Podpisanie „Układu o zaprzestaniu działań wojennych w Warszawie” w kwaterze Ericha von dem Bacha-Zelewskiego w Ożarowie Mazowieckim, 3 października 1944 r. Od lewej: płk Kazimierz Iranek-Osmecki „Heller”, SS-Obergruppenführer Erich von dem Bach-Zelewski oraz ppłk Zygmunt Dobrowolski „Zyndram”. Układ gwarantował żołnierzom Armii Krajowej prawa jeńców wojennych. Autor fotografii nieznany. Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe, sygn. 37-1712-2 / Wikimedia Commons. Status prawny: domena publiczna – PD-Poland.
W pierwszych dniach Powstania Warszawskiego Niemcy nie zamierzali traktować jego uczestników jak żołnierzy. W języku okupanta byli „bandytami”, „terrorystami”, uczestnikami nielegalnej rebelii, którą należało stłumić wszelkimi dostępnymi środkami. Dzisiaj można potraktować ten spór o słowa jako jeden z wielu propagandowych elementów wojny. W sierpniu 1944 roku nie był to jednak spór semantyczny. Od tego, czy schwytany powstaniec zostanie uznany za żołnierza przeciwnika, czy za bandytę, mogło zależeć jego życie. Jeniec wojenny miał określone prawa. „Bandyta” mógł zostać rozstrzelany na miejscu. Różnica pomiędzy jednym słowem a drugim mogła więc oznaczać różnicę pomiędzy stalagiem a ścianą najbliższego domu.
Początek Powstania pokazał zresztą, że nie chodziło o teoretyczne zagrożenie. Rozkazy Hitlera i Himmlera zmierzały do bezwzględnego zdławienia oporu oraz zniszczenia Warszawy, a niemieckie formacje mordowały ludność cywilną, rannych i wziętych do niewoli powstańców. Najstraszniejszym przykładem była rzeź Woli. W pierwszych dniach sierpnia granica między działaniem wojennym a zbrodnią została przez stronę niemiecką właściwie zniesiona. Zabijano nie dlatego, że człowiek walczył, lecz często dlatego, że po prostu znalazł się w dzielnicy, którą należało spacyfikować.
Właśnie na tym tle trzeba oceniać wydarzenie z końca sierpnia 1944 roku, które rzadko pojawia się w popularnych opowieściach o Powstaniu. Nie zdobyto wtedy ważnego budynku, nie zniszczono niemieckiego czołgu i nie przełamano frontu. Dokonano jednak czegoś, co dla tysięcy ludzi mogło okazać się równie ważne. Wielka Brytania i Stany Zjednoczone oficjalnie uznały Armię Krajową za integralną część Polskich Sił Zbrojnych, a jej żołnierzom przyznały prawa kombatanckie. Nastąpiło to 29 sierpnia 1944 roku.
Było to rozstrzygnięcie ważniejsze, niż może się wydawać z perspektywy późniejszej klęski Powstania. Armia Krajowa przez lata działała w konspiracji. Jej żołnierze posługiwali się pseudonimami, nie chodzili w mundurach, przeprowadzali zamachy, akcje dywersyjne i sabotażowe, a niemiecki aparat okupacyjny konsekwentnie określał ich działalność mianem bandytyzmu. Z polskiego punktu widzenia sytuacja była oczywista: AK stanowiła część Polskich Sił Zbrojnych podporządkowanych legalnym władzom Rzeczypospolitej. Problem polegał na tym, że podczas wojny nie wystarczy samemu wiedzieć, kim się jest. Trzeba jeszcze sprawić, żeby przeciwnik musiał przyjąć wynikające z tego konsekwencje.
Powstanie stworzyło pod tym względem zupełnie nową sytuację. Konspirator wyszedł z podziemia i zaczął walczyć jawnie. Powstańcy nosili biało-czerwone opaski, występowali w zorganizowanych oddziałach, mieli dowódców, utrzymywali strukturę wojskową, obsadzali pozycje, brali jeńców i prowadzili regularną walkę o poszczególne części miasta. Za nimi funkcjonowała cała infrastruktura Polskiego Państwa Podziemnego: administracja, sądownictwo, prasa, radio i poczta. Warszawa była oczywiście bardzo daleka od normalnego państwa, ale równie daleka była od obrazu przypadkowego buntu uzbrojonego tłumu.
Pojawił się przy tym paradoks. Im dłużej trwało Powstanie, tym gorsza stawała się sytuacja militarna Armii Krajowej, ale jednocześnie coraz trudniej było zaprzeczać, że Niemcy walczą z regularnie zorganizowanym przeciwnikiem. Można było nadal używać słowa „bandyci”, ponieważ propaganda nie musi przejmować się rzeczywistością. Tyle że rzeczywistość coraz gorzej do tego słowa pasowała. „Bandyci” nie bronią przez wiele tygodni całych dzielnic milionowego miasta, nie posiadają rozbudowanego systemu dowodzenia, nie biorą jeńców, nie wysyłają parlamentariuszy i nie negocjują z dowódcami przeciwnika. Niemcy mogli Powstanie pokonać, ale z każdym tygodniem coraz trudniej było udawać, że nie prowadzą wojny z polskimi oddziałami wojskowymi.
Znaczenie miało również to, jak Armia Krajowa próbowała traktować niemieckich jeńców. Nie ma sensu idealizować wojny miejskiej ani przedstawiać strony polskiej jako zbiorowości ludzi zawsze zachowujących się zgodnie z podręcznikiem prawa wojennego. Po obu stronach barykady znajdowali się ludzie, a sytuacja była skrajna. Po polskiej stronie istniała jednak zasadnicza wola traktowania schwytanych Niemców jako jeńców. 12 sierpnia Komenda Okręgu Warszawskiego AK wydała rozkaz regulujący postępowanie ze schwytanymi żołnierzami niemieckimi i członkami formacji policyjnych. Było to ważne nie tylko ze względów humanitarnych. Armia Krajowa zachowywała się w ten sposób jak armia i oczekiwała, że przeciwnik będzie traktował jej żołnierzy na tych samych zasadach.
Nie oznacza to oczywiście, że pod koniec sierpnia Niemcy nagle odkryli konwencje międzynarodowe i zaczęli ich skrupulatnie przestrzegać. Zbrodnie trwały nadal. Po upadku Starego Miasta mordowano część rannych pozostawionych w szpitalach, a podobne przypadki zdarzały się również później. Formalne uznanie prawa i rzeczywiste jego przestrzeganie to dwie różne rzeczy, zwłaszcza jeżeli przeciwnikiem jest państwo, które od początku wojny uczyniło łamanie prawa częścią własnego sposobu prowadzenia okupacji.
Zmieniła się jednak sytuacja polityczna. Polski rząd w Londynie zabiegał u zachodnich aliantów o jednoznaczne uznanie statusu żołnierzy Armii Krajowej. Nie chodziło przy tym o kolejny dyplomatyczny gest solidarności z walczącą Warszawą. Jeżeli Wielka Brytania i Stany Zjednoczone uznawały AK za część Polskich Sił Zbrojnych, Niemcy otrzymywali jasny sygnał, że mordowanie schwytanych powstańców będzie traktowane jako naruszenie prawa wojennego wobec żołnierzy państwa należącego do koalicji alianckiej. Londyn i Waszyngton ostrzegały zarazem przed odpowiedzialnością za represje wobec członków AK.
Ten argument miał tym większe znaczenie, im bardziej oczywiste stawało się, że Niemcy przegrają wojnę. W sierpniu 1944 roku można było jeszcze dyskutować, kiedy dokładnie nastąpi klęska III Rzeszy, ale trudno było poważnie wierzyć, że jej nie będzie. Armia Czerwona stała nad Wisłą, alianci zachodni byli we Francji, a niemieckie miasta znajdowały się pod coraz cięższymi bombardowaniami. Oficer wydający rozkaz rozstrzelania jeńców musiał więc brać pod uwagę, że za kilka miesięcy albo za rok sam może znaleźć się w niewoli. Prawo wojenne zaczynało mieć dla Niemców bardzo praktyczne znaczenie.
Na początku września pojawił się kolejny sygnał zmiany. Niemiecka agencja DNB ogłosiła komunikat dotyczący uznania praw kombatanckich żołnierzy AK. Nie oznaczało to jeszcze, że od tego momentu na wszystkich odcinkach frontu postępowano z powstańcami zgodnie z prawem. Znaczenie polityczne było jednak oczywiste. Państwo, które rozpoczęło tłumienie Powstania od rozkazów eksterminacyjnych i określania przeciwnika mianem „bandytów”, zaczynało przyjmować do wiadomości, że walczy z polską siłą zbrojną.
W tej historii szczególnie interesująca jest rola Ericha von dem Bacha-Zelewskiego. Przybył do Warszawy jako człowiek mający zdławić Powstanie, a podlegające jego dowództwu siły uczestniczyły w brutalnej pacyfikacji miasta. Kilka tygodni później ten sam dowódca musiał rozmawiać z przedstawicielami Armii Krajowej jak z reprezentantami strony walczącej. Nie stało się tak dlatego, że von dem Bach przeszedł moralną przemianę albo nagle zaczął szanować polskiego przeciwnika. Zmusiła go do tego sytuacja wojskowa i polityczna. Niemcy zdobywali kolejne części Warszawy, ale równocześnie przegrywali spór o to, z kim właściwie walczą.
Najlepiej widać to, kiedy porówna się początek i koniec Powstania. Na początku sierpnia Hitler chciał unicestwienia miasta, a jego obrońców traktowano jak buntowników przeznaczonych do likwidacji. Dwa miesiące później przedstawiciele niemieckiego dowództwa siedzieli przy stole z pełnomocnikami dowódcy Armii Krajowej i negocjowali warunki zaprzestania działań wojennych. Sam język dokumentu podpisanego 2 października mówi bardzo wiele. Nie była to umowa z „bandami”. Układ dotyczył zaprzestania działań wojennych pomiędzy polskimi oddziałami wojskowymi a wojskami niemieckimi.
Najważniejsze były jednak konkretne postanowienia dotyczące ludzi. Układ gwarantował żołnierzom Armii Krajowej prawa wynikające z konwencji genewskiej z 1929 roku i obejmował nimi również tych powstańców, którzy dostali się do niewoli wcześniej, podczas walk prowadzonych od 1 sierpnia. Status ten rozciągnięto także na osoby niewalczące bezpośrednio z bronią w ręku, ale należące do struktur AK, między innymi pracowników sztabów, łączności, służb zaopatrzenia oraz służb informacyjno-prasowych. Niemcy uznawali również stopnie wojskowe AK.
Jeden szczegół tego układu jest szczególnie wymowny. Legitymacje wystawione na pseudonimy mogły stanowić dowód przynależności do Armii Krajowej. Przez pięć lat pseudonim miał ukrywać człowieka przed Gestapo. „Bór”, „Radosław”, „Monter”, „Zośka”, „Parasol” należały do świata konspiracji, w którym prawdziwe nazwisko mogło prowadzić Niemców do rodziny, mieszkania i współpracowników. Teraz ten sam konspiracyjny pseudonim stawał się elementem formalnego potwierdzenia statusu żołnierza. Trudno o bardziej symboliczne zamknięcie drogi od podziemia do jawnej armii.
Układ zawierał jeszcze jedno ważne postanowienie. Osoby uznane za jeńców nie miały być ścigane za działalność wojskową ani polityczną prowadzoną podczas Powstania, a także wcześniej. Niemcy zobowiązywali się również do niestosowania odpowiedzialności zbiorowej wobec ludności cywilnej za jej działalność podczas walk. Po wszystkim, co wydarzyło się na Woli, Starym Mieście i w innych częściach Warszawy, niemieckie zobowiązanie nie było oczywiście dokumentem, któremu należało bezgranicznie ufać. Dawało jednak polskim negocjatorom coś, czego 1 sierpnia nie mieli: formalną podstawę ochrony ludzi wychodzących z miasta.
W październiku można było zobaczyć praktyczny skutek tej zmiany. Żołnierze Armii Krajowej opuszczali Warszawę w zwartych kolumnach, pod dowództwem własnych oficerów. Składali broń w wyznaczonych miejscach, a następnie kierowano ich do obozów jenieckich. Oficerowie mieli prawo zachować białą broń boczną. Widok tych kolumn jest jednym z najbardziej gorzkich obrazów Powstania, ponieważ nie ma żadnej wątpliwości, kto wygrał bitwę. Jednocześnie nie byli to ludzie prowadzeni na egzekucję jako schwytani „bandyci”. Szli do niewoli jako żołnierze pokonanej armii.
Różnica była ogromna, choć z perspektywy wielkiej polityki łatwo ją zlekceważyć. Powstanie nie osiągnęło swojego najważniejszego celu politycznego. Armia Krajowa nie powitała Armii Czerwonej w Warszawie jako gospodarz polskiej stolicy. Zachodni alianci nie byli w stanie zapewnić Powstaniu pomocy, która mogłaby zmienić jego los, a Stalin osiągnął sytuację dla siebie niemal idealną: Niemcy niszczyli siłę zbrojną podporządkowaną rządowi londyńskiemu, podczas gdy Armia Czerwona czekała na dogodniejszy moment dalszej ofensywy. W tym sensie trudno mówić o politycznym zwycięstwie całego Powstania.
Można jednak przegrać bitwę i jednocześnie wygrać jeden z toczących się podczas niej sporów. Armia Krajowa taki spór wygrała. Niemcy nie zdołali narzucić światu własnej definicji polskiego przeciwnika. Chcieli widzieć przed sobą bandytów, których można było bezkarnie likwidować. Po dwóch miesiącach musieli negocjować z dowództwem polskiej armii i przyjąć, że jej żołnierze pójdą do niewoli na prawach jeńców wojennych.
Nie był to sukces wyłącznie Armii Krajowej walczącej w Warszawie. Bez zabiegów polskiego rządu w Londynie, stanowiska Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych oraz presji wynikającej z prawa międzynarodowego osiągnięcie takiego rezultatu byłoby znacznie trudniejsze. Nie należy jednak odbierać znaczenia temu, co wydarzyło się w samej Warszawie. Przez kolejne tygodnie AK udowadniała w praktyce, że jest zorganizowaną siłą wojskową. Im dłużej walczyła, tym bardziej absurdalna stawała się niemiecka próba przedstawiania kilkudziesięciu tysięcy żołnierzy broniących dzielnic wielkiego miasta jako zwykłej „bandy”.
Najbardziej gorzki paradoks polega na tym, że polityczne zwycięstwo przyszło właśnie wtedy, kiedy sytuacja militarna Powstania stawała się katastrofalna. Pod koniec sierpnia Stare Miasto konało pod niemieckimi bombami. Brakowało amunicji, żywności, wody i lekarstw, a nadzieja na szybkie pojawienie się Armii Czerwonej coraz wyraźniej okazywała się złudzeniem. Obszar kontrolowany przez powstańców kurczył się, lecz jednocześnie wzmacniał się ich status polityczny i prawny. Warszawa przegrywała walkę o przestrzeń, ale AK wygrywała walkę o uznanie tego, kim są ludzie broniący tej przestrzeni.
To właśnie dlatego przyznanie praw kombatanckich należy uznać za jedno z rzeczywistych osiągnięć Powstania, nie próbując przy tym robić z niego dowodu na sukces całej operacji. Warszawa bitwę przegrała, Armia Krajowa nie osiągnęła zasadniczych celów politycznych, a miasto zapłaciło straszliwą cenę. Jednak w jednym sporze rezultat był jednoznaczny. Niemcy rozpoczęli tłumienie Powstania od języka eksterminacji „bandytów”, a zakończyli je podpisaniem formalnego układu z przedstawicielami polskich oddziałów wojskowych.
Dla człowieka oglądającego historię z odległości osiemdziesięciu lat może to wyglądać jak zwycięstwo papierowe. Dla powstańca wychodzącego w październiku z Warszawy papier mógł jednak oznaczać życie. Nie prowadzono go pod najbliższy mur, lecz do obozu jenieckiego. Pozostawał pokonanym żołnierzem, ale właśnie słowo „żołnierz” było tutaj najważniejsze. Dwa miesiące wcześniej Niemcy nie zamierzali mu nawet tego prawa przyznać.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz