Szukaj na tym blogu

piątek, 28 sierpnia 2026

Cofnas contra Arday. Święty różnorodności i heretyk, który nie pasował do schematu

 














Nathan Cofnas i Jason Arday znaleźli się po przeciwnych stronach wojny kulturowej, lecz nie dlatego, że któryś z nich uosabiał czysty rozum, a drugi wyłącznie ideologiczne zaślepienie. Obydwaj zostali wciągnięci w mechanizm, który nie znosi zwyczajnych ludzi, niepewnych wyników ani błędów wymagających spokojnego wyjaśnienia. Współczesny uniwersytet potrzebuje świętych i heretyków. Arday miał być świętym różnorodności, Cofnas został heretykiem równości. Gdy pierwszy zachwiał się na cokole, drugi przyszedł z młotkiem. Problem polegał na tym, że młotek trzymał człowiek od dawna zafascynowany rasą, a posąg wzniosła instytucja, która bardziej potrzebowała symbolu niż uczonego.

Finał tej historii jest ponury. Jason Arday nie żyje. Zmarł 14 sierpnia 2026 roku, dziewięć dni po rezygnacji z profesury w Cambridge. Nathan Cofnas, który nagłośnił zarzuty dotyczące jego dorobku, został sześć dni później zawieszony przez Uniwersytet Gandawski. Nie został formalnie zwolniony. Po interwencji ambasadora Stanów Zjednoczonych zawieszenie cofnięto, chociaż ograniczono mu zakres obowiązków i nie zakończono postępowania dyscyplinarnego. Symboliczna kolejność wydarzeń pozostaje jednak uderzająca: jeden człowiek umarł, drugi został posadzony na ławie oskarżonych, a instytucje, które wyprodukowały cały ten spektakl, zaczęły występować w roli strażników moralności.

Jason Arday otrzymał w Cambridge profesurę socjologii edukacji. Media przedstawiały jego życie jako opowieść niemal hagiograficzną: autystyczne dziecko, które bardzo późno nauczyło się mówić i czytać, pokonało niewyobrażalne przeszkody, zostało wybitnym uczonym, przebiegło dziesiątki maratonów, prowadziło działalność dobroczynną i w wieku trzydziestu kilku lat osiągnęło szczyt brytyjskiej akademii. Uniwersytet nie reklamował jednak przede wszystkim jego koncepcji naukowych. Reklamował jego pochodzenie, kolor skóry, niepełnosprawność i niezwykłą drogę życiową. Cambridge ogłosiło światu, że zatrudniło najmłodszego czarnoskórego profesora w swoich dziejach. Już w tym jednym zdaniu krył się zalążek późniejszej katastrofy.

Profesor nie powinien być wybierany po to, aby uniwersytet mógł pochwalić się jego pigmentacją. Jeżeli jest wybitny, należy wykazać wybitność jego prac. Jeżeli dokonał przełomu, trzeba wskazać ten przełom. Jeżeli zbudował szkołę badawczą, należy pokazać jej osiągnięcia. Tymczasem w przypadku Ardaya akademicką ocenę zastępowała opowieść motywacyjna. Cambridge nie przedstawiało uczonego, lecz własną cnotę. Arday był potrzebny jako żywy dowód, że prastara instytucja zerwała z przeszłością i maszeruje w awangardzie różnorodności.

Tak działa wokeizm w swojej najbardziej uniwersyteckiej odmianie. Nie musi fałszować każdego konkursu ani wydawać sekretnego polecenia zatrudnienia osoby określonego koloru. Wystarczy, że stworzy atmosferę, w której przynależność do odpowiedniej kategorii zwiększa symboliczną wartość kandydata, a zadawanie mu zwyczajnych pytań zaczyna uchodzić za podejrzane. Kandydat przestaje być tylko naukowcem. Staje się reprezentantem społeczności, sztandarem postępu i testem moralności dla komisji. Od tego momentu sprawdzenie jego publikacji może zostać uznane nie za obowiązek, lecz za akt wrogości wobec całej grupy.

Pytania dotyczące prac Ardaya nie pojawiły się dopiero po wystąpieniu Cofnasa. W części publikacji dokonano korekt związanych z zapożyczeniami tekstowymi i problemami z cytowaniem. Późniejsze doniesienia obejmowały również inne nieprawidłowości oraz rozbieżności w publicznie przedstawianej biografii. Liverpool John Moores University podtrzymywał jednak ważność doktoratu Ardaya, a on sam zaprzeczał, że był oszustem. Gdy Cambridge zapowiedziało zbadanie okoliczności jego zatrudnienia, profesor zrezygnował ze stanowiska. Uczelnia poinformowała następnie, że dochodzenie dotyczące procedury nominacyjnej będzie kontynuowane. Nie wszystkie zarzuty zostały więc ostatecznie rozstrzygnięte, a śmierć Ardaya nakazuje szczególną ostrożność w ferowaniu wyroków. Cambridge potwierdziło jego rezygnację i dalsze badanie sprawy, natomiast LJMU publicznie oświadczył, że doktorat Ardaya pozostaje ważny.

Ostrożność należy jednak odróżnić od wygodnej ślepoty. Śmierć człowieka jest tragedią, ale nie unieważnia pytań o standardy akademickie. Nie zostały jeszcze ustalone wszystkie okoliczności śmierci Ardaya, a postępowanie koronera trwa. Niedopuszczalne byłoby zarówno robienie z tragedii argumentu przeciwko wszelkiej krytyce, jak i przypisywanie Cofnasowi odpowiedzialności bez dowodów. Człowiek może być ofiarą brutalnej kampanii medialnej i jednocześnie autorem prac wymagających rzetelnego zbadania. Te dwie możliwości nie wykluczają się nawzajem. Wykluczają się dopiero w świecie wokeizmu, w którym prawda ma zależeć od tego, komu przydzielono rolę ofiary.

Na scenę wszedł Nathan Cofnas. Nie przypominał bezstronnego kontrolera jakości, który przypadkiem odkrył pęknięcie w uniwersyteckiej fasadzie. Był znanym przeciwnikiem programów różnorodności oraz zwolennikiem poglądów określanych przez niego jako „realizm rasowy”. W swoich wypowiedziach łączył krytykę polityki DEI z twierdzeniami dotyczącymi dziedzicznych różnic zdolności między grupami. Najbardziej odpychająca część jego argumentacji polegała na przewidywaniu, że w warunkach pełnej merytokracji czarnoskórzy niemal zniknęliby z wielu prestiżowych stanowisk poza sportem i rozrywką.

Nie jest to konieczny ani rozsądny fundament krytyki wokeizmu. Przeciwnie, Cofnas ofiarował jego obrońcom najwygodniejszą możliwą wymówkę. Pozwolił im udawać, że każdy sprzeciw wobec preferencji rasowych prowadzi nieuchronnie do biologicznego determinizmu, a każdy zwolennik jednakowych kryteriów potajemnie marzy o segregacji. Tymczasem zasada jest znacznie prostsza: nie należy dyskryminować człowieka ani na jego korzyść, ani na jego niekorzyść z powodu koloru skóry. Należy oceniać jego rzeczywiste dokonania według tych samych reguł. Nie trzeba mierzyć czaszek, porównywać średnich ilorazów inteligencji ani konstruować hierarchii populacji, aby domagać się sprawdzenia przypisów w doktoracie.

Cofnas miał prawo wskazywać konkretne podobieństwa między tekstami i zadawać pytania o procedury zatrudnienia. O wartości tych zarzutów powinny decydować dowody, a nie jego sympatyczność, poglądy polityczne czy wcześniejsze wypowiedzi. Nawet człowiek głoszący odrażające poglądy może odnaleźć prawdziwy błąd. Termometr nie przestaje wskazywać gorączki dlatego, że przyniósł go człowiek niesympatyczny. Zarazem trafne wykrycie nieprawidłowości nie czyni jeszcze detektywa autorytetem we wszystkich pozostałych sprawach. Cofnas może mieć rację w kwestii tekstowych zapożyczeń Ardaya i mylić się zasadniczo w kwestii rasy.

W tym pojedynku istnieje jeszcze jeden wymiar, którego nie należy przemilczać. Cofnas został wychowany w rodzinie należącej do społeczności przez stulecia doświadczającej wykluczenia, prześladowań i ograniczania dostępu do uniwersytetów. Nie jest to szczegół potrzebny do tworzenia etnicznej insynuacji. Przeciwnie, komplikuje on wygodny obraz konfliktu, w którym po jednej stronie stoi uprzywilejowany przedstawiciel większości, a po drugiej bezbronna mniejszość. Cofnas nie mieści się w tej dekoracji. Sam wywodzi się ze środowiska naznaczonego historycznym doświadczeniem prześladowań, lecz w wokeistowskim przedstawieniu miał odegrać wyłącznie rolę „białego prześladowcy”.

Spór Cofnasa z Ardayem można zatem odczytać jako szczególny epizod rozpadu dawnego sojuszu dwóch mniejszości. W amerykańskim ruchu praw obywatelskich łączyło je doświadczenie dyskryminacji oraz przekonanie, że liberalne państwo powinno chronić jednostkę przed arbitralnością większości. Sojusz ten opierał się na uniwersalizmie: prawo miało nie pytać o rasę ani pochodzenie. Wokeizm dokonał zasadniczej zmiany. Zamiast wspólnych praw jednostki zaproponował tabelę grup, hierarchię krzywd oraz rachunek dziedziczonych przywilejów.

W tej tabeli społeczność, z której wywodzi się Cofnas, zajmuje miejsce szczególnie niepewne. Może być pamiętana jako ofiara wielowiekowych prześladowań, ale jej współcześni przedstawiciele bywają jednocześnie klasyfikowani jako biali i uprzywilejowani. Pamięć o Zagładzie budzi szacunek, lecz sukces odnoszony przez członków tej społeczności może już zostać przedstawiony jako dowód wpływów, przewagi albo „nadreprezentacji”. Czarny aktywista otrzymuje natomiast status przedstawiciela grupy historycznie uciskanej nawet wtedy, gdy osobiście zajmuje jedno z najbardziej prestiżowych stanowisk w kraju. Cofnas i Arday stanęli więc naprzeciwko siebie nie tylko jako dwaj akademicy. Stali się figurami konfliktu pomiędzy dawnym liberalnym uniwersalizmem a nową polityką rasowych tożsamości.

Nie oznacza to, że pochodzenie Cofnasa oczyszcza jego poglądy. Człowiek należący do mniejszości może głosić twierdzenia błędne, krzywdzące albo odrażające. Cofnasowskie przewidywanie, że w doskonale merytokratycznym świecie czarnoskórzy niemal zniknęliby z prestiżowych stanowisk, nie jest prostą obroną jednolitych standardów. Jest rasowym determinizmem ubranym w laboratoryjny fartuch. Nie trzeba jednak przyjmować tych poglądów, aby uznać, że przedstawione przez niego materiały dotyczące prac Ardaya wymagały zbadania.

Paradoks jest gorzki. Wokeizm twierdzi, że pochodzenie człowieka pozwala lepiej zrozumieć jego miejsce w strukturze władzy, lecz w przypadku Cofnasa najchętniej o jego pochodzeniu zapominał, ponieważ nie pasowało do scenariusza. Arday natomiast miał pozostać ucieleśnieniem historycznie prześladowanej społeczności, chociaż zajmował profesorską katedrę w Cambridge, miał dostęp do wielkich mediów i korzystał z ochrony jednej z najpotężniejszych instytucji akademickich świata. To nie była już analiza rzeczywistych stosunków władzy. Był to teatr, w którym kostium ofiary przydzielano według koloru skóry, niezależnie od miejsca zajmowanego przez aktora.

Nie należy z tego wyprowadzać wniosku o zasadniczym konflikcie dwóch całych społeczności. Takie uogólnienie byłoby równie prymitywne jak wokeistowskie dzielenie świata na dziedzicznych ciemiężycieli i dziedziczne ofiary. Można jednak dostrzec narastające napięcie między częścią czarnego aktywizmu tożsamościowego a środowiskami wywodzącymi się z drugiej mniejszości, która wcześniej współtworzyła ruch praw obywatelskich. Spór dotyczy stosunku do Izraela, sposobu rozumienia „białości”, miejsca antysemityzmu w hierarchii współczesnych uprzedzeń oraz pytania, czy sukces określonej społeczności ma świadczyć o możliwości awansu, czy automatycznie budzić podejrzenie jako przejaw strukturalnego przywileju.

Właśnie tego rozróżnienia nie potrafiła dokonać instytucja. Cambridge początkowo przedstawiało zarzuty jako element „nikczemnej kampanii”, jak gdyby charakter oskarżyciela automatycznie rozstrzygał o autentyczności przedstawionych materiałów. Była to reakcja właściwa nie uniwersytetowi, lecz dworowi królewskiemu chroniącemu relikwię. Dopiero gdy liczba pytań rosła, a sprawą zajęły się kolejne media, pojawiła się zapowiedź kontroli. Sama uczelnia przyznała później, że konieczny jest przegląd jej procedur i działań.

Arday poniósł konsekwencje nie tylko własnych decyzji, lecz także roli, którą mu narzucono. Wokeistowska machina najpierw wynosi człowieka ponad miarę, a potem zostawia go samego, gdy mit zaczyna pękać. Uniwersytet uczynił z niego symbol postępu, media dopisały opowieść o triumfie nad niemożliwością, a wydawcy dostrzegli materiał na bestseller. W takiej konstrukcji każda rysa stawała się zagrożeniem dla całego moralnego przedstawienia. Arday nie mógł już po prostu sprostować błędu, wycofać artykułu albo poddać się zwykłemu postępowaniu wyjaśniającemu. Musiał albo pozostać bohaterem, albo zostać oszustem. Pomiędzy ołtarzem a szafotem nie przewidziano miejsca dla omylnego człowieka.

Równie instrumentalnie potraktowano Cofnasa. Jedni widzieli w nim wyłącznie rasistę, którego dowodów nie trzeba czytać, drudzy zaś uczynili z niego męczennika wolności słowa, jak gdyby wykrycie możliwych zapożyczeń oczyszczało wszystkie jego rasowe spekulacje. Tymczasem nie był ani bezinteresownym Galileuszem, ani wcielonym demonem. Był ideologicznie zaangażowanym badaczem, który przedstawił zarzuty wymagające odpowiedzi i oprawił je w retorykę ułatwiającą przeciwnikom odrzucenie całej sprawy.

Cofnas contra Arday nie jest zatem pojedynkiem prawdy z kłamstwem ani nauki z rasizmem. To opowieść o uniwersytecie, który utracił zdolność oddzielania osoby od argumentu. Najpierw kolor skóry Ardaya stał się częścią jego akademickiej promocji, później poglądy Cofnasa stały się pretekstem, aby nie przyglądać się dostatecznie uważnie jego materiałom. Pochodzenie pojawiło się po obu stronach równania, chociaż w prawidłowo działającej nauce nie powinno rozstrzygać wyniku.

Najostrzejszy zarzut wobec wokeizmu nie brzmi więc, że wpuszcza on czarnoskórych na uniwersytety. Takie stwierdzenie byłoby zarówno rasistowskie, jak i niedorzeczne. Zarzut brzmi inaczej: wokeizm odbiera czarnoskórym uczonym prawo do bycia traktowanymi jak wszyscy inni. Zamiast normalnych badaczy czyni z nich przedstawicieli rasy, a następnie każde pytanie o ich dorobek przedstawia jako zamach na całą społeczność. Jest to protekcjonalizm przebrany za emancypację. Pod pozorem ochrony sugeruje, że wspólne standardy są dla chronionej grupy zbyt surowe.

Najlepszą odpowiedzią na ten system nie jest powrót do teorii rasowych Cofnasa. Jest nią zasada bardziej wymagająca i zarazem bardziej ludzka: jednakowe kryteria, jawne procedury, kontrola dowodów oraz prawo do obrony. Bez rasowych premii, ale również bez rasowych podejrzeń. Bez świętych chronionych przed pytaniami i bez heretyków skazywanych przed przeczytaniem ich argumentów.

Cambridge chciało opowiedzieć światu historię o zwycięstwie różnorodności. Zamiast tego stworzyło przypowieść o instytucjonalnym tchórzostwie. Zatrudniło człowieka, którego uczyniło symbolem, nie zabezpieczyło go przed skutkami własnej propagandy, nie wyjaśniło w porę narastających wątpliwości, a następnie pozwoliło, aby kontrolę nad opowieścią przejęli wojownicy kulturowi. Arday stracił profesurę i wkrótce potem życie. Cofnas pozostał ze swoimi obsesjami oraz statusem człowieka, którego jedni chcą uciszyć, a inni kanonizować. Uniwersytet zaś nadal stoi, dostojny i zakłopotany, jak lokaj, który rozbił porcelanę, lecz za najważniejsze uważa ustalenie, czy świadek miał właściwe poglądy.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz