Joachim von Ribbentrop i minister spraw zagranicznych Józef Beck podczas wizyty niemieckiego ministra w Warszawie, styczeń 1939 roku. Autor fotografii nieznany; pierwsza publikacja: tygodnik „Światowid”, luty 1939. Źródło: Wikimedia Commons. Domena publiczna – PD-Poland.
W styczniu 1939 roku Joachim von Ribbentrop przyjechał do Warszawy jeszcze jako gość, a nie wysłannik państwa przygotowującego rozbiór Polski. Na fotografiach z tej wizyty widzimy ludzi ubranych we fraki i mundury dyplomatyczne, wymieniających uprzejmości zgodnie z ceremoniałem, który ma tę osobliwą właściwość, że potrafi nadać pozory normalności nawet rozmowom prowadzonym nad otwartą przepaścią. Ribbentrop i Józef Beck stoją obok siebie, lecz w istocie reprezentują już dwa zupełnie odmienne wyobrażenia o przyszłości Europy. Niemcy uważali, że Polska powinna wejść do ich systemu sojuszniczego, Polacy zaś chcieli zachować dotychczasową politykę równowagi i nadal pozostawać państwem samodzielnym. Problem polegał na tym, że po Monachium polityka równowagi przypominała spacer po linie, której jeden koniec trzymał Hitler, a drugi Stalin.
Niemieckie propozycje nie ograniczały się do Gdańska, chociaż właśnie Gdańsk najlepiej nadawał się do propagandowego opakowania całej sprawy. W październiku 1938 roku Ribbentrop przedstawił ambasadorowi Józefowi Lipskiemu pakiet obejmujący przyłączenie Wolnego Miasta do Rzeszy, przeprowadzenie eksterytorialnej autostrady i linii kolejowej przez polskie Pomorze, przystąpienie Polski do paktu antykominternowskiego oraz przedłużenie polsko-niemieckiej deklaracji o niestosowaniu przemocy. W zamian Niemcy deklarowali uznanie istniejącej granicy, zachowanie polskich praw gospodarczych w Gdańsku i współpracę przeciwko Związkowi Sowieckiemu. Na papierze nie wyglądało to jeszcze jak żądanie bezwarunkowej kapitulacji. Hitler nie domagał się wówczas Poznania, Górnego Śląska ani polskiego Pomorza. Proponował układ, w którym Polska zachowywałaby formalną niepodległość, ale stawałaby się młodszym partnerem Rzeszy.
Właśnie słowo „formalną” ma tutaj największe znaczenie. Eksterytorialna droga nie była wyłącznie pasem asfaltu, podobnie jak Gdańsk nie był jedynie miastem zamieszkanym w większości przez Niemców. Przyjęcie całego pakietu oznaczałoby zgodę na zmianę położenia Polski w Europie. Państwo, które przez kilka lat próbowało utrzymywać dystans zarówno wobec Berlina, jak i Moskwy, zostałoby włączone do niemieckiego bloku. Pakt antykominternowski miał wprawdzie nazwę bardziej ideologiczną niż wojskową, ale w polskich warunkach jego sens był oczywisty: Warszawa miała porzucić równowagę i stanąć po stronie Niemiec w przyszłym konflikcie ze Związkiem Sowieckim.
Nie oznacza to jednak, że propozycje Hitlera należało automatycznie odrzucić. Państwa nie prowadzą polityki po to, aby zdobywać pośmiertne świadectwa moralności. Powinny chronić ludność, terytorium, własną elitę i możliwość dalszego istnienia. Słynne słowa Becka wypowiedziane 5 maja 1939 roku, że Polska nie zna pokoju za wszelką cenę, ponieważ istnieje jedna rzecz bezcenna, którą jest honor, brzmią wspaniale w podręczniku. Gorzej wyglądają na tle cmentarzy, zniszczonych miast, Katynia, Palmir i kilku milionów obywateli, których państwo nie zdołało ocalić. Honor jest kategorią zrozumiałą w życiu jednostki. W polityce państwa musi zostać przełożony na interes, ponieważ rachunku za piękne przemówienia nie płacą ministrowie, lecz zwykli ludzie.
Z tego punktu widzenia przyjęcie niemieckich propozycji nie było myślą absurdalną ani moralną zdradą. Było jednym z możliwych wariantów politycznych. Finlandia, Rumunia, Węgry i Bułgaria dokonywały później różnych form podporządkowania silniejszym mocarstwom, próbując ratować to, co można było jeszcze uratować. Każde z tych państw zapłaciło za tę politykę inną cenę i żadne nie wyszło z wojny bez strat, ale ich elity nie zostały wyniszczone w takim stopniu jak elita polska. Rozważenie ustępstw wobec Niemiec nie musiało więc oznaczać wiary w dobrą wolę Hitlera. Mogło wynikać z przekonania, że między złem natychmiastowym a złem odłożonym w czasie państwo powinno czasem wybrać czas.
Tyle tylko, że nie wolno z modelu kontrfaktycznego robić przepowiedni, która rzekomo na pewno by się spełniła. Nie wiadomo, czy po oddaniu Gdańska i wyrażeniu zgody na autostradę niemieckie żądania rzeczywiście by ustały. Dotychczasowa polityka Hitlera dostarczała argumentów przeciwnych. Austria została przyłączona do Rzeszy po latach zapewnień o poszanowaniu jej odrębności, a Czechosłowacja najpierw oddała Sudety w zamian za obietnicę pokoju, po czym w marcu 1939 roku utraciła resztę niezależności. Hitler traktował umowy nie jako granice własnej polityki, lecz jako przystanki. Polska mogła stać się sojusznikiem Niemiec, ale równie dobrze mogła przejść drogę od partnera przez satelitę do obszaru całkowicie zależnego od Berlina.
Niepewny pozostaje również najważniejszy argument zwolenników porozumienia: przekonanie, że Polska uniknęłaby biologicznej katastrofy. Prawdopodobnie nie doszłoby we wrześniu 1939 roku do jednoczesnego najazdu niemieckiego i sowieckiego, a więc także do natychmiastowego podziału kraju. Możliwe, że uniknięto by Katynia, masowych deportacji na Syberię oraz pierwszej fali niemieckiego terroru wymierzonego w polską inteligencję. Nie można jednak twierdzić, że Hitler, po zwycięstwie nad Związkiem Sowieckim albo po załamaniu się wspólnej wyprawy na Wschód, trwale respektowałby polską suwerenność. Narodowosocjalistyczne plany dotyczące przestrzeni życiowej nie przewidywały istnienia silnej Polski pomiędzy Rzeszą a podbitymi terenami sowieckimi. Sojusz z Hitlerem mógł odsunąć katastrofę, ale nie dawał gwarancji jej uniknięcia.
Józef Beck rozumiał ten problem. Nie był naiwnym romantykiem, który wierzył, że brytyjskie dywizje wylądują w Gdyni kilka dni po rozpoczęciu wojny. Wiedział, że Wielka Brytania nie ma możliwości udzielenia Polsce bezpośredniej pomocy lądowej, a wartość armii francuskiej była trudna do oszacowania. Mógł jednak zakładać, że przekształcenie konfliktu polsko-niemieckiego w wojnę europejską przesądzi o ostatecznej klęsce Rzeszy. W tym rozumowaniu nie brakowało logiki. Niemcy rzeczywiście przegrały wojnę. Beck pomylił się natomiast co do czasu i ceny. Polska miała odzyskać państwowość nie po kilku latach przejściowej okupacji, lecz po eksterminacji znacznej części swoich elit i po oddaniu się na następne dziesięciolecia pod władzę drugiego agresora.
Brytyjska gwarancja z 31 marca 1939 roku była dokumentem politycznym, a nie planem uratowania Polski. Neville Chamberlain zapowiedział, że w razie działania wyraźnie zagrażającego polskiej niepodległości Wielka Brytania udzieli Polsce wszelkiego wsparcia znajdującego się w jej mocy. Gwarantowano nie integralność terytorialną, lecz niepodległość. Była to różnica nieprzypadkowa, pozostawiająca miejsce na negocjacje dotyczące Gdańska. Londyn chciał przede wszystkim powstrzymać dalszą ekspansję Hitlera i uczynić koszt niemieckiego ataku wyższym. Polska otrzymała więc gwarancję przystąpienia Wielkiej Brytanii do wojny, ale nie gwarancję skutecznej pomocy w kampanii wrześniowej. Brytyjczycy swojej obietnicy w sensie formalnym dotrzymali: 3 września wypowiedzieli Niemcom wojnę. Z punktu widzenia polskiego żołnierza cofającego się spod Mławy, Piotrkowa czy Bzury różnica między wojną wypowiedzianą a wojną prowadzoną musiała jednak wyglądać dość akademicko.
Czy Polska musiała zatem przyjąć wojnę? Nie. Mogła przyjąć żądania niemieckie i spróbować kupić czas za cenę stopniowego ograniczenia suwerenności. Nie wiadomo, czy zyskałaby w ten sposób kilka miesięcy, kilka lat czy jedynie możliwość wystąpienia w późniejszej katastrofie w charakterze niemieckiego sojusznika. Nie można również dowieść, że taki wybór ocaliłby Polaków przed masową eksterminacją. Można natomiast powiedzieć, że wariant ten powinien był zostać potraktowany jako realna możliwość, a nie odrzucony samym zaklęciem o honorze.
Becka nie należy przedstawiać ani jako geniusza, który nie miał innego wyjścia, ani jako człowieka, który z lekkomyślności podpalił kraj. Bronił podstawowej zasady polityki polskiej: przekonania, że Rzeczpospolita nie może dobrowolnie zostać niemieckim protektoratem. Jednocześnie podjął ryzyko, którego skutki miały ponosić miliony ludzi, a nie on sam. Katastrofa wrześniowa nie dowodzi, że sojusz z Hitlerem byłby dobrym rozwiązaniem. Dowodzi czegoś bardziej nieprzyjemnego: wiosną 1939 roku Polska nie miała już rozwiązania dobrego. Mogła wybierać pomiędzy wojną, której nie była w stanie samodzielnie wygrać, a podporządkowaniem mocarstwu, którego obietnicom nie można było ufać.
Historia nie wydaje w tej sprawie łatwego wyroku. Wybór Becka zachował moralną i prawną ciągłość państwa polskiego oraz umieścił Polskę po stronie zwycięskiej koalicji. Nie uchronił jednak narodu przed katastrofą, utratą terytorium i półwieczem niesuwerenności. Przyjęcie propozycji Hitlera mogło zmniejszyć pierwszą falę strat, ale mogło również tylko przesunąć egzekucję na późniejszy termin. W polityce zagranicznej największym nieszczęściem nie zawsze jest brak odwagi. Czasami jest nim sytuacja, w której każde dostępne wyjście prowadzi do klęski, a politykom pozostaje jedynie zdecydować, którą klęskę nazwą obroną honoru.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz