Żołnierze zgrupowania AK „Radosław” wychodzą z kanału przy ul. Wareckiej w Śródmieściu nad ranem 2 września 1944 r., po ewakuacji ze Starego Miasta trasą rozpoczynającą się przy placu Krasińskich. Przejście trwało około czterech godzin. Kanały, które Niemcy próbowali zwalczać między innymi za pomocą specjalistycznych środków i urządzenia „Tajfun” (Taifun-Gerät), umożliwiły uratowanie znacznej części obrońców Starówki. Fot. Jerzy Tomaszewski „Jur”. Źródło: Wikimedia Commons. Status prawny: domena publiczna – PD-Poland.
Nazywał się „Tajfun” i był bronią stworzoną do prowadzenia wojny tam, gdzie zwykły żołnierz wolałby nie wchodzić. Niemcy określali urządzenie jako Taifun-Gerät. Zasada była prosta i zarazem makabryczna: do zamkniętej przestrzeni należało wprowadzić odpowiednią mieszaninę palnych gazów, a następnie ją zdetonować. Powstała fala uderzeniowa miała niszczyć podziemne pomieszczenia i zabijać znajdujących się w nich ludzi. Nie trzeba było szturmować bunkra, piwnicy ani tunelu. Wystarczyło wykorzystać zamkniętą przestrzeń przeciwko tym, którzy szukali w niej schronienia. „Tajfun” był więc jednym z tych niemieckich wynalazków, które dobrze pasują do pojęcia Wunderwaffe, pod warunkiem że nie traktuje się tego określenia zbyt dosłownie. Był niezwykły, eksperymentalny i groźny, ale nie był cudowną bronią zdolną rozstrzygnąć bitwę.
Nie skonstruowano go specjalnie przeciwko Powstaniu Warszawskiemu. Niemcy eksperymentowali wcześniej z wykorzystaniem mieszanin gazowych do niszczenia fortyfikacji i podziemnych obiektów, a doświadczenia prowadzono między innymi na umocnieniach francuskich i na Krymie. W Warszawie specjalistyczny Pionier-Sturm-Bataillon 500 pojawił się już w pierwszej połowie sierpnia. Jedna z jego grup, dowodzona przez porucznika Ericha Schunkego i wyposażona w Taifun-Gerät, znalazła się w mieście 8 sierpnia. Nie przywieziono więc do Warszawy wyłącznie kolejnych miotaczy ognia czy materiałów wybuchowych. Przyjechali ludzie przygotowani do niszczenia przeciwnika ukrytego pod ziemią.
Przez lata wokół „Tajfuna” narosło jednak więcej opowieści niż pewnych informacji. Łatwo wyobrazić sobie Niemców wpuszczających gaz do warszawskich kanałów i wysadzających całe ich odcinki wraz z powstańcami. Taki obraz jest efektowny, ale źródła wymagają większej ostrożności. Zachował się niemiecki meldunek potwierdzający bojowe zastosowanie urządzenia 14 sierpnia na Ochocie, w rejonie ulic Grójeckiej i Kaliskiej, gdzie zanotowano rozległe zniszczenia kanalizacji. Nie daje to jednak podstaw do przypisywania „Tajfunowi” każdej eksplozji i każdej śmierci w podziemiach Warszawy. Znacznie ciekawsze od tworzenia legendy o cudownej broni jest pytanie, dlaczego Niemcy w ogóle uznali warszawskie kanały za cel godny zastosowania tak specjalistycznego środka.
Odpowiedź przyszła bardzo szybko. Powstańcy odkryli, że pod ulicami istnieje druga Warszawa.
Początkowo kanały nie były pomyślane jako wielka podziemna arteria komunikacyjna Powstania. Schodzenie do nich było niebezpieczne, poruszanie się wymagało znajomości sieci, a wiele odcinków nie nadawało się do przeprowadzania większych grup. Sytuacja na powierzchni wymuszała jednak rozwiązania, których przed 1 sierpnia nie przewidywano na taką skalę. Niemcy przecinali kolejne ulice, dzielnice traciły bezpośrednią łączność, a przejście kilkuset metrów na powierzchni mogło oznaczać konieczność pokonania niemieckich stanowisk. Kilka metrów niżej granice wyglądały inaczej.
Jednym z momentów, które uświadomiły Niemcom znaczenie podziemnej sieci, była ewakuacja obrońców Reduty Wawelskiej na Ochocie. Oddział, który powinien zostać otoczony i zniszczony, po prostu zniknął. Powstańcy wykorzystali kanały. Dla Niemców była to bardzo praktyczna lekcja. Można było zdobyć ulicę, otoczyć kamienicę i kontrolować teren, a mimo to przeciwnik mógł przejść pod nogami własnych żołnierzy i pojawić się gdzie indziej. Warszawa miała drugi system komunikacyjny, którego nie dało się bombardować Stukasami ani ostrzeliwać czołgami tak łatwo jak ulic.
Powstańcy również uczyli się kanałów metodą prób i błędów. Z czasem powstawały oznaczone trasy, pojawiali się przewodnicy, a pod ziemią zaczęto przenosić meldunki, broń, pocztę i ludzi. Kanał nie był jednak żadnym tajnym metrem. Niekiedy trzeba było iść pochylonym, czasami niemal pełzać. Panowała całkowita ciemność, pod nogami płynęły ścieki, brakowało powietrza, a człowiek tracił orientację. Nie wolno było głośno rozmawiać ani zapalać światła w pobliżu włazów. Jeden błąd mógł zdradzić znajdującym się na powierzchni Niemcom obecność przechodzącej kolumny.
A Niemcy uczyli się równie szybko. Skoro powstańcy stworzyli pod Warszawą własną drogę komunikacyjną, należało ją przeciąć. Wrzucano więc przez włazy granaty, wykorzystywano materiały zapalające i środki drażniące, stawiano w kanałach przeszkody, spiętrzano wodę, kontrolowano wyjścia. „Tajfun” był najbardziej niezwykłym technicznie elementem tej wojny, ale w praktyce nie zawsze potrzebna była Wunderwaffe. Kilka granatów wrzuconych do studzienki mogło być dla ludzi znajdujących się pod ziemią równie śmiertelne.
Rozpoczął się więc osobliwy wyścig. Powstańcy starali się znaleźć kolejne przejścia i utrzymać je w tajemnicy. Niemcy próbowali je odkryć, zablokować albo zamienić w pułapki. Każda ze stron zdobywała doświadczenie. Powstańcy wyznaczali przewodników i regulowali ruch. Niemcy obserwowali włazy, zdobywali plany i wykorzystywali informacje uzyskiwane od jeńców. Wojna warszawska miała od tej chwili dwa poziomy. Na górze walczono o domy, barykady i ulice. Pod ziemią toczyła się cicha walka o możliwość przemieszczania ludzi pomiędzy częściami miasta.
Przez większą część sierpnia kanały pozostawały przede wszystkim systemem łączności. Dopiero katastrofalne położenie Starego Miasta nadało im zupełnie inne znaczenie. Pod koniec miesiąca dzielnica była systematycznie miażdżona przez niemiecką artylerię i lotnictwo. Obszar kontrolowany przez powstańców kurczył się, szpitale były przepełnione, amunicji brakowało, a utrzymywanie pozycji stawało się coraz trudniejsze. Jedyną szansą na uratowanie znajdujących się tam oddziałów było połączenie się ze Śródmieściem.
Nocą z 30 na 31 sierpnia podjęto dramatyczną próbę przebicia się górą. Część oddziałów miała zaatakować niemieckie pozycje ze Starego Miasta, podczas gdy inne miały uderzyć od strony Śródmieścia. Operacja zakończyła się niepowodzeniem i dużymi stratami. Stało się jasne, że Starówki nie da się już uratować, a dalsze pozostawanie na miejscu oznacza stopniowe wyniszczenie jej obrońców.
Pozostała droga, której na normalnej mapie wojskowej właściwie nie było.
Kanały.
1 września rozpoczęto zasadniczą ewakuację Starego Miasta. Początkowo zakładano znacznie mniejszą skalę operacji. Planowano wyprowadzić przede wszystkim ludzi zdolnych do dalszej walki oraz lżej rannych, a następnie stopniowo wycofywać kolejne oddziały. Rzeczywistość szybko wymusiła zmianę tych zamierzeń. Pod ziemię zaczęły schodzić tysiące ludzi. Większość kierowała się do Śródmieścia, część na Żoliborz. Według danych przywoływanych przez IPN 1 i 2 września ze Starego Miasta wydostało się kanałami około 5,3 tysiąca powstańców.
Była to jedna z najbardziej niezwykłych operacji odwrotowych II wojny światowej. Na powierzchni Niemcy znajdowali się czasami kilka metrów od wejść do kanałów, nie zdając sobie sprawy z rozmiarów ruchu odbywającego się pod ich stanowiskami. Na dole ciągnęły kolumny ludzi obciążonych bronią i wyposażeniem. Nie można było maszerować normalnym krokiem. Trzeba było poruszać się w ciemności, niekiedy godzinami, w wodzie i ściekach, w tłumie, w którym zatrzymanie jednego człowieka mogło zatrzymać setki następnych.
Najgorszy był strach przed zgubieniem drogi. Człowiek znajdujący się pod ziemią nie miał punktów orientacyjnych znanych z powierzchni. Skrzyżowanie kanałów mogło oznaczać wybór pomiędzy wyjściem do własnych pozycji i wejściem prosto pod niemiecki właz. Przewodnicy byli więc równie ważni jak dowódcy. Nie wolno było odłączać się od kolumny. Nie wolno było ulec panice. W ciemności człowiek słyszał wybuchy, czasem krzyki i odgłosy walki dochodzące z powierzchni, ale nie wiedział dokładnie, gdzie się znajduje.
Niemcy próbowali zamknąć tę drogę. Wrzucali do studzienek granaty i środki zapalające, blokowali niektóre odcinki i pilnowali włazów. Doświadczenia z „Tajfunem” wpisywały się w tę samą logikę: skoro przeciwnik wykorzystuje podziemia, należy uczynić podziemia miejscem równie niebezpiecznym jak powierzchnia. Nie udało się jednak zniszczyć systemu na tyle szybko, aby uniemożliwić ewakuację Starówki.
I właśnie tutaj znajduje się najciekawsza część historii niemieckiej Wunderwaffe. Technicznie bardziej zaawansowana strona wojny nie zdołała całkowicie zamknąć jednej z najbardziej prymitywnych dróg komunikacyjnych, jakie można sobie wyobrazić. Niemcy mieli specjalistycznych saperów, materiały wybuchowe, środki chemiczne i Taifun-Gerät. Powstańcy mieli miejską kanalizację, przewodników i ludzi gotowych przez kilka godzin iść w ciemności. W dniach 1–2 września to wystarczyło, aby uratować znaczną część sił Grupy „Północ”.
Nie należy tego mylić ze zwycięstwem. Stare Miasto zostało utracone. Ciężko rannych, których nie można było przeprowadzić kanałami, pozostawiono w szpitalach. Po zajęciu dzielnicy Niemcy i formacje kolaboracyjne dopuścili się zbrodni na rannych i ludności cywilnej. Ewakuacja uratowała tysiące żołnierzy, ale jej powodzenie miało swoją straszną granicę: ratowano przede wszystkim tych, którzy byli zdolni przejść pod ziemią.
Jednocześnie Niemcy wyciągnęli wnioski. We wrześniu znali już coraz więcej tras, wejść i sposobów poruszania się powstańców. Kiedy pod koniec miesiąca kanałami ewakuował się Mokotów, droga, która uratowała tysiące ludzi ze Starówki, była znacznie bardziej niebezpieczna. Niemcy wrzucali granaty, stosowali środki drażniące, budowali zapory i kierowali ludzi na błędne trasy. Część powstańców wychodziła przez pomyłkę na teren kontrolowany przez przeciwnika. Podziemna przewaga została w dużej mierze utracona.
Nie trzeba więc tworzyć legendy, że „Tajfun” wygrał Niemcom wojnę w kanałach. Nie wygrał. Nie ma również podstaw, aby każdy przypadek śmierci czy eksplozji pod ziemią przypisywać temu urządzeniu. Jego znaczenie jest inne. Taifun-Gerät pokazuje, jak poważnie Niemcy zaczęli traktować podziemną sieć Warszawy. Do walki z improwizowanym systemem komunikacyjnym przeciwnika skierowali wyspecjalizowanych saperów i eksperymentalną technikę wojskową.
Historia zatoczyła przy tym osobliwe koło. Niemcy przywieźli „Tajfun” do Warszawy, aby niszczyć przeciwnika ukrytego pod ziemią. Powstańcy odpowiedzieli nie własną Wunderwaffe, lecz czymś, co istniało pod miastem od dziesięcioleci i zostało zbudowane do zupełnie innych celów. Kanalizacja stała się linią komunikacyjną, drogą zaopatrzenia, pocztą, tunelem wojskowym, a w końcu drogą odwrotu.
Kiedy 1 września rozpoczęła się ewakuacja Starego Miasta, rozstrzygał się więc ostatni etap tego podziemnego wyścigu. Niemcy próbowali zamienić kanały w pułapkę, a powstańcy próbowali wykorzystać je po raz ostatni na wielką skalę, zanim przeciwnik nauczy się je całkowicie kontrolować. Tym razem zdążyli. Starówka upadła, lecz kilka tysięcy jej obrońców wymknęło się Niemcom pod ziemią.
Wojna w kanałach miała zatem własną logikę i własny wyścig technologiczny, tyle że niezwykle nierówny. Po jednej stronie znajdowała się niemiecka technika, specjalistyczni saperzy i „Tajfun”. Po drugiej – ludzie brnący w ciemności przez ścieki, trzymający się poprzednika, żeby nie zgubić drogi. Niemcy próbowali stworzyć Wunderwaffe zdolną zabić człowieka pod ziemią. Warszawa odpowiedziała wykorzystaniem samego miasta jako broni i drogi ratunku. W dniach 1–2 września okazało się, że nawet najbardziej prymitywna droga może pokonać nowoczesną technikę, jeżeli przeciwnik nie zdąży jej na czas zamknąć.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz