Zniszczone centrum Wielunia po niemieckich nalotach, 1939 rok. Autor nieznany. Źródło: Wikimedia Commons. Domena publiczna – PD-Poland oraz PD-anon-70-EU.
O świcie 1 września 1939 roku Wieluń jeszcze spał. Było to kilkunastotysięczne miasto położone niewiele ponad dwadzieścia kilometrów od granicy z Niemcami. Nie znajdowała się w nim twierdza, wielka fabryka zbrojeniowa ani zgrupowanie wojsk, którego zniszczenie mogłoby rozstrzygnąć losy kampanii. Byli za to pacjenci szpitala, lekarze, zakonnice, kupcy, rzemieślnicy i dzieci śpiące w domach stojących wokół rynku.
Poprzedni dzień wyglądał jeszcze zwyczajnie, chociaż wiadomości dochodzące z granicy nie pozostawiały wielu złudzeń. Sklepy zostały zamknięte, mieszkańcy wrócili do domów, a chorzy w Szpitalu Wszystkich Świętych czekali na kolejny poranek. Wojna nie została wypowiedziana, nie ogłoszono alarmu, na ulicach nie trwały walki. Nad śpiące miasto nadleciały niemieckie bombowce nurkujące.
Junkersy Ju 87 miały stać się jednym z najbardziej rozpoznawalnych symboli tej wojny. Nurkowały pod dużym kątem, a montowane w części maszyn syreny wzmacniały przerażający odgłos ataku. Człowiek słyszący narastający skowyt wiedział, że samolot pikuje właśnie w jego stronę, a między tym dźwiękiem a wybuchem pozostaje zaledwie kilka sekund. Mieszkańcy Wielunia usłyszeli samoloty, zanim zdążyli dowiedzieć się, że ich państwo znalazło się w stanie wojny.
Pierwsze bomby spadły w rejonie Szpitala Wszystkich Świętych. Na jego dachu znajdowały się dobrze widoczne znaki Czerwonego Krzyża. Nie było tam stanowisk artylerii przeciwlotniczej, sztabu ani oddziału wojskowego. W budynkach leżeli pacjenci, a pracownice kuchni przygotowywały dla nich śniadanie.
Ordynator szpitala Zygmunt Patryn obudził się, słysząc huk samolotów. Chwilę później rozległ się świst bomby, a część zabudowań zaczęła się walić. Kiedy wybiegł na zewnątrz, zobaczył płaczące siostry zakonne i usłyszał krzyki ludzi przygniecionych gruzem. Nie zdążył dotrzeć do rannych, ponieważ samoloty zawróciły. Kolejne bomby ponownie spadły na teren szpitala.
Ten powrót mówi o charakterze nalotu więcej niż najbardziej podniosłe przemówienie rocznicowe. Pierwsze trafienie można byłoby jeszcze próbować tłumaczyć pomyłką, złą widocznością albo błędnym rozpoznaniem. Ponowne zaatakowanie tego samego miejsca znacznie trudniej pomieścić w opowieści o wojennym przypadku. Niemieccy lotnicy nie znaleźli tam polskiej baterii przeciwlotniczej. Zobaczyli zabudowania szpitalne, uciekających ludzi i cel, który nie mógł odpowiedzieć ogniem.
Wokół dokładnej godziny rozpoczęcia bombardowania od lat trwa spór. W polskiej pamięci utrwaliła się godzina 4.40, oznaczająca, że bomby spadły na Wieluń kilka minut przed pierwszą salwą pancernika „Schleswig-Holstein” skierowaną przeciw Westerplatte. Część badaczy, opierając się na niemieckich dokumentach i różnicach w zapisie czasu, przesuwa początek nalotu mniej więcej o godzinę. Rozbieżności nie udało się ostatecznie rozstrzygnąć.
Nie zmieniają one charakteru wydarzenia. Wieluń został zaatakowany o świcie pierwszego dnia wojny, bez ostrzeżenia i bez realnej możliwości obrony. Dla ustalenia chronologii ważne pozostaje, czy pierwsze bomby spadły kilka minut przed ostrzałem Westerplatte, czy kilkadziesiąt minut później. Dla ludzi uwięzionych pod gruzami szpitala różnica ta nie miała już żadnego znaczenia.
Atak nie zakończył się na jednej grupie samolotów. Nad Wieluń nadlatywały kolejne formacje, a bombardowania powtarzały się przez wiele godzin. Bomby burzące rozrywały kamienice, natomiast zapalające zmieniały zwarte centrum miasta w jeden wielki pożar. Zniszczeniu ulegały domy, sklepy, kościoły, klasztory, synagoga i budynki użyteczności publicznej.
Mieszkańcy próbowali wydobywać bliskich spod gruzów, lecz pojawienie się następnych samolotów zmuszało ich do ucieczki. Ludzie, którzy jeszcze przed chwilą ratowali rannych, rzucali się na ziemię albo szukali schronienia wśród ruin. Każdy kolejny nalot zwiększał liczbę pożarów i odcinał następne ulice. Miasto rozpadało się na ich oczach.
W ciągu kilku godzin Wieluń przestał przypominać miejsce, w którym poprzedniego wieczoru toczyło się zwyczajne życie. Rynek i przylegające do niego ulice zostały zniszczone, a nad centrum unosiły się ogień, kurz i dym. Ocalałych ogarnęła panika. Tysiące mieszkańców ruszyły drogami prowadzącymi na wschód, zabierając jedynie to, co można było unieść w rękach albo załadować na przypadkowy wóz.
Dokładna liczba ofiar nalotów pozostaje nieustalona. Przez wiele lat powtarzano, że w Wieluniu zginęło około 1200 osób, a niekiedy podawano liczby jeszcze wyższe. Późniejsze śledztwo Instytutu Pamięci Narodowej potwierdziło śmierć co najmniej 18 pacjentów i członków personelu szpitala oraz co najmniej 109 pozostałych mieszkańców miasta.
Udokumentowano zatem przynajmniej 127 ofiar, chociaż rzeczywista liczba zabitych mogła sięgać kilkuset osób. Rejestry były niepełne, część ciał pozostała pod gruzami, a tysiące mieszkańców uciekły z płonącego miasta. W chaosie pierwszych dni wojny nie sporządzono pełnego wykazu zabitych i zaginionych. Powtarzana przez dziesięciolecia liczba 1200 ofiar nie znalazła potwierdzenia w zachowanym materiale dowodowym.
Korekta wcześniejszych szacunków nie pomniejsza rozmiarów zbrodni. Co najmniej 127 osób straciło życie wskutek ataku na miasto, w którym nie było celu wojskowego uzasadniającego tak rozległe bombardowanie. Rzeczywisty bilans prawdopodobnie był znacznie wyższy. Za każdą pozycją w tym niepełnym rachunku krył się człowiek posiadający nazwisko, rodzinę i własną historię.
Wieluń pozostaje symbolem niemieckiej wojny przeciw ludności cywilnej niezależnie od ostatecznej liczby zabitych. Znaczenie nalotu wynika nie tylko z rozmiarów strat, lecz przede wszystkim z wyboru celu, sposobu przeprowadzenia ataku i miejsca, jakie zajmuje on w chronologii niemieckiej agresji. Wojna rozpoczęła się tutaj od uderzenia na ludzi, którzy nie mogli się bronić.
Wybór Wielunia nie był zupełnie przypadkowy. Miasto leżało blisko granicy, stanowiło lokalny węzeł komunikacyjny i znajdowało się w rejonie, przez który mogły przemieszczać się polskie oddziały. Niemieckie dowództwo mogło również dysponować błędnymi informacjami o obecności wojska lub uznać, że przez miasto będą przebiegały transporty wojskowe.
Żadna z tych okoliczności nie tłumaczy jednak skali zniszczenia. Nawet podejrzenie przemarszu oddziałów nie uzasadniało bombardowania szpitala, rynku, świątyń i całych kwartałów mieszkalnych. Wieluń został potraktowany nie jak pojedynczy punkt na wojskowej mapie, lecz jak przestrzeń, którą należało rozbić, podpalić i opróżnić z mieszkańców.
Celem nalotu nie musiało być wyłącznie zabijanie ludzi znajdujących się w mieście. Uciekinierzy ruszyli drogami, którymi miały maszerować polskie oddziały i przejeżdżać transporty wojskowe. Tłum ogarniętych paniką cywilów utrudniał ruch, blokował skrzyżowania i wprowadzał chaos na zapleczu frontu. Ludzie uciekający przed bombami nieśli również wiadomość o niemieckiej przewadze do kolejnych miejscowości.
Strach stał się częścią niemieckiego uderzenia. Przemieszczał się szybciej niż kolumny pancerne, dezorganizował zaplecze i odbierał ludności poczucie bezpieczeństwa. Cywil nie pozostawał już człowiekiem stojącym obok pola bitwy. Jego przerażenie, ucieczka i cierpienie mogły zostać wykorzystane do sparaliżowania własnej armii.
Właśnie w taki sposób działała niemiecka wojna błyskawiczna. Pojęcie Blitzkriegu przywołuje zazwyczaj czołgi, bombowce nurkujące, szybkie przełamania i głębokie manewry na tyłach przeciwnika. Szybkość natarcia osiągano jednak również przez niszczenie zaplecza, rozbijanie łączności oraz wywoływanie masowej paniki.
Bombardowanie dróg, dworców, miast i kolumn uchodźców nie było wyłącznie ubocznym skutkiem walk. Dezorganizowało mobilizację, utrudniało transport odwodów i odbierało dowódcom możliwość swobodnego przemieszczania jednostek. Wojna przeciw cywilom stawała się częścią wojny przeciw państwu.
Wieluń nie był wydarzeniem oderwanym od dalszego przebiegu kampanii. Stanowił jej zapowiedź. W następnych dniach niemieckie samoloty atakowały kolejne miasta, stacje kolejowe i drogi wypełnione uchodźcami. Warszawa została poddana nalotom i ostrzałowi artyleryjskiemu, a Frampol niemal całkowicie zniszczono.
Luftwaffe wykonywała także zwykłe zadania wojskowe. Atakowała lotniska, mosty, transporty, oddziały oraz linie kolejowe. W Wieluniu doszło jednak do połączenia celu operacyjnego z działaniem terrorystycznym. Panika ludności nie była jedynie nieprzewidzianym skutkiem bombardowania, lecz rezultatem korzystnym z punktu widzenia niemieckiego natarcia.
Nad działaniami lotniczymi w tym rejonie czuwał Wolfram von Richthofen, wcześniej oficer Legionu Condor walczącego po stronie generała Franco w hiszpańskiej wojnie domowej. Niemieckie lotnictwo zdobyło tam doświadczenie w ścisłej współpracy z wojskami lądowymi oraz w bombardowaniu miast. W 1937 roku samoloty Legionu Condor uczestniczyły w zniszczeniu Guerniki.
Hiszpańskie doświadczenia pokazały, że nalot może jednocześnie niszczyć zabudowę, łamać morale i przekazywać wiadomość skierowaną do całego kraju. Wieluń stał się następnym rozdziałem tej historii, lecz tym razem bombardowanie nie było już epizodem wojny domowej. Otwierało największą wojnę w dziejach Europy.
Dwa lata później niemieckie miasta same zaczęły odczuwać skutki bombardowań, a pod koniec wojny Hamburg i Drezno zostały zamienione w morze ognia. Nie zmienia to chronologii odpowiedzialności. Wojnę powietrzną przeciw miastom europejskim rozpoczęli nie mieszkańcy Wielunia. Znaleźli się pod bombami, zanim Wielka Brytania i Francja wypowiedziały Niemcom wojnę.
Nalot odsłonił również bezradność prawa wobec państwa, które uznało normy za przeszkodę dla własnej skuteczności. Szpital był obiektem chronionym, a znaki Czerwonego Krzyża powinny zapewniać mu bezpieczeństwo. Oznaczeń nie zabrakło. Zabrakło po stronie napastnika woli, aby je uszanować.
Prawo wojenne nie działa jak mur zdolny zatrzymać bombę. Jego skuteczność zależy od gotowości państw do respektowania przyjętych zasad i od realnych konsekwencji ponoszonych za ich złamanie. W Wieluniu nie było ani jednego, ani drugiego. Szpital został zbombardowany, a odpowiedzialni za atak nie ponieśli za to kary.
Po wojnie nie odbył się proces odpowiadający skali zniszczenia miasta. Wieluń został odbudowany, mieszkańcy wrócili do codzienności, a pamięć o nalocie przez dziesięciolecia pozostawała w cieniu Westerplatte. Westerplatte łatwiej wpisywało się w opowieść o początku wojny: żołnierze, składnica wojskowa, niemiecki pancernik i siedem dni oporu.
Wieluń przypominał o innym obliczu wojny. Jego mieszkańcy nie mogli odpowiedzieć ogniem, utrzymać placówki ani przejść do kontrataku. Mogli ratować rannych, wydobywać bliskich spod gruzów i uciekać przed następną falą bombowców. Ich tragedia nie miała w sobie niczego z widowiska wojennego, które łatwo przemienić w legendę.
Oba miejsca opowiadają o tym samym poranku z dwóch różnych perspektyw. Westerplatte pozostaje symbolem polskiego oporu, natomiast Wieluń stał się symbolem losu ludności cywilnej. Polska została zaatakowana jednocześnie jako państwo posiadające armię i jako wspólnota ludzi, których życie uznano za materiał służący realizacji celów wojskowych.
Znaczenie Wielunia nie sprowadza się zatem do sporu o miejsce, w którym rozpoczęła się druga wojna światowa. Chronologiczne pierwszeństwo pozostaje ważne dla historii miasta, lecz nie rozstrzyga o charakterze nalotu. Nawet gdyby ostatecznie ustalono, że salwy na Westerplatte padły wcześniej, szpital nadal pozostawałby szpitalem, a śpiący mieszkańcy nie staliby się przez to żołnierzami.
Samoloty nadleciały ponownie, bomby objęły centrum, a domy, świątynie i ulice zostały rozbite. Wojna nie przyszła do Wielunia w postaci dwóch armii walczących na jego obrzeżach. Spadła z nieba na ludzi, którzy nie mieli nawet czasu, aby dowiedzieć się, że właśnie się rozpoczęła.
Pierwszego dnia wojny Niemcy pokazali w Wieluniu sposób, w jaki zamierzali ją prowadzić. Nie wystarczało pokonać polskie wojsko. Należało rozbić jego zaplecze, złamać ludność, zatkać drogi uchodźcami i sprawić, aby strach przemieszczał się szybciej niż niemieckie czołgi.
Bomby zrzucone na Wieluń nie były jedynie początkiem kampanii wrześniowej. Stanowiły zapowiedź okupacji, podczas której cywil nie miał pozostawać poza wojną. Od pierwszego poranka był jednym z jej celów.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz