Patrol II plutonu „Alek” 2. kompanii „Rudy” batalionu „Zośka” na terenie Gęsiówki, 5 sierpnia 1944 r. Od lewej: Wojciech Omyła „Wojtek”, Juliusz Bogdan Deczkowski „Laudański” i Tadeusz Milewski „Ćwik”. Milewski poległ tego samego dnia, Omyła trzy dni później. Fot. Juliusz Bogdan Deczkowski „Laudański”. Źródło: Powstanie Warszawskie w Ilustracji, wydanie specjalne tygodnika „Stolica”, 1 sierpnia 1957, s. 16 / Wikimedia Commons. Status prawny: domena publiczna – PD-Poland.
Powstanie Warszawskie stworzyło własną hierarchię sławy. Setki oddziałów walczyły na Woli, Starym Mieście, Mokotowie, Żoliborzu i w Śródmieściu, lecz po osiemdziesięciu latach kilka nazw rozpoznaje niemal każdy, kto choć trochę interesuje się historią: „Zośka”, „Parasol”, „Miotła”. Wystarczy je wymienić, aby pojawiły się obrazy bardzo młodych ludzi w panterkach, zdobycznej broni, Gęsiówki, Pałacyku Michla, ruin Starówki i Czerniakowa. Powstała legenda, która z czasem zaczęła żyć trochę własnym życiem, dlatego warto postawić pytanie niezbyt wygodne dla każdej legendy: dlaczego właśnie oni zostali zapamiętani znacznie lepiej niż dziesiątki innych oddziałów Armii Krajowej?
Najłatwiejsza odpowiedź brzmiałaby: ponieważ byli najlepsi. Jest w niej sporo prawdy, ale historyk powinien być podejrzliwy wobec odpowiedzi zbyt prostych. „Zośka”, „Parasol” i „Miotła” rzeczywiście należały do najbardziej wartościowych oddziałów, jakimi dysponowała Armia Krajowa w Warszawie, lecz ich późniejsza sława nie wynikała wyłącznie z wartości bojowej. Złożyły się na nią doświadczenie zdobyte jeszcze przed Powstaniem, środowisko, z którego wywodziła się znaczna część żołnierzy, spektakularne akcje, niezwykle wysokie straty, literatura, fotografie, pamiętniki, powojenna pamięć środowiskowa, a wreszcie coś, czego nie sposób zmierzyć tabelą organizacyjną: wyjątkowo nośna opowieść o pokoleniu, które w dorosłość weszło właściwie bez okresu przejściowego.
Trzeba jednak od razu dokonać ważnego rozróżnienia, ponieważ późniejsza legenda bardzo chętnie wygładza różnice. „Zośka”, „Parasol” i „Miotła” nie były trzema odmianami tego samego oddziału. Dwa pierwsze bataliony były silnie związane z Szarymi Szeregami, podczas gdy genealogia „Miotły” była inna. Łączył je Kedyw Komendy Głównej AK oraz późniejsza przynależność do Zgrupowania „Radosław”. „Zośka” została utworzona w 1943 roku głównie z harcerzy Grup Szturmowych, a jej nazwa upamiętniała Tadeusza Zawadzkiego „Zośkę”, poległego pod Sieczychami. „Parasol” wyrósł z oddziału specjalnego noszącego kolejno kryptonimy „Agat” i „Pegaz”, przeznaczonego do walki z niemieckim aparatem terroru. „Miotła”, sformowana jako batalion dyspozycyjny Kedywu w 1944 roku, posiadała własną tradycję konspiracyjną i dywersyjną.
Różnice te są istotne również dlatego, że przed 1 sierpnia były to formacje przygotowywane do konkretnych zadań, posiadające własne doświadczenia i kulturę organizacyjną. Nie były przypadkową grupą ochotników, którym w godzinie „W” rozdano opaski i kazano walczyć. W przypadku wielu ich żołnierzy wojna nie rozpoczęła się 1 sierpnia 1944 roku, lecz trwała od lat, choć wcześniej miała zupełnie inny charakter. To właśnie tutaj znajduje się pierwsze źródło późniejszej legendy tych oddziałów i zarazem jedna z przyczyn ich rzeczywistej wartości bojowej.
W przypadku „Zośki” ogromne znaczenie miało harcerstwo. Szare Szeregi nie były jedynie konspiracyjną kontynuacją przedwojennego ZHP, lecz środowiskiem, w którym służba, samodyscyplina, przyjaźń i odpowiedzialność zostały podporządkowane warunkom okupacji. Starsza młodzież przechodziła szkolenie wojskowe i dywersyjne, a z tego świata wyrosły Grupy Szturmowe, akcja pod Arsenałem oraz ludzie, których pseudonimy jeszcze przed Powstaniem zaczynały funkcjonować jako symbole konspiracji. „Zośka” odziedziczyła więc coś bardzo cennego dla każdej jednostki wojskowej: wspólne doświadczenie wcześniejszego działania, wzajemne zaufanie oraz świadomość, że rozkaz bojowy nie jest już tylko ćwiczeniem.
„Parasol” miał za sobą jeszcze bardziej wyspecjalizowaną szkołę. Jego poprzednicy z „Agatu” i „Pegaza” wykonywali akcje przeciwko funkcjonariuszom niemieckiego aparatu terroru, spośród których najbardziej znana pozostaje likwidacja Franza Kutschery 1 lutego 1944 roku. W takich operacjach sama odwaga nie wystarczała. Trzeba było prowadzić rozpoznanie, obserwować cel, przygotować drogi odwrotu, rozdzielić zadania, zdobyć samochody i broń, a następnie wykonać całą akcję w ciągu kilku minut. Była to szkoła działania pod ogromną presją, choć oczywiście czym innym pozostawało przeprowadzenie kilkuminutowej akcji specjalnej, a czym innym późniejsza obrona ulicy przez kilka dni pod ostrzałem artylerii.
„Miotła” doszła do sierpnia 1944 roku inną drogą. Batalion powstał jako oddział dyspozycyjny Kedywu Komendy Głównej AK i skupiał ludzi związanych wcześniej z konspiracyjną dywersją. Nie należy więc mechanicznie dopisywać go do harcerskiej genealogii „Zośki” i „Parasola”, co czasem robi późniejsza opowieść o młodych powstańcach. Łączyła ich natomiast przynależność do świata Kedywu, w którym broń nie była wyłącznie symbolem przyszłego powstania, lecz narzędziem rzeczywiście używanym podczas okupacji. Kiedy 1 sierpnia różne drogi tych oddziałów spotkały się w Zgrupowaniu „Radosław”, posiadały one kapitał doświadczenia, którego nie można było stworzyć jednym rozkazem mobilizacyjnym.
Nie znaczy to oczywiście, że były przygotowane do wojny, która rozpoczęła się w Warszawie. „Zośka” i „Parasol” nie ćwiczyły wielotygodniowej obrony dzielnicy przed niemieckimi czołgami, lotnictwem i ciężką artylerią, podobnie jak „Miotła” nie została stworzona do utrzymywania ruin Starówki. Miały jednak coś, czego wielu innych powstańców dopiero musiało się nauczyć: doświadczenie działania z bronią przeciwko rzeczywistemu przeciwnikowi. Różnica między człowiekiem, który strzelał wyłącznie podczas szkolenia, a człowiekiem uczestniczącym wcześniej w prawdziwej akcji bojowej, może być niewidoczna na fotografii, lecz w pierwszych godzinach walki bywa zasadnicza.
Zgrupowanie „Radosław”, które miało stanowić wartościowy odwód Komendy Głównej AK, zostało niemal natychmiast wciągnięte w najcięższe walki. Wola nie była miejscem, gdzie można było długo celebrować sukcesy pierwszego dnia, ponieważ z zachodu nadciągały niemieckie siły mające przebić trasę przez miasto i zdławić Powstanie. Oddziały „Radosława” znalazły się na ich drodze. „Parasol” obsadzał między innymi rejon ulic Żytniej i Młynarskiej oraz Pałacyku Michla, który dzięki piosence Józefa Szczepańskiego „Ziutka” wszedł do powstańczej legendy niemal w chwili, gdy jeszcze trwały walki. Legenda otrzymała więc własną muzykę, zanim historycy zdążyli napisać jej pierwszy przypis.
„Zośka” otrzymała natomiast wydarzenie, które niemal samo prosiło się o legendę: zdobycie Gęsiówki 5 sierpnia. Powstańcy, wykorzystując między innymi zdobyczny niemiecki czołg, zaatakowali obóz przy ulicy Gęsiej i uwolnili kilkuset więźniów, przede wszystkim Żydów. Trudno znaleźć w historii Powstania epizod lepiej odpowiadający klasycznej konstrukcji opowieści wojennej. Są młodzi żołnierze, zdobyczny czołg, niemiecki obóz, walka i ludzie odzyskujący wolność. Co najważniejsze, nie trzeba tej historii specjalnie upiększać, ponieważ same wydarzenia mają siłę, której późniejsza legenda mogła jedynie nadać bardziej trwałą formę.
Za sukcesami szybko pojawiła się jednak druga strona legendy, znacznie mniej efektowna i znacznie bardziej krwawa. Bataliony płaciły za swoją reputację własnymi ludźmi, ponieważ wysoka wartość bojowa w warunkach Powstania miała bardzo nieprzyjemną konsekwencję: najlepszy oddział wysyła się tam, gdzie sytuacja jest najgorsza. Jeżeli wykona zadanie, nie otrzymuje nagrody w postaci spokojnego tygodnia, lecz następne trudne zadanie. Elitarność może być więc przywilejem w czasie pokoju, natomiast podczas wojny bardzo łatwo zamienia się w wyrok.
Zgrupowanie „Radosław” było rzucane na najbardziej zagrożone odcinki i dlatego jego szlak bojowy wygląda dziś jak skrócona mapa najcięższych walk Powstania: Wola, Stawki, Stare Miasto, kanały, Czerniaków. Z każdym etapem ginęli ludzie, którzy przed Powstaniem stanowili o wyjątkowości tych jednostek. Do oddziałów dołączali nowi żołnierze, zmieniała się ich struktura, dowódcy ginęli albo odnosili rany, a batalion noszący pod koniec września tę samą nazwę co 1 sierpnia nie był już dokładnie tym samym zespołem ludzi. Legenda zachowała nazwę jako coś trwałego, podczas gdy rzeczywistość wojny nieustannie wymieniała ludzi kryjących się pod tą nazwą.
„Parasol” pokazuje ten mechanizm szczególnie dobrze. Do bezpośredniej walki 1 sierpnia skierowano przede wszystkim najlepiej uzbrojone plutony szturmowe, a w kolejnych dniach stan oddziału zmieniał się dzięki docierającym żołnierzom, grupom z innych jednostek i ochotnikom. Już 6 sierpnia ciężko ranny został dowódca batalionu Adam Borys „Pług”. Oddział, który wszedł do Powstania z doświadczeniem operacji specjalnych, w ciągu kilku dni musiał przekształcić się w jednostkę prowadzącą regularną walkę miejską. Była to właściwie ta sama przemiana, którą przechodziła cała Armia Krajowa, tyle że w przypadku „Parasola” dokonywała się ona w tempie szczególnie brutalnym.
Określenie tych batalionów mianem „elitarnych” wymaga więc komentarza. Nie były elitą w dzisiejszym rozumieniu jednostek specjalnych, którym państwo oddaje do dyspozycji najlepsze uzbrojenie, łączność, transport i całe zaplecze technologiczne. Powstańcza elita mogła nie mieć dostatecznej liczby karabinów, a człowiek doskonale wyszkolony mógł czekać, aż zdobędzie broń na przeciwniku albo przejmie ją po poległym koledze. Elitarność oznaczała tutaj przede wszystkim selekcję, doświadczenie konspiracyjne, wyszkolenie, morale, więzi wewnątrz grupy oraz zdolność wykonywania zadań w warunkach, w których wyposażenie pozostawało dalekie od tego, co powinien posiadać regularny batalion.
Nie należy również idealizować ludzi tylko dlatego, że większość z nich była bardzo młoda, a wielu zginęło. Młodość ma swoje zalety i wady. Bywali brawurowi, ryzykowali czasami bardziej, niż nakazywałaby chłodna kalkulacja, popełniali błędy i ulegali emocjom. Podczas wojny pewne cechy młodości, które w normalnym świecie prowadzą najwyżej do złamanej nogi albo rodzinnej awantury, mogą jednak nagle stać się cechami dobrego żołnierza. Dwudziestolatek potrafi uwierzyć, że rzecz niemożliwa jest możliwa, i czasami – ku zdumieniu ludzi rozsądniejszych – rzeczywiście ją zrobić. Problem zaczyna się wtedy, gdy podobnego zachowania zaczyna wymagać od niego sytuacja każdego dnia.
Legenda nie powstała jednak wyłącznie na polu walki. „Zośka” i środowisko, z którego wyrosła, miały swoich kronikarzy właściwie jeszcze podczas okupacji. Aleksander Kamiński w Kamieniach na szaniec stworzył jeden z najważniejszych tekstów polskiej pamięci wojennej. Bohaterowie otrzymali twarze, pseudonimy, przyjaźnie i biografie, dzięki czemu nie byli anonimowymi „żołnierzami AK”. Byli „Rudym”, „Alkiem”, „Zośką”, a czytelnik poznawał ich jako ludzi, zanim dowiadywał się o ich śmierci. To zasadnicza różnica, ponieważ pamięć znacznie łatwiej przechowuje człowieka niż numer kompanii.
Do literatury dołączyła fotografia. Powstanie Warszawskie należy do najlepiej udokumentowanych fotograficznie polskich wydarzeń wojennych, a żołnierze Kedywu pojawiają się na wielu najbardziej znanych zdjęciach. Panterki zdobyte w niemieckich magazynach dodatkowo stworzyły niezwykle charakterystyczny kod wizualny. Powstaniec w niemieckiej panterce, z biało-czerwoną opaską i pistoletem maszynowym stał się niemal archetypem żołnierza Warszawy, chociaż większość powstańców nigdy tak nie wyglądała. Fotografia zrobiła więc coś, czego historia wojskowa zrobić nie potrafi: wybrała kilka twarzy i uczyniła je reprezentantami dziesiątków tysięcy ludzi.
W tym miejscu legenda zaczyna deformować proporcje. Jeżeli pamięć o Powstaniu budować wyłącznie na najbardziej znanych fotografiach, pieśniach i książkach, można dojść do absurdalnego wniosku, że Powstanie Warszawskie prowadziło kilka harcerskich batalionów. Tymczasem walczyły dziesiątki tysięcy ludzi należących do bardzo różnych oddziałów, między innymi „Chrobrego II”, „Kilińskiego”, „Gustawa”, „Harnasia”, „Baszty”, „Żywiciela” czy „Krybara”. Ich żołnierze nie byli mniej odważni ani mniej martwi dlatego, że ich pseudonimy rzadziej pojawiają się w książkach, a ich fotografie nie stały się ikonami.
Legenda „Zośki”, „Parasola” i „Miotły” jest więc jednocześnie prawdziwa i trochę niesprawiedliwa. Jest prawdziwa, ponieważ oddziały rzeczywiście należały do powstańczej czołówki, miały za sobą wyjątkowe doświadczenie i przeszły niezwykły szlak bojowy. Staje się niesprawiedliwa dopiero wtedy, kiedy zaczyna przesłaniać tysiące innych ludzi walczących w mniej znanych jednostkach i często wykonujących zadania równie trudne. Pamięć historyczna nie jest komisją wojskową przyznającą odznaczenia według dokładnie określonych kryteriów. Jedni otrzymują pomnik, inni książkę, jeszcze inni pozostają nazwiskiem na tablicy albo w wykazie poległych.
Istnieje jeszcze jeden powód niezwykłej trwałości tej legendy: wielu jej bohaterów nie miało późniejszego życia. Nie zostali urzędnikami, profesorami, przedsiębiorcami ani starszymi ludźmi wspominającymi po pół wieku, że młodość wyglądała nieco inaczej, niż przedstawiono ją podczas rocznicowej akademii. Pozostali na fotografiach jako ludzie dwudziestoletni. Józef Szczepański „Ziutek”, autor „Pałacyku Michla”, został ciężko ranny na Starym Mieście i zmarł we wrześniu. Tadeusz Zawadzki „Zośka” nie doczekał nawet Powstania, a wielu następnych ginęło na Woli, Starówce i Czerniakowie. Śmierć ułatwia tworzenie legendy, ponieważ człowiek, który zginął w wieku dwudziestu lat, nigdy nie zdąży skomplikować własnego życiorysu.
Byłoby jednak cynizmem twierdzić, że legenda tych batalionów jest wyłącznie produktem literatury, fotografii i wczesnej śmierci. Mit można stworzyć propagandą, lecz trudno utrzymywać go przez osiemdziesiąt lat, jeżeli nie posiada mocnego fundamentu. Tutaj fundament istnieje. Są wcześniejsze akcje Kedywu, jest Kutschera, jest Gęsiówka, są walki na Woli i Starym Mieście, są kanały, Czerniaków i ogromne straty. Zachowały się również dokumenty oddziałów, które pozwalają konfrontować późniejszą pamięć z wojenną rzeczywistością.
Dlatego pytanie o źródła legendy nie prowadzi do jej obalenia, lecz do znacznie ciekawszego wniosku. Legenda zaczęła powstawać jeszcze przed Powstaniem, ponieważ „Zośka”, „Parasol” i „Miotła” nie pojawiły się znikąd 1 sierpnia. Została potwierdzona podczas walk, ponieważ jednostki znalazły się na najtrudniejszych odcinkach i zapłaciły za to ogromnymi stratami. Następnie utrwaliły ją fotografie, pieśni, literatura i pamięć środowiskowa, a młody wiek wielu poległych nadał jej szczególną siłę emocjonalną. Historia dostarczyła materiału, z którego pamięć mogła zbudować mit.
Nie ma więc powodu tej legendy burzyć tylko dlatego, że jest legendą. Trzeba natomiast wiedzieć, z czego została zbudowana i gdzie zaczyna przesłaniać rzeczywistość. „Zośka”, „Parasol” i „Miotła” nie były niezwyciężone, nie były również reprezentatywne dla całej Armii Krajowej. Ponosiły porażki, traciły ludzi i zostały przez dwa miesiące walk straszliwie wyniszczone. Ich wyjątkowość polegała na czymś znacznie bardziej konkretnym niż późniejszy mit: weszły do Powstania z kapitałem doświadczenia, więzi i wyszkolenia, którego nie można było stworzyć rozkazem wydanym wieczorem 31 lipca.
Powstanie Warszawskie stworzyło tysiące bohaterów, lecz tylko niektórym oddziałom dało własną opowieść, własne symbole i własne twarze. „Zośka”, „Parasol” i „Miotła” miały przy tym rzadkie połączenie dwóch rzeczy: rzeczywistych osiągnięć bojowych oraz ludzi, którzy potrafili te osiągnięcia zapamiętać, sfotografować, opisać i przekazać następnym pokoleniom. Pierwsze stworzyło historię, drugie stworzyło legendę, a po osiemdziesięciu latach obie są ze sobą tak mocno splecione, że najciekawsze nie jest już pytanie, czy legenda jest prawdziwa, lecz gdzie dokładnie kończy się historia, a zaczyna pamięć.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz