanie nad strachem i własnym ciałem. Towarzyszący mu kaishakunin miał następnie skrócić cierpienie uderzeniem miecza.
Seppuku nie było więc zawsze aktem całkowicie wolnego wyboru ani romantycznym gestem oderwanym od przemocy. Mogło być honorową egzekucją, której nadawano rytualną formę odpowiadającą pozycji społecznej samuraja. Mishima nie był jednak skazańcem ani wojownikiem pokonanym przez przeciwnika. Sam wystąpił jako sędzia, skazany i autor ceremoniału. Wydał wyrok na człowieka, który przeżył rok 1945 i nigdy sobie tego nie wybaczył.
Towarzyszący mu Masakatsu Morita miał ściąć mu głowę. Nie zdołał jednak prawidłowo wykonać zadania mimo kilku uderzeń. Dopiero Hiroyasu Koga zakończył agonię Mishimy, po czym ściął również Moritę. Rytuał, który pisarz przez lata oczyszczał w wyobraźni z przypadkowości i fizjologii, zakończył się chaosem, bólem i nieudolnością. Rzeczywiste ciało po raz ostatni odmówiło podporządkowania się literackiej formie.
W śmierci Mishimy spotkały się wszystkie sprzeczności jego życia. Człowiek, który w 1945 roku uniknął wojska, zginął ćwierć wieku później w koszarach. Pisarz gardzący powojennym teatrem pozorów urządził najbardziej teatralny polityczny spektakl współczesnej Japonii. Obrońca cesarza poświęcił życie w sprawie, której sam cesarz nie popierał. Przeciwnik nowoczesności stał się jedną z pierwszych globalnych ikon medialnych, a fotografie jego ostatniego wystąpienia obiegły świat szybciej niż polityczne manifesty.
Nie oznacza to, że Mishima był jedynie błaznem w mundurze. Jego twórczość zachowała wielkość, ponieważ wyrastała z autentycznego konfliktu między słowem a czynem, pięknem a przemijaniem, ciałem a wyobraźnią. Politycznie pozostawał jednak człowiekiem niezdolnym zaakceptować, że naród może wybrać spokojne życie zamiast pięknej śmierci. Japonia odpowiedziała na klęskę wojenną pracą, modernizacją i bogaceniem się. Mishima odpowiedział na nią mieczem, mundurem i starannie wyreżyserowanym samounicestwieniem.
Jego ostatni gest nie był rzeczywistą próbą zdobycia władzy, lecz egzekucją wykonaną na samym sobie. Zamach stanu stanowił dekorację potrzebną do tego, aby prywatna śmierć mogła zostać przedstawiona jako wydarzenie historyczne. Japonia nie poszła za Mishimą. Popatrzyła na jego ciało, po czym wróciła do pracy.
Japoński nauczyciel stojący przed Lwem Lucerneńskim zakończył przemowę. Przez chwilę wszyscy uczniowie pozostawali nieruchomi. Później ustawili się równiej, opuścili ręce wzdłuż ciała i wykonali głęboki ukłon w stronę umierającego lwa. Nie wobec nauczyciela, nie wobec przewodnika i nie wobec kamery. Ukłonili się kamiennemu zwierzęciu osłaniającemu tarczę dynastii, której już nie ma, i żołnierzom poległym w obronie króla, który nie potrafił ich ocalić.
Być może był to tylko element szkolnego ceremoniału. Być może nauczyciel polecił uczniom oddać szacunek poległym, tak jak wykonuje się ustalony punkt programu wycieczki. Jednak w tej jednej chwili nowoczesna Japonia, Japonia mangi, smartfonów, starzejącego się społeczeństwa i coraz mniejszej liczby dzieci, przypomniała sobie język wierności. Uczniowie nie musieli pragnąć wojny ani podzielać politycznych obsesji Mishimy. Wystarczyło, że zrozumieli różnicę pomiędzy śmiercią przypadkową a ofiarą, pomiędzy przegraną a hańbą oraz pomiędzy życiem zachowanym za wszelką cenę a życiem podporządkowanym zobowiązaniu.
Mishima przegrał politycznie, ponieważ jego zamach stanu od początku był groteską. Przegrał historycznie, ponieważ Japonia wybrała drogę, której nienawidził. Przegrał również osobiście, gdyż śmierć mająca stać się doskonałym dziełem sztuki okazała się chaotyczna i przerażająco fizyczna. Mógł jednak zwyciężyć w jednym, znacznie skromniejszym znaczeniu. Słowa o honorze, wierności i zobowiązaniu nie zniknęły całkowicie pod warstwą dobrobytu, elektroniki oraz masowej rozrywki. Przetrwały jako odruch, którego nie trzeba już wyjaśniać, kiedy człowiek staje przed czyjąś ofiarą.
Patrzyłem, jak uczniowie prostują się po ukłonie. I wtedy zrozumiałem, że Mishima wygrał.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz