Start rakiety Saturn V z misją Apollo 11 z kompleksu startowego 39A w Centrum Kosmicznym im. Kennedy’ego, 16 lipca 1969 roku. Rakieta, której głównym architektem był Wernher von Braun, wyniosła pierwszą załogową wyprawę zakończoną lądowaniem na Księżycu. Fot. NASA, numer KSC-69PC-442. Źródło: NASA/Wikimedia Commons. Domena publiczna – PD-USGov-NASA.
Film dokumentalny poświęcony Antoniemu Kocjanowi przypomina postać, która powinna należeć do powszechnie znanego panteonu polskiej historii, a jednak pozostaje bohaterem rozpoznawanym przede wszystkim przez miłośników lotnictwa, badaczy Armii Krajowej i mieszkańców ziemi olkuskiej. Twórcy filmu słusznie poświęcili sporo miejsca Wernherowi von Braunowi, ponieważ bez niego nie można w pełni zrozumieć wojennych dokonań Kocjana. Obaj byli konstruktorami, pilotami i ludźmi zafascynowanymi możliwością oderwania człowieka od ziemi. Obaj przyszli na świat na terenach dzisiejszej Polski, chociaż dzieliło ich pochodzenie społeczne, narodowość oraz dziesięć lat różnicy wieku. Podczas drugiej wojny światowej znaleźli się po przeciwnych stronach niewidzialnego frontu. Von Braun budował rakietę V-2, Kocjan zaś należał do ludzi, którzy wydarli Niemcom jej tajemnicę.
Najprawdopodobniej nigdy się nie spotkali. Nie ma nawet pewności, czy von Braun kiedykolwiek usłyszał nazwisko polskiego konstruktora. Nie byli antagonistami w sensie osobistym, nie prowadzili pojedynku podobnego do rywalizacji dwóch dowódców znających swoje nazwiska i analizujących wzajemnie posunięcia. Ich konflikt miał charakter historyczny. Jeden tworzył broń, która miała odmienić przebieg wojny, drugi organizował rozpoznanie pozwalające aliantom zrozumieć jej konstrukcję i przygotować obronę. Von Braun dysponował ośrodkiem w Peenemünde, pieniędzmi niemieckiego państwa, zespołem wybitnych specjalistów i ochroną aparatu bezpieczeństwa. Kocjan miał doświadczenie konstruktora szybowców, konspiracyjną siatkę wywiadowczą oraz ludzi, którzy ryzykowali życiem, zbierając fragmenty niemieckich pocisków. Była to walka tak nierówna, że aż trudno uwierzyć, iż polskie podziemie mogło ją podjąć.
Antoni Kocjan urodził się 12 sierpnia 1902 roku we wsi Skalskie koło Olkusza. Był synem Michała i Franciszki z domu Żurawskiej, pochodził z rodziny chłopskiejiej i nie miał za sobą środowiska, które mogło automatycznie otworzyć mu drogę do kariery technicznej. Po ukończeniu gimnazjum w Olkuszu wyjechał do Warszawy. Studiował na Politechnice Warszawskiej, interesował się elektrotechniką i lotnictwem, a następnie związał się ze środowiskiem konstruktorów skupionych wokół zespołu RWD. Nie ukończył studiów z dyplomem, lecz brak formalnego tytułu nie przeszkodził mu stać się jednym z najwybitniejszych polskich konstruktorów szybowcowych.
W 1929 roku Kocjan ukończył kurs pilotażu, a rok później zajął drugie miejsce w Krajowych Zawodach Młodych Pilotów. Nie był więc konstruktorem poznającym lot wyłącznie za pośrednictwem rysunków technicznych i obliczeń. Sam siadał za sterami, odczuwał zachowanie maszyny w powietrzu i rozumiał różnicę pomiędzy projektem istniejącym na papierze a samolotem lub szybowcem reagującym na podmuch wiatru. Ta bezpośrednia znajomość lotu miała znaczenie dla jego konstrukcji. Kocjan nie szukał rozwiązań widowiskowych. Budował maszyny lekkie, praktyczne i możliwe do wykorzystania w warunkach niezbyt zamożnego państwa, które dopiero tworzyło własne tradycje lotnicze.
Jego dorobek obejmował między innymi szybowce „Czajka”, „Wrona”, „Komar”, „Sroka”, „Mewa” oraz najbardziej znanego „Orlika”. Niektóre z tych konstrukcji budowano w długich seriach i wykorzystywano w szkoleniu polskich pilotów szybowcowych. Kocjan zakładał własne warsztaty, organizował produkcję i łączył pracę konstruktora z działalnością przedsiębiorcy. „Orlik”, oblatany w 1937 roku, należał do najbardziej udanych polskich szybowców wyczynowych. Jego zmodyfikowany egzemplarz trafił do Stanów Zjednoczonych, gdzie po wojnie ustanawiano na nim rekordy szybowcowe. Była to maszyna elegancka, lekka i pozbawiona agresji. Miała wykorzystywać prądy powietrzne, a nie przenosić materiał wybuchowy.
Wernher von Braun urodził się 23 marca 1912 roku w Wirsitz, czyli dzisiejszym Wyrzysku. Pochodził z arystokratycznej rodziny. Jego ojciec, Magnus von Braun, pełnił w Republice Weimarskiej funkcję ministra rolnictwa. Przyszły konstruktor rakiet dorastał więc w świecie zupełnie innym niż wiejska rzeczywistość Kocjana. Otrzymał staranne wykształcenie, a zainteresowanie astronomią i podróżami kosmicznymi rozwijał bez ograniczeń wynikających z biedy czy braku rodzinnych kontaktów. Fascynowały go powieści fantastyczne, wizje lotów międzyplanetarnych oraz doświadczenia Hermanna Obertha, jednego z pionierów techniki rakietowej.
Von Braun również nauczył się pilotować i w 1933 roku uzyskał licencję pilota, ale jego prawdziwym żywiołem od początku pozostawały rakiety. Wstąpił do Verein für Raumschiffahrt, czyli Towarzystwa Podróży Kosmicznych, którego członkowie eksperymentowali z silnikami na paliwo ciekłe. Ich marzenia zwróciły uwagę Reichswehry. Niemieckie wojsko, ograniczone postanowieniami traktatu wersalskiego, poszukiwało nowych rodzajów uzbrojenia, których traktat nie wymieniał wprost. Rakieta dalekiego zasięgu wydawała się rozwiązaniem idealnym. Techniczne marzenie o locie ku gwiazdom zaczęło otrzymywać wojskowe pieniądze, poligony, laboratoria i ochronę tajemnicy państwowej.
W 1932 roku von Braun rozpoczął pracę dla niemieckiego wojska. Dwa lata później uzyskał doktorat z fizyki, choć pełny tekst jego rozprawy został utajniony ze względu na znaczenie prowadzonych badań. W 1937 roku został dyrektorem technicznym nowego ośrodka rakietowego w Peenemünde na wyspie Uznam. W tym samym roku wstąpił do NSDAP, a w 1940 roku znalazł się również w SS, uzyskując ostatecznie stopień Sturmbannführera. Później przedstawiał swoje członkostwo jako formalność narzuconą mu przez system. Nie był fanatycznym ideologiem na podobieństwo Himmlera czy Goebbelsa. Był jednak człowiekiem, który przyjmował kolejne zaszczyty i stanowiska od reżimu, ponieważ reżim zapewniał mu środki potrzebne do budowania rakiet.
Rok 1937 stanowi symboliczny moment, w którym życiorysy obu konstruktorów znalazły się najbliżej siebie, zanim wojna uczyniła z nich antagonistów. Kocjan stworzył wówczas „Orlika”, jedną z najwybitniejszych polskich konstrukcji szybowcowych. Von Braun obejmował kierownictwo techniczne Peenemünde. Pierwszy budował maszynę, która miała utrzymywać się w powietrzu dzięki wiedzy pilota i siłom natury. Drugi rozpoczął pracę nad pociskiem, który miał przekraczać granice atmosfery, aby następnie spaść na odległe miasto. Obaj osiągali zawodową dojrzałość, lecz skala udostępnionych im środków była nieporównywalna. Za Kocjanem stała odradzająca się polska kultura lotnicza, za von Braunem zaś państwo przygotowujące się do wojny o panowanie nad Europą.
We wrześniu 1939 roku historia zmieniła znaczenie ich pracy. Niemcy napadły na Polskę, a cywilne warsztaty i laboratoria stały się częścią wojennej rzeczywistości. Kocjan włączył się do konspiracji. Jego wiedza techniczna, znajomość środowiska lotniczego oraz rozległe kontakty były dla podziemia bezcenne. Von Braun tymczasem kontynuował w Peenemünde badania nad rakietą oznaczoną jako A-4. Wojna nie przerwała jego kariery, lecz nadała jej ogromne przyspieszenie. Każdy kolejny sukces konstrukcyjny zwiększał jego wartość w oczach władz III Rzeszy.
Kocjan został aresztowany przez Niemców we wrześniu 1940 roku i trafił do obozu Auschwitz. Przetrwał tam prawie rok. Został zwolniony w 1941 roku, prawdopodobnie dzięki staraniom rodziny, przyjaciół i wykorzystaniu korupcji niemieckiego aparatu obozowego. Sam fakt zwolnienia więźnia z Auschwitz nie był w pierwszym okresie istnienia obozu czymś niemożliwym, choć z biegiem czasu stawał się coraz rzadszy. Kocjan wrócił do Warszawy i niemal natychmiast ponownie zaangażował się w konspirację. Pobyt w obozie nie skłonił go do wycofania się z walki. Przeciwnie, człowiek, który poznał niemiecki system terroru od środka, podjął zadanie wymagające codziennego ryzyka ponownego aresztowania.
W podziemiu Kocjan stanął na czele Referatu Lotniczego Wydziału Wywiadu Ofensywnego Komendy Głównej Armii Krajowej. Jego siatka gromadziła informacje o niemieckich lotniskach, zakładach przemysłowych, nowych typach samolotów oraz prowadzonych badaniach. Nie wystarczało zdobyć wiadomość. Należało jeszcze ocenić jej wiarygodność, porównać ją z innymi doniesieniami, uporządkować technicznie i przesłać do Londynu. Kocjan posiadał do tego szczególne kwalifikacje. Rozumiał język konstruktorów i potrafił odróżnić fantastyczną pogłoskę od informacji wskazującej na rzeczywisty program zbrojeniowy.
W tym samym czasie zespół von Brauna zbliżał się do przełomu. 3 października 1942 roku rakieta A-4 odbyła pierwszy w pełni udany lot. Wzniosła się na wysokość ponad osiemdziesięciu kilometrów i pokonała odległość około dwustu kilometrów. Technicznie był to moment narodzin nowej epoki. Po raz pierwszy skonstruowany przez człowieka obiekt osiągnął granicę przestrzeni kosmicznej. Wojskowi widzieli jednak nie początek podróży międzyplanetarnych, lecz broń zdolną uderzyć w miasto bez ostrzeżenia i bez możliwości przechwycenia przez ówczesne lotnictwo.
Sukces A-4 był zarazem sukcesem von Brauna i początkiem jego moralnej klęski. Konstruktor lubił później przedstawiać rakietę wojskową jako niechciany etap na drodze do podboju kosmosu. Problem polega na tym, że bez niemieckiego wojska, nazistowskiego państwa i wojennej mobilizacji nie otrzymałby środków pozwalających zbudować tak zaawansowaną konstrukcję. Nie był jedynie więźniem reżimu zmuszonym do wykonywania rozkazów. Korzystał z możliwości, które reżim przed nim otworzył, a dystans wobec narodowosocjalistycznej ideologii nie przeszkadzał mu pozostawać członkiem partii i oficerem SS.
Informacje o niemieckich próbach z tajemniczą bronią docierały tymczasem do polskiego podziemia. Meldunki mówiły o niezwykłych konstrukcjach, eksperymentach, wybuchach oraz ośrodku znajdującym się na wyspie Uznam. Wywiad Armii Krajowej uczestniczył w rozpoznaniu Peenemünde, a Kocjan należał do ludzi potrafiących właściwie ocenić znaczenie zdobytych wiadomości. Raporty przesyłano do Londynu, gdzie zestawiano je z brytyjskim rozpoznaniem fotograficznym oraz informacjami pochodzącymi z innych źródeł.
Nie należy tworzyć legendy, według której jeden polski konstruktor samodzielnie odkrył Peenemünde i przekonał niedowierzających Brytyjczyków do przeprowadzenia nalotu. Rozpoznanie niemieckiego programu rakietowego było wspólnym osiągnięciem wielu ludzi i instytucji. Brytyjczycy dysponowali fotografiami lotniczymi, informacjami pochodzącymi od robotników przymusowych i meldunkami różnych siatek wywiadowczych. Polski wkład należał jednak do najważniejszych, ponieważ okupowane ziemie polskie stały się zarówno miejscem obserwacji niemieckich przygotowań, jak i późniejszych prób pocisków.
W nocy z 17 na 18 sierpnia 1943 roku niemal sześćset ciężkich bombowców RAF przeprowadziło operację „Hydra”. Celem nalotu był ośrodek w Peenemünde. Brytyjczycy chcieli zniszczyć laboratoria, stanowiska doświadczalne, hale produkcyjne oraz zabić lub rozproszyć niemieckich specjalistów. Nalot nie zakończył programu V-2, ale spowodował straty, zakłócił prace i przyczynił się do decyzji o przeniesieniu produkcji rakiet pod ziemię. Był to pierwszy wyraźny moment, w którym działalność wywiadowcza Kocjana uderzyła w przedsięwzięcie kierowane przez von Brauna.
Przeniesienie produkcji do podziemnych zakładów Mittelwerk w pobliżu Nordhausen otworzyło najbardziej ponury rozdział historii V-2. Do drążenia tuneli, przenoszenia urządzeń i montowania rakiet wykorzystywano więźniów obozu koncentracyjnego Mittelbau-Dora. Pracowali w głodzie, chłodzie, wilgoci i pyle, początkowo śpiąc bezpośrednio w tunelach. Umierali wskutek chorób, wycieńczenia, wypadków oraz egzekucji przeprowadzanych pod zarzutem sabotażu. Broń przedstawiana jako cud niemieckiej techniki powstawała w warunkach, które były zaprzeczeniem cywilizacji technicznej.
Osobista odpowiedzialność von Brauna za zbrodnie popełniane w Mittelbau-Dora pozostaje przedmiotem dyskusji. Nie kierował obozem, nie dowodził strażnikami i nie stworzył systemu pracy niewolniczej. Za organizację produkcji oraz terror odpowiadali przede wszystkim SS, Hans Kammler i zarząd Mittelwerku. Von Braun odwiedzał jednak podziemne zakłady i widział więźniów. Wiedział, w jakich warunkach powstawały rakiety jego zespołu. Nie zrezygnował, nie zaprotestował w sposób zagrażający programowi i nie odrzucił korzyści wynikających z wykorzystania niewolniczej siły roboczej. Jego odpowiedzialność nie polegała na osobistym znęcaniu się nad więźniami, lecz na dalszym uczestnictwie w przedsięwzięciu, którego zbrodniczego zaplecza nie mógł nie dostrzegać.
W tym miejscu paralela z Kocjanem staje się szczególnie mocna. Jeden z konstruktorów przeszedł przez Auschwitz i po zwolnieniu podjął walkę z państwem obozów koncentracyjnych. Drugi pracował nad bronią produkowaną przez więźniów obozu Dora. Nie oznacza to, że każdy technik pracujący w Peenemünde był zbrodniarzem ani że Kocjan kierował się wyłącznie świadomością losu więźniów zatrudnionych przy rakietach. Historia obu ludzi układa się jednak w symboliczną opozycję. Pierwszy wiedział, czym jest obóz, ponieważ sam nosił pasiak. Drugi wiedział o obozowej pracy, ponieważ korzystał z jej rezultatów.
Po nalocie na Peenemünde część prób z bronią V przeniesiono na poligon w Bliźnie koło Dębicy. Dla Niemców okupowana Polska miała być obszarem bezpiecznym, oddalonym od brytyjskich lotnisk i wystarczająco silnie kontrolowanym przez aparat terroru. W rzeczywistości przeniesienie prób na ziemie polskie było poważnym błędem. Wokół poligonu działały struktury Armii Krajowej, miejscowa ludność obserwowała loty, a szczątki pocisków trafiały w ręce wywiadu. To, co w Peenemünde można było ukryć za drutem, zasłoną tajemnicy i wodami Bałtyku, na polskiej ziemi zostało otoczone przez oczy ludzi nienawidzących okupanta.
Kocjan kierował analizą zdobywanych informacji i części pocisków. Polacy obserwowali tor lotu rakiet, badali odnajdywane fragmenty, fotografowali je i próbowali odtworzyć zasady działania niemieckiej broni. Przełom nastąpił w maju 1944 roku, kiedy jedna z rakiet V-2 spadła na podmokły teren nad Bugiem w pobliżu wsi Sarnaki i nie eksplodowała. Mieszkańcy oraz żołnierze podziemia zdołali ukryć ją przed niemieckimi patrolami. Pocisk został następnie rozmontowany, a najważniejsze elementy przewieziono do Warszawy i poddano badaniom specjalistów.
Wokół tego wydarzenia powstało wiele uproszczonych opowieści, w których wszystkie czynności przypisuje się Kocjanowi. W rzeczywistości operacja była dziełem rozbudowanej sieci. Uczestniczyli w niej miejscowi konspiratorzy, osoby zabezpieczające teren, kierowcy, łącznicy oraz naukowcy analizujący mechanizmy rakiety. Kocjan odegrał zasadniczą rolę jako kierownik wywiadu lotniczego i człowiek koordynujący rozpoznanie niemieckiej broni. Jego wielkość nie wymaga jednak dopisywania mu osobistego wykonania każdej czynności.
2 czerwca 1944 roku Kocjan został ponownie aresztowany wraz z żoną Elżbietą. Trafił na Pawiak i był przesłuchiwany przez Gestapo. Niemcy nie zdołali w pełni ustalić jego roli w rozpracowaniu broni V, ale samo podejrzenie działalności konspiracyjnej oznaczało śmiertelne niebezpieczeństwo. Kocjan milczał. W chwili, gdy elementy rakiety przygotowywano do przewiezienia na Zachód, człowiek, który organizował ich zdobycie i analizę, znajdował się już w niemieckim więzieniu.
W nocy z 25 na 26 lipca 1944 roku brytyjski samolot Dakota wylądował na konspiracyjnym lądowisku „Motyl” w pobliżu Tarnowa. W ramach operacji „Most III” zabrał do Wielkiej Brytanii części rakiety V-2, dokumentację oraz raporty polskich specjalistów. Operacja była jednym z najbardziej niezwykłych przedsięwzięć logistycznych Polskiego Państwa Podziemnego. Samolot przybył z Włoch, wylądował na polu przygotowanym pod nosem niemieckiego okupanta, odebrał ludzi i materiały wywiadowcze, a następnie wystartował po dramatycznych problemach z podwoziem grzęznącym w wilgotnej ziemi.
Kocjan nie uczestniczył osobiście w końcowej fazie operacji, ponieważ pozostawał uwięziony. Bez stworzonego przez niego systemu rozpoznania, bez technicznej wiedzy pozwalającej ocenić wartość zdobytych elementów i bez wcześniejszego kierowania działaniami polskiego wywiadu lotniczego „Most III” nie miałby jednak takiego znaczenia. Brytyjczycy otrzymali nie tylko fragmenty tajemniczej broni, lecz również materiał umożliwiający zrozumienie jej konstrukcji, systemu kierowania i rzeczywistych możliwości.
13 sierpnia 1944 roku Antoni Kocjan został rozstrzelany przez Niemców w ruinach getta warszawskiego wraz z grupą innych więźniów Pawiaka. Miał czterdzieści dwa lata. Jego ciała nie odnaleziono, a miejsce pochówku pozostaje nieznane. Zginął w chwili, gdy trwało Powstanie Warszawskie, a stolica zamieniała się w pole masowych egzekucji. Człowiek, który pomógł ujawnić tajemnicę jednej z najbardziej zaawansowanych broni w dziejach, został zamordowany bez sądu i pogrzebany bezimiennie.
Von Braun również został w 1944 roku aresztowany przez Gestapo, lecz podobieństwo sytuacji obu konstruktorów jest tylko pozorne. Zarzucano mu defetyzm, przedkładanie marzeń o lotach kosmicznych nad cele wojenne i zamiar ucieczki. Był jednak zbyt cenny, aby państwo Hitlera mogło go zniszczyć. Walter Dornberger oraz Albert Speer interweniowali w jego sprawie, przekonując władze, że bez niego program rakietowy poniesie straty. Von Braun został zwolniony i wrócił do pracy. Kocjana torturowano i rozstrzelano, ponieważ jego wiedza zagrażała Rzeszy. Von Brauna ocalono, ponieważ jego wiedza była Rzeszy potrzebna.
We wrześniu 1944 roku Niemcy rozpoczęli ostrzeliwanie Londynu i innych miast rakietami V-2. Pocisk spadał z prędkością przekraczającą prędkość dźwięku, dlatego eksplozji nie poprzedzał odgłos nadlatującej broni. Ostrzeżenie następowało dopiero po wybuchu. Militarne znaczenie V-2 okazało się jednak znacznie mniejsze, niż oczekiwał Hitler. Rakiety były drogie, niezbyt celne i przenosiły stosunkowo niewielki ładunek wybuchowy w porównaniu z bombowcem. Nie mogły odmienić przebiegu wojny. Zabijały cywilów i niszczyły domy, ale nie zdołały sparaliżować brytyjskiej gospodarki ani złamać morale społeczeństwa.
Program V-2 pochłonął więcej ofiar wśród więźniów produkujących rakiety niż wśród mieszkańców miast, na które je wystrzeliwano. W tym paradoksie zawiera się najpełniejsza ocena „cudownej broni” Hitlera. Technicznie była przełomem, militarnie pozostała kosztownym narzędziem terroru, moralnie zaś stanowiła produkt systemu, który zużywał ludzi równie bezwzględnie jak paliwo rakietowe.
Wiosną 1945 roku von Braun wiedział już, że III Rzesza przegrała wojnę. Nie zamierzał ginąć wraz z reżimem, któremu służył. Zgromadził najbliższych współpracowników i zadbał o ukrycie dokumentacji technicznej. Jego zespół poddał się Amerykanom, którzy doskonale rozumieli wartość niemieckich specjalistów. Rozpoczynająca się rywalizacja ze Związkiem Sowieckim sprawiła, że pytania o polityczną przeszłość konstruktorów i warunki produkcji V-2 zeszły na dalszy plan. W ramach operacji „Paperclip” von Braun i grupa jego współpracowników zostali przewiezieni do Stanów Zjednoczonych.
Amerykanie nie zabrali wyłącznie człowieka. Przejęli niemieckie rakiety, dokumentację, urządzenia oraz znaczną część zespołu, który zdobył doświadczenie niemożliwe do odtworzenia w krótkim czasie. Związek Sowiecki uczynił to samo z naukowcami i zakładami znajdującymi się w jego strefie okupacyjnej. Rozpoczął się nowy etap historii rakiety. Konstrukcja zrodzona jako broń III Rzeszy stała się punktem wyjścia zarówno dla pocisków balistycznych okresu zimnej wojny, jak i dla pojazdów wynoszących satelity oraz ludzi w przestrzeń kosmiczną.
Von Braun rozpoczął pracę dla armii amerykańskiej. Jego zespół budował rakiety Redstone i Jupiter, a zmodyfikowana rakieta Jupiter-C wyniosła w 1958 roku na orbitę Explorera 1, pierwszego amerykańskiego sztucznego satelitę Ziemi. Niemiecki konstruktor przestał być przedstawiany jako twórca broni Hitlera. Stał się popularnym rzecznikiem podróży kosmicznych, autorem artykułów i uczestnikiem programów telewizyjnych Walta Disneya. W amerykańskiej kulturze lat pięćdziesiątych pojawiał się jako człowiek przyszłości, tłumaczący milionom widzów, że wyprawa na Księżyc nie jest fantazją.
Ta przemiana wymagała starannego oczyszczenia biografii. Członkostwo w NSDAP przedstawiano jako formalność, stopień oficera SS jako pusty zaszczyt, a pracę więźniów przy produkcji V-2 spychano na margines. Von Braun chętnie opowiadał o aresztowaniu przez Gestapo, ponieważ pozwalało mu ono występować niemal w roli ofiary nazizmu. Nie wspominał równie chętnie, że został szybko zwolniony i wrócił do programu zbrojeniowego. Ameryka potrzebowała jego wiedzy, a człowiek potrzebny zwycięskiemu mocarstwu otrzymywał przywilej poprawienia własnej przeszłości.
Kocjan nie miał podobnej możliwości. Nie przeżył, nie napisał wspomnień i nie mógł zabiegać o miejsce w historii. Polska, która wyłoniła się z wojny, znalazła się pod dominacją sowiecką. Pamięć o Armii Krajowej była niewygodna politycznie, a osiągnięcia jej wywiadu umniejszano lub pomijano. Nazwisko konstruktora pojawiało się w specjalistycznych publikacjach, ale nie zyskało międzynarodowej rozpoznawalności. Jego szybowce przetrwały dłużej niż pamięć o ich twórcy.
W 1960 roku zespół von Brauna został przeniesiony do nowo utworzonej NASA, a on sam objął stanowisko dyrektora Marshall Space Flight Center w Huntsville. Otrzymał zadanie, o którym marzył od młodości: miał zbudować rakietę zdolną wynieść człowieka ku Księżycowi. Saturn V nie był oczywiście jednoosobowym dziełem von Brauna. Powstał dzięki pracy tysięcy inżynierów, techników, naukowców i pracowników amerykańskich przedsiębiorstw. Wykorzystywał technologie opracowywane przez wiele zespołów, a niektóre ważne rozwiązania, w tym zastosowanie ciekłego wodoru w górnych stopniach, zostały przyjęte mimo początkowych oporów grupy von Brauna. Pozostawał on jednak głównym architektem rakiety oraz człowiekiem potrafiącym połączyć wielkie zespoły w jeden sprawnie działający program.
Saturn V był konstrukcją nieporównywalnie potężniejszą od V-2. Mierzył ponad sto metrów wysokości, składał się z trzech stopni i wytwarzał przy starcie ciąg pozwalający wynieść statek Apollo poza orbitę ziemską. Techniczna genealogia łącząca obie rakiety nie polegała na prostym powiększeniu wojennego pocisku. Pomiędzy V-2 a Saturnem V znajdowało się ponad dwadzieścia lat badań, nowych silników, paliw, materiałów, systemów sterowania i doświadczeń wielu amerykańskich instytucji. Pozostawała jednak ciągłość ludzi oraz wiedzy. Zespół, który w Peenemünde nauczył się budować duże rakiety na paliwo ciekłe, stał się jednym z fundamentów amerykańskiego programu kosmicznego.
16 lipca 1969 roku Saturn V wystartował z Centrum Kosmicznego imienia Kennedy’ego na Florydzie. Na jego szczycie znajdował się statek Apollo 11 z Neilem Armstrongiem, Edwinem „Buzzem” Aldrinem i Michaelem Collinsem. Cztery dni później Armstrong i Aldrin wylądowali na Księżycu. Transmisję oglądały setki milionów ludzi. Wydawało się, że ludzkość przekroczyła granicę oddzielającą historię od marzenia. Wśród ludzi świętujących sukces znajdował się Wernher von Braun.
Był to jego największy triumf. Marzenie chłopca z Wirsitz, eksperymentatora z berlińskiego towarzystwa rakietowego, dyrektora Peenemünde, oficera SS i amerykańskiego konstruktora spełniło się w blasku silników Saturna V. Świat zobaczył rakietę wznoszącą ludzi ku innemu ciału niebieskiemu. Znacznie mniej chętnie pamiętano, że wcześniejsza konstrukcja tego samego człowieka spadała na miasta, a jej seryjna produkcja odbywała się w tunelach wypełnionych ciałami więźniów.
Antoni Kocjan nie doczekał lądowania na Księżycu. Nie zobaczył nawet klęski III Rzeszy ani pierwszego bojowego użycia rakiety, której tajemnicę pomagał ujawnić. Gdy Armstrong stawiał stopę na powierzchni Księżyca, Kocjan od prawie dwudziestu pięciu lat spoczywał w nieznanym miejscu. Człowiek, który projektował szybowce i kierował rozpoznaniem niemieckiej broni rakietowej, nie miał grobu, przy którym można byłoby złożyć kwiaty.
Finał równoległych żywotów obu konstruktorów jest przez to bardziej gorzki niż prosta opowieść o triumfie nauki. Von Braun budował broń dla Hitlera, a następnie rakiety dla Amerykanów. Każdy system oferujący mu środki stawał się dla niego kolejnym etapem realizacji technicznego marzenia. Kocjan nie otrzymał wielkich laboratoriów ani ochrony potężnego państwa. Jego najważniejszym wojennym dziełem nie była nowa maszyna, lecz system ludzi, meldunków, fotografii i fragmentów metalu pozwalający rozbroić niemiecką tajemnicę.
Jeden z nich nauczył rakietę wznosić się ku granicy kosmosu. Drugi pomógł sprawić, aby przestała być niewidzialna. Von Braun osiągnął światową sławę, ponieważ przeżył, znalazł się po stronie zwycięskiego mocarstwa i okazał się potrzebny w nowej rywalizacji. Kocjan został zamordowany, a państwo, któremu służył, nie odzyskało po wojnie pełnej niepodległości. Historia nie nagradzała ich według miary odwagi ani moralnej odpowiedzialności. Nagradzała użyteczność.
Nie oznacza to, że von Braun był wyłącznie zbrodniarzem, którego późniejsze dokonania należy wykreślić, ani że Kocjan był pozbawioną słabości postacią z pomnika. Pierwszy rzeczywiście należał do najwybitniejszych organizatorów przedsięwzięć technicznych XX wieku i wniósł ogromny wkład w powodzenie programu Apollo. Drugi był żołnierzem prowadzącym realną wojnę wywiadowczą, a nie pacyfistą odrzucającym wszelkie militarne zastosowanie techniki. Zasadnicza różnica pomiędzy nimi dotyczyła jednak granicy, której konstruktor nie powinien przekraczać w imię własnego dzieła.
Von Braun uznał, że najważniejsze jest kontynuowanie pracy. Jeżeli środki dawała mu armia Republiki Weimarskiej, pracował dla niej. Jeżeli zapewniała je III Rzesza, wstąpił do partii i przyjął stopień SS. Kiedy zwyciężyli Amerykanie, oddał im wiedzę oraz zespół i stał się jednym z symboli NASA. Był wierny przede wszystkim rakiecie. Kocjan pozostał wierny wspólnocie, która w chwili próby nie mogła zapewnić mu ani bezpieczeństwa, ani wielkiego laboratorium. Ryzykował nie tylko karierę, ale życie, aby wykorzystać wiedzę przeciwko okupantowi.
Dlatego obu życiorysów nie należy kończyć stwierdzeniem, że von Braun wygrał, ponieważ jego Saturn V doleciał na Księżyc, natomiast Kocjan przegrał, ponieważ został rozstrzelany w ruinach getta. Von Braun osiągnął cel techniczny, lecz cena jego wcześniejszych sukcesów pozostaje częścią historii rakiety. Kocjan poniósł osobistą klęskę i śmierć, ale kierowany przez niego wywiad dowiódł, że nawet najbardziej strzeżona broń totalitarnego mocarstwa może zostać rozpoznana przez podziemne państwo pozbawione własnych laboratoriów i regularnej armii.
Kiedy 20 lipca 1969 roku człowiek stanął na Księżycu, spełniło się marzenie Wernhera von Brauna. W cieniu Saturna V pozostawali jednak ludzie, których biografie nie pasowały do obrazu czystego triumfu nauki. Byli wśród nich więźniowie Mittelbau-Dora, robotnicy przymusowi, ofiary rakiet spadających na miasta oraz ludzie polskiego podziemia zbierający ich szczątki na polach wokół Blizny i nad Bugiem. Był tam również Antoni Kocjan — konstruktor szybowców, były więzień Auschwitz i oficer Armii Krajowej, który podjął walkę z najgroźniejszym dziełem niemieckiego inżyniera.
Von Braun pozostawił po sobie rakietę widoczną na najbardziej znanych fotografiach XX wieku. Kocjan pozostawił szybowce, meldunki oraz pustkę po człowieku, którego grobu nie odnaleziono. Jeden otrzymał Peenemünde, Mittelwerk, Huntsville i NASA. Drugi miał niewielki warsztat i konspiracyjną sieć ludzi gotowych przewozić części V-2 pod nosem Gestapo. Ich drogi spotkały się w rakiecie, ale prowadziły w przeciwne strony. Jedna zakończyła się na Księżycu, druga w ruinach warszawskiego getta. Dopiero zestawione razem pokazują pełną historię techniki — jej wielkość, moralną dwuznaczność oraz cenę płaconą przez tych, których nazwisk nie umieszcza się na rakietach.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz